środa, 26 lutego 2014

Obronię Cię ciałem swym.

 Cudownie tak nigdzie się nie śpieszyć, spacerować szeroką i ciepłą plażą. Woda Atlantyku wręcz zapraszała do kąpieli. Nie mogłam zatem oprzeć się pokusie zanurzenia się po sama szyję w wodzie tym bardziej, że tutaj zimowa kąpiel nie przypominała wyczynów miłośników kąpieli w przerębli. Wielu chętnych nie było bo dla tubylców przyzwyczajonych do letnich upałów zima nie zawsze kojarzy się z kąpielą. Dla nas, ludzi z północy to nie lada gratka. Mogłoby być o dwa stopnie cieplej ale i tak 25C wydawało się nam wręcz idealną temperaturą do pływania. Silny wiatr który z łatwością zrywał kapelusz chroniący twarz przed słońcem nie ostudził naszych zapałów na zimową kąpiel.
Wybór miejsca nie był łatwy bo wszędzie było wręcz idealnie ale wybraliśmy płyciznę wchodzącą na jakieś dwadzieścia metrów w głąb oceanu. Nie zabraliśmy ze sobą butów do pływania gdyż miała to być krotka wizyta na plaży a nie maraton więc odpuściliśmy sobie wchodzenie na głęboką wodę aby nie nadepnąć na niespodziankę kryjącą się w piasku dna morskiego. Kąpiel i parę godzin spaceru przed południem zaostrzyły nam apetyt więc poszliśmy na lunch w knajpce na samej plaży.
Chętnych do konsumpcji w popołudniowych godzinach nie brakowało i okres oczekiwania na stolik wynosił około 40 minut. Dotyczyło to miejsca na tarasie gdzie słońce paliło a wiatr chłodził, istny raj. Na jedzenie w pomieszczeniu restauracyjnym nie mieliśmy ochoty. Na drugim tarasie od tylu były wolne miejsca i właśnie tam ulokowaliśmy się przy stoliku. Z tego miejsca widać było częściowo plażę i lazur pieniących się fal. Zamiast oczekiwania na główny taras zamówiliśmy posiłki bez zbędnych ceregieli ca
łkiem wygodnie siedzac w pełnym słoncu. Taki mniejszy luksus z drugiej ręki wystarczał nam w zupełności. 

p. zajął miejsce tyłem do rozkosznego widoku uginających się palm pod naporem wiatru, tak abym miała strawę i dla ducha i dla ciała. Właśnie teraz rozpoczęła się walka z żywiołami. Słońce świeciło mi prosto w twarz więc rondo kapelusza który miał ochronić mnie przed zaognieniem się skóry przygięłam prawie do samej brody. W jaki sposób miałam cieszyć się widokiem oceanu nie miałam pojęcia. Na wysokości pierwszego piętra, gdzie siedzieliśmy wiatr wydawał się jeszcze silniejszy a jego zawirowania wokół budynku sprawiały, że jedną ręką trzymałam główkę kapelusza aby nie odfrunął a drugą przyginałam rondo do dołu. Niecodzienna i niewygodna pozycja zupełnie uniemożliwiała mi użycie rąk aby zająć się jedzeniem. Było mi trochę głupio ale poprosiłam dzielnego i ofiarnego rycerza abyśmy zamienili się miejscami. p. zdjął kapelusz i z uwielbieniem podniósł głowę aby promienie słońca paliły jego twarz. Są jednak szczęsliwi ludzie na swiecie. Niech się człek poopala a o fryzurę nie musi się martwic bo to co miał na głowie już wyglądało nawet zbyt awangardowo. Przecisnęłam się pomiędzy stolikiem a złożonym parasolem i zajęłam to samo miejsce co p. przed chwilą. Poczułam się teraz komfortowo. Wiatr wiał w plecy, słońce zapewne spali mi kark ale to i tak lepsze od czerwonego nosa jak u notorycznego pijaka. Zamiast plaży widziałam przymrużone oczy p. i wejście do restauracji co i tak było do zniesienia. Zamówiona kawa pojawiła się o dziwo prawie natychmiast co miało zamaskować i uprzyjemnić oczekiwanie na danie główne. Rzadko jadamy na dworze a w słodzeniu kawy podczas porywczego wiatru nie uzyskałam dostatecznego doświadczenia aby nazwać sie mistrzynią. Kawa w filiżankach, śmietanka w małym dzbanuszku a do wyboru różne słodziki i prawdziwa biała śmierć, wszystko poukladane w pojemniku. Zatęskniłam za normalną cukiernicą bo malutkie torebki raptem stały się nie lada problemem. Nieopatrznie oderwałam górną część papierka w którym znajdowała się porcja cukru. W lewej dłoni trzymam ten oderwany kawałek a w drugiej porcje gotową do wsypania do kawy. Nad tym czy słodzenie kawy może być upierdliwe nigdy się nie zastanawiałam ale to co przeżyłam zakrawa na nakręcenie filmu dla tych którzy nie słodzą aby pokazać co przeżywają ci inni. Podczas sypania cukru do filiżanki polowa zawartości torebki uniosła się razem z podmuchem wiatru i wylądowała na podstawce. Taka znikoma ilość która znalazła się w kawie nie zadowalała mnie pomimo tego, ze dużo nie słodzę. Odłożyłam kawałki papieru które wcześniej były miniaturową torebką i w tej samej chwili poszybowały wysoko w kierunku stolika zajmowanego przez wzorcową rodzinę 2+2. Moja wyciągnięta ręka zamarła w połowie ruchu którym daremnie usiłowałam złapać wytworzone przeze mnie śmieci. Nie miałam najmniejszej szansy aby złapać te parszywe papierki które przeleciały żonie męża i zarazem matce dwójki nastoletnich synów przed samym nosem. Ciekawe czy pomyślała o UFO czy o natrętnym motylu. Ale obciach, blondynka wystrojona w kapelusz który miał chronić jak bodyguard rownież szarą komórkę a nie potrafi osłodzić kawy. Z drugą porcją poszło mi już lepiej bo rozerwałam tylko trochę kolejnej torebki i z niebywałą starannością umieściłam całą jej zawartość w szybko stygnącej kawie. Uff, koniec kłopotów przemknęło mi po głowie. Wreszcie napiję się tak upragnionej kawy.
 Najgorsze jednak miało nastąpić już niebawem. Podniosłam filiżankę do ust a tutaj serwetka z podstawka uleciała jak latający dywan wezwany przez radio taxi. Niby to samo miejsce na ziemi, ten sam stolik a u p. jakby wszystko bez zbytnich rewelacji. Pije sobie kawę i z rozkoszą przygląda się moim wyczynom. Przecież nie jestem jakąś pańcią nie potrafiącą poradzić sobie w trudnych warunkach a tutaj proszę, wszystkie przeciwności losu zagęściły atmosferę wokół mnie zmuszając mnie do nienaturalnych wyczynów. Wszystko poszłoby dobrze gdyby nie uśmiech, wredny uśmiech tego typa z przeciwka. 
- No co? Wieje. - Zrobiłam nieskoordynowane dwa wymachy prawą i lewą ręką. Co miały znaczyć nikt by nie zgadł ale sądzę, że wyraziły moją bezradność w walce z wiatrem. Zapewne wszyscy wiemy, że nie tylko słowa mogą zranić. Lekki grymas na twarzy p. mówił wszystko co myślał o mnie w danej chwili.
 - Pyszna kawa. Spróbuj się napić. - Do jasnej ciasnej przecież nic innego nie robię, ale mi dowalił. p. upił malutki łyk i aż przymrużył oczy z rozkoszy. Zdawał się być nieobecny aby nie widzieć, że jego żona wplątała się w ciąg nieprzewidywalnych wydarzeń.    
Jesteśmy uzależnieni od kawy i dzięki temu, że spożywamy jej znaczne ilości w różnych miejscach możemy z łatwością stwierdzić ile kawy i jak dobrej jest w jej wodnym roztworze. p. upijał kolejny łyk ale już nie zaszczycał mnie swym spojrzeniem tylko lekko unosił wzrok tak do połowy mej skrytej za blatem stołu sylwetki. Nie patrzył mi w oczy abym nie widziała jego dezaprobaty mojego karygodnego zachowania. A niech tam ja też skoncentruje się na kawie to już żadnej głupoty nie uczynię. Podniosłam filiżankę do ust aby wreszcie poczuć aromat tak trudno dostępnej kawy. Jeszcze płyn nie minął linii ust gdy silne uderzenie w tył głowy rzuciło mnie w stronę stolika. W oczach mi pociemniało, kawę rozlałam po twarzy i bluzce a ciężar który zaatakował mnie od tylu przygniatał mnie w pozycji rogalika. W oczach mi pociemniało a w głowie zaszumiało. Ku**a co to? W cycki wlałam chyba całą zawartość przeznaczoną do wypicia bo ciepło w tym miejscu było pierwszym powracającym z realnego świata odczuciem.
Teraz mogę napisać co przeżył naoczny świadek.
„Siedzę naprzeciw mojej, bardzo niezaradnej dzisiaj,
żony i delektuję się tak potrzebną memu organizmowi kawą. Aby  nie stresować się widokiem latających opakowań po cukrze spoglądam w czerń jeszcze lekko parującej arabiki. Po trzecim łyku gdy poczułem szturchniecie stołu postanowiłem spojrzeć na Ataner bo może daje mi jakieś tajemne znaki. Wolno unosząc wzrok ujrzałem olbrzymią plamę kawy na jej wyszywanej cekinami białej bluzce. Zaraz zamknąłem oczy bardzo mocno zaciskając powieki tak jakbym mógł wycisnąć z mej pamięci ten żałosny widok. Co za cholera opamiętała Ataner. Niby nic wielkiego bo przecież każdy może się poplamić ale wylać na siebie całą kawę to już lekka przesada. Minęła dobra chwila gdy uznałem, że już mogę stawić czoła rzeczywistości. Uniosłem głowę i otworzyłem oczy gotowy na zderzenie z bezradnością żony. Gdybym miał dziesięć śpiących oczu to scena rozgrywająca się w zasięgu ręki otworzyłaby je wszystkie a młyńskie koła nie równałyby się z ich wielkością. Ataner siedziała zgięta w pałąk a na niej leżał olbrzymi złożony parasol. Nie ruszyłem się z miejsca bo widok był zaiste piorunujący i obezwładniający. Chyba się uśmiechnąłem gdy do mojego umysłu dotarły szczegóły. Z długaśnym na dwa metry metalowym prętem i kupą materiału parasola mocował się dziesięcioletni chłopiec. Wszyscy dorośli zostali pozbawieni mocy swych muskułów i w bezruchu obserwowali całe to zdarzenie. Chłopaczek nie mógł sobie poradzić z ciężarem ale nikt mu nie pośpieszył z pomocą. Szamotał się i dodatkowo tłukł żonę po głowie. Tego było już za dużo dla mnie. Poderwałem się i wydobyłem ją z pułapki.”
  Nie mogłam wyswobodzić się z nagłego zaćmienia umysłu i nie wiedziałam gdzie jestem ani co się ze mną dzieje. Raptem wszystko do mnie dotarło. Wiatr przewrócił stojący za mną parasol który właśnie w tej chwili p. ciskał na podłogę ze znan
ą mi jego wybuchową raptownoscią. Obok niego stał chłopak z wyciągniętymi rekami jakby wołał ducha z zaświatów. Mały dobry człowieczek pewnie miał mocno zaciśnięte palce gdy p. wyrwał mu parasol z rąk. Dobrze, że nie uszkodził jego dłoni. Po sekundzie p. siedział naprzeciw mnie wpatrując się badawczo w moje oblicze skrzywione grymasem bólu i zdziwienia. 

- Żyjesz? - Nie spuszczając ze mnie swego spojrzenia p. wyraził zainteresowanie stanem mojego zdrowia. Przechodzącą kelnerkę p. poprosił o nową kawę i bluzkę krótko naświetlając zaistniałą sytuację. Kelnerka pisnęła i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do głównej sali restauracji. Minutę później przyszła inna z zamówionymi daniami. Tuż za nią pojawił się menadżer restauracji. Sporządził protokół wypadku gdybym musiała jechać do szpitala i oznajmił, że nie płacimy za zamówienie.

Wracając do hotelu dotarło do mnie,
że prawdopodobnie uratowałam p. życie i nie doczekałam się podziękowań za moje poświęcenie. Dwa lat temu p. przeszedł operację i po prawej stronie czaszki ma poprowadzoną rurę odprowadzającą nadmiar płynu mózgowego po urazie głowy. Gdybyśmy nie zamienili się miejscami dostałby uderzenie dokładnie w miejsce gdzie rura wchodzi do środka. Wolę nie myśleć o konsekwencjach takiego uderzenia. W końcu nadszedł czas abym powiedziała to na głos. 

- Jesteś moim aniołem. - Usłyszałam w podzięce.

44 komentarze:

  1. Cudne, cudne fale! Pieniste, turkusowe, szalone! I miejsce do picia kawy przepiekne, choć zanadto zywiołom we władanie oddane!
    Dzielna, waleczna Ataner! Mimo wszelkich przeciwności losu, mimo złośliwego wiatru, porywistych, groźnych fal i chwilowej bezradnosci walczysz i zwyciężasz!
    Pełna podziwu i ciepłych uczuć jestem dla Ciebie dziewczyno zgrabnonoga, a przy tym silniejsza i wytrzymalsza niż niejeden atleta!
    "W końcu nadszedł czas, bys powiedziała to na głos"...Och, Ataner - czasem trzeba!Bo cięzary sie unosi, ale kiedys trzeba móc je połozyc na ziemi i odetchnąc nareszcie. Każdy ma prawo!
    Ściskam mocno, mocno, mocno Ciebie i Twojego ukochanego P..!:-)))*****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak mi mow, zgrabnonoga bardzo mi sie podoba:) Olu, dla patrzacych z boku cala ta sytuacja kiedy baba walczy z kapleuszem, fruwajacymi papierkami mogla nawet wydac sie smieszna i samo uderzenie parasolem rowniez, ja pewnie zareagowalabym smiechem.
      Tylko to nie byl parasol przeciwdeszczowy to byl parsol ogrodowy z podstawa betownowa i gruba zelazna rura ktora utrzymuje podstawe konstrukcji.
      Kiedy uswiadomilam sobie co by bylo gdybym nie zamienila sie miejscem z p. to prawie zemdlalam.
      Nie jest latwo mowic a co dopiero pisac o trudnych tematach, ja o wypadku p. pisalam na przelomie sierpinia i wrzesnia 2011 roku. Staram sie do tego tematu nie wracac, nie myslec ale czasami sytuacja taka jak ta ktora nam sie przydarzyla przypomina te straszne chwile.

      Dziekuje za usciski, moc serdecznosci sle na PD :)

      Usuń
    2. Ta Twoja przygoda z parasolem i jego zelazną rura, która omal Cię nie zabiła przypomniała mi moją historie sprzed lat, kiedy beztroskie dzieciaki bawiąc sie gigającym sie niebezpiecznei znakiem drogowym w Sopocie nagle go puściły. A ja akurat szłam obok. I dostałam tym zelastwem w łepetynę. Zamroczyło mnie. Siadłam sobie na ziemi a przed oczami latały mi gwiazdy. Znak tylko dlatego nie rozwalił mi czachy, bo mialam wcisnięty na głowę przyciasny kapelusz słomkowy, kupiony parę minut wczesniej na molo. On zamortyzował uderzenie.Odradzano mi wówczas jego kupno a ja sie uparłam, ze koniecznie go chcę miec. Czemu? Coś mi kazało go kupić i juz!
      Ataner kochana!Ty byłaś i jesteś takim kapeluszem dla swojego P.A to, że usiadłaś tam, gdzie wszystko to sie wydarzyło oznacza, że albo jakieś dobre duchy Toba pokierowały albo masz szósty zmysł.
      I teraz, na szczęście, możecie śmiać sie z tej sytuacji. Ale przydała sie ona do wypuszczenia z siebie słow o tym bólu i zmartwieniu, które unosisz w sobie. Przekłułaś ten napięty balon. I dobrze!
      I niech Was nigdy dobre duchy ne opuszczają a wiatr pcha na nowe, szalone wędrówki.Bo zycie, choć czasami straszne, to potrafi byc jednak i barzo piekne!:-)))

      Usuń
    3. W twoim przypadku to byl nieudany zamach na zycie z happy endem!
      Twoja i moja sytuacja wskazuje na to, ze kobiety powinny chodzic w kapeluszach bo nie dosc, ze sa twarzowe to jeszcze stanowia ochrone przed niezwyklymi sytuacjami:))))

      Usuń
  2. Aniele.swietnie sie czytalo, ale Tobie wcale do smiechu nie bylo. Skonczlo sie dobrze i filozoficznie- nic nie dzieje sie bez powodu.
    Jestescie cudowna para !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale mi nie bylo do smiechu a pozniej prawie sie poryczalam, taki ze mnie Aniol.
      Agni ciesze sie, ze wracasz do swiata blogowego - buziaki:)

      Usuń
  3. Umiesz dawkować napięcie, od beztroskiej kąpieli w ciepłych wodach, do zamachu na Was. Aż mnie zmroziły te ostatnie zdania.
    Naprawdę jesteś aniołem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie chce myslec co by bylo gdyby p. nie zamienil sie ze mna miejscem. Na szczescie nie bylo zadnych nastepstw uderzenia chociaz parosl byl pokaznych rozmiarow.
      Z tego wynika , ze lepetyne mam twarda chociaz p. przez kilka dni przygladl mi sie dosc uwaznie, ze tez tego nie wykorzystalam:)
      Do Aniola mi daleko, usciski Lidko:)

      Usuń
    2. Trzeba było korzystać z okazji, ale ja też zawsze taka gapa jestem ;)
      A Aniołem jesteś, przecież w Łodzi Cię spotkałam, pomoglaś mi wtedy w postaci starszej pani z kulą :)

      Usuń
    3. Musisz koniecznie opisac to zdarzenie:)

      Usuń
  4. Droga Ataner, czytuje juz od jakiegos czasu i fanem jestem:) Jednakze uprzedzaj prosze niczemu nie swiadomych czytelnikow, ze nie tylko bluzki na zmiane miec powinni, a i ochraniacze na laptopowy monitor i klawiature. A i zeby nie czytac na open space, bo ludzie beda przychodzic i sprawdzac, czy aby na pewno czlek sie dobrze czuje;)))))) A tak na serio, poturlalam sie ze smiechu najpierw, a potem pomyslalam Anioly czuwaja zaiste. pozdrowienia z Zielonej Wyspy, Kat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kat, witaj na moim blogu! Jest mi bardzo milo, ze mnie podczytujesz i jeszcze milej, ze zostawilas komentarz.
      Szaro, buro i ponuro to nie moje klimaty, szkoda zycia. Nie wszystko widze w kolorze rozu, chociaz blondynka jestem:)
      Ochraniacze na laptop i klawiature to swietny pomysl i mnie takie ustrojstwo by sie przydalo, ostatniego laptopa zniszczylam wylewajac na niego.., a nie przyznam sie co.
      Serdecznie pozdrawiam dziewczyne z Zielonej Wyspy:)

      Usuń
  5. Czytając początek czułem to miłe ciepło. Później zrobiło mi sie gorąco.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bylo wszystko, bylo cieplo, bylo goraco, pozniej byla bezradnosc, byla wscieklosc, byl bol glowy a teraz wspomnienie niekoniecznie mile.
      Serdecznie pozdrawiam z glowa na swoim miejscu :)

      Usuń
  6. To On ma szczescie miec takiego Aniola!!!!
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Judytko, chyba oboje mamy szczescie majac wspolnego Aniola ktory nad nami czuwa.
      Zycze ci aby twoj byl zawsze przy tobie i chronil cie swoimi skrzydlami.
      Usciski Judytko, niech moc Aniolow bedzie z Toba!

      Usuń
  7. Witaj Ataner.
    Również zachwyciłam się widokiem plaży , a zdjęcie z Tobą w Atlantyku p udało się wyjątkowo. Piękne.
    Ale ciąg dalszy wprowadził mnie w przerażenie.Jak to nigdy nie wiadomo co na nas spadnie.
    Trzeba się jednak cieszyć ,że nic się nie stało(mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku).
    Ściskam was mocno:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swietnie to ujelas Teniu, nigdy nie wiadomo co na nas spadnie, na moja glowe spadl parasol ogrodowy dosc pokaznych rozmiarow. Na szczescie dla mnie wszystko skonczylo sie dobrze i obylo sie bez interwencji lekarskiej. Czasami jednak p. twierdzi, ze uszczerbek jakis pozostal i mam nie rowno pod sufitem, no gad:)))
      Dzieki za troske Teniu, serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  8. Tak niewinnie sie zaczelo,fale sloneczko.....ale to co moglo przytrafic sie P.......jesssuuuuu,jeszcze nie moge sie otrzasnac.

    A mowia o nas kobietach slaba plec;))hm,hm,hm....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maga, ja do pesymistek nie naleze ale jak zaczela dzialac moja wyobraznia i naszikocowalam sobie czarny scenariusz to prawie horror widzialm oczami wyobrazni.

      Slaba plec, a jednak najsilniejsza:)

      Usuń
  9. Kolejny dowod na to, ze nic nie dzieje sie przypadkiem. W tym wypadku P. mial wyjatkowe szczescie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wlasnie Star, czy to byl przypadek, czy co?! Jak to nazwac, sama nie wiem. Jak slysze, ze tak musialo byc to mnie strzela.
      Najwazniejsze, ze w przypadku p. nie doszlo do wypadku dzieki zamianie miejsc i wszystko zakonczylo sie szczesliwie, p. caly i zdrowy i ja tez:)

      Usuń
  10. O nie....
    Co za sytuacja...
    W pewnym sensie obydwoje mieliście szczęście...
    Zdrowia Wam życzę obojgu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje, mielismy szczescie. Opisalam ta sytaucje bo to jest zastanawiajace jak to jest i jak to nazwac. Czy to jest wlasnie szczescie, czy czuwajacy Aniol, czy moze kosmici?!
      Dzieki Jasna, za zyczenia aby zdrowie bylo a cala reszta to ahoj!
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  11. Nic nie dzieje się przypadkiem, mieliście szczęście. Ma szczęście mieć takiego Anioła. Pozdrawiam serdeczności zostawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jezeli to nie przypadek to pewnie Anioly domagaja sie wizyty p. w niebie a ja ich ubieglam. Ja juz od dawna wiem, ze mam anielski charakter ale do tej pory nikt mi nie wierzyl, wreszcie mam dowod.
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  12. Paskudny wypadek ale w przepięknych okolicznościach przyrody. Masz intuicję albo silnego Anioła Stróża. A mąż ma Ciebie. Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cokolwiek by we mnie nie siedzialo to wychodzi na to, ze zawsze musze byc w gotowosci bojowej nawet w czasie urlopu oczy musze miec dookola i uwage napieta do maksimum. I kiedy tu odpoczywac?
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  13. Prawie taką samą przygodę przeżyłam, kiedy nad jeziorem prawie małe tornado przywędrowało. Parasole ogromne fruwały w powietrzu. Ale Ślubnego tam nie było! Na szczęście!
    Czasem różne przypadki sprawiają, że nie tylko mamy anioły wokół siebie, ale również sami stajemy się nimi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamietam jak opisywalas to niesamowite zdarzenie. Wspolczuje mieszkancom terenow cyklicznie nawiedzanych przez tornada bo obrony przed nimi nie ma.
      Sama doswiadczylam sily wiatru i nikomu tego nie zycze.
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  14. O Matko Bosku o święci Anieli jak dobrze że czuwacie a Ataner wam ufa. Ufff. Do mnie Twój post dotarł dzisiaj, mimo że codziennie zerkam, do wczoraj było pusto tzn to co wcześniej było. :) Nie wiem czemu tak się dzieje i u Lidii też tak miałam, ale dość narzekania.
    Anioł siedzi na prawym Twym ramieniu na ramionach prawych wszystkich ludzi siedzą Anioły. Po lewej stronie siedzi śmierć. Łączysz się z Aniołem i tak dobrze że tak masz bo za dwoje. Przed wyjściem z domu pukam mojego po prawym ramieniu mówię z uśmiechem do jego Anioła, "budzę Cię Aniele do roboty". :)
    Po prawej na ramieniu siedzi Anioł ------ bardzo go lubię i cieszę się że Ty swojego też.
    Ciepłe uściski i pogodnych myśli dobrego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sklaniam sie do twojej teorii bo siedzacy na prawym ramieniu Aniol zniwelowal mocne uderzenie parasola. A moja terioa jest taka, ze diabel siedzial na przeciwko mnie i na poczatku chichotal z mojego nieszczescia :)))
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  15. dobrze że wszystko się dobrze skończyło !
    gest menadżera też mi się podoba , a czy dostałaś bluzkę ? u nas nie do pomyślenia żeby w restauracji mieli bluzki !
    no i nogi ...nogi masz REWELACYJNE !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko dobrze sie skonczylo tylko szkoda, ze nie zamowilismy zarcia za $150 :))))
      W restauracji bluzki dla sierotki nie mieli ale jakbym miala paskudny charakter to poszlabym do szpitala, potem do adwokata zakladajc sprawe na 100 tysiecy dolarow. A tak spokojnie moglismy kontynuowac nasza podroz pelna przygod.
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  16. Co za szczęście, że zamieniliście się miejscami, ta historia wymaga głębszego przemyślenia...
    Serdeczności Aniołku :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czesto wracam myslami do tej sytuacji i sama nie wiem co by bylo gdyby..... Na szczescie wszystko dobrze sie skonczylo, jednak jakas trauma zostala bo knajpy z ogrodkami na zewnatrz wyposazone w parasole chroniace przed sloncem omijam szerokim lukiem.
      Usciski Dominiko:)

      Usuń
  17. Boze jak w horrorze! To dopiero przygoda z tym parasolem, ale dobrze ze skonczylo sie dobrze! Jakby nie bylo to zauwazylam, ze owe przygody przewaznie Ciebie spotykaja, tak jakbys wlasnie Ty miala mniej szczescia... no tym razem moze to sie dobrze zlozylo ale jednak... .

    Usciski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juz wole dostac w glowe parasolem niz wloczyc sie o szpitalach i miec sknocone wakacje. Wychodzi na to, ze w naszej rodzinie to ja jestem tym osobnikiem co dostaje po glowie i zbiera ciegi od losu.
      Pomimo wszystko to humoru nam nie brakuje i jak trzeba to raz i ja moge byc tarcza obronna.
      Serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  18. Zaczęło się cudownie.Plaża, kąpiel w ciepłym jak dla nas oceanie. Jednak, to co było dalej, to już wręcz makabra. Zaczęło się trochę zabawnie. Fruwające papierki i serwetki. Jednak spadający parasol mógł narobić nieszczęścia . Sama z pewnością ucierpiałaś, ale uratowałaś męża. Byłaś faktycznie jego aniołem.
    Uwielbiam czytać Twoje posty :))). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomimo wszystko to bede mile wspominac to zajscie bo oprocz chwilowego szoku nic mi nie dolega i teraz sama smieje sie z tego zamieszania. Do nastepnego lata nie bede jadala na zewnatrz bo nie wiadomo co moze sie przydarzyc.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  19. Renatko, proponuję przejście na ty. Z wieloma internautkami , internautami, nawet kilkunastoletnimi, taką właśnie przyjmowaliśmy formę komunikacji, bo jest wygodniejsza i bardziej kameralna. Zresztą, skoro jesteś (na zawsze ?) w kraju, gdzie "you" oznacza gremialne bratanie się , czemu my nie możmy iść w ich ślady ? Lepsze takie małpowanie "amerykanizmów", niż o wiele mniej pozytywnych do przejęcia na nasze, polskie, podwórko.
    Piszesz barwnie, dowcipnie i ciekawie o sytuacji, zdawałoby się, mało ważnej, ale dla delikwentki dość niezręcznej, a w konsekwencji nawet przykrej. Przyjemnie się czyta takie barwne relacje z życia codziennego. Moje, cdzienne, ogranicza się do niewielu urozmaiceń i nawet gdyby zdarzyło się coś niezwykłego - dla nikogo nie byłoby ono godne zainteresowania . Niemniej, staram się znależć w tym otoczeniu i robię swoje - piszę co mi przyjdzie do głowy i nie roztrząsam komu się podoba moja "twórczość" a komu nie. Na pewno nie naszemu szefostwu. wyobraź sobie, że do niedawna , byłam jedyną posiadaczką internetu, a od kilku tygodni - jakieś małżeństwo, które zdecydowało się zamieszkać w naszym domu do ostatnich swych dni.
    Cieszy mnie , i to bardzo, że zawitałaś w moje skromne progi i że potrafiłam zainteresować Cię moim życiem (jesli zechcesz, znajdziesz czas, to skrót mego życiorysu pozostawionego na blogu kresowianka - od momentu rozpoczęcia przygody w blogowaniem). Miałam dość barwne, choć niezbyt szczęśliwe. Mimo to byłam pogodną, towarzyską, aktywną osobą (zdjęcia na facebooku). Resztki tej pogody ducha jeszcze tla się w moim zbolałym ciele. Serdecznie pozdrawiam i proszę o dalsze opowieści na swój temat.
    Gabi, czyli kresowianka32

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Gabi.
      Jak zapewne wiesz od dłuższego czasu podczytuję twoje blogi ze zmienną częstotliwością i starannością. Forma per ty wcale mi nie przeszkadza i uważam, że jest bardzo na miejscu w blogosferze i nikogo nie razi.
      Bardzo mi miło powitać Cię i zapraszam abyś rozgościła się na tak długo jak zechcesz.
      Kolejny post już za chwilę więc pozdrawiam serdecznie i prosze o kolejną wizytę:)

      Usuń
  20. uff, pięknie i groźnie, ale jak to w amerykańskim filmie, wszystko dobrze się kończy :)
    to już przeszło dwa lata minęło, jak się znamy?

    Zazdraszczam podróży do Miami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwa lata to przeciez wieki!!!
      Czas pedzi jak lokomotywa z gorki. Choc niepostrzezenie to bardzo milo uplynely dwa lata znajomosci z Tobą.
      Pozdrawiam:)

      Usuń