wtorek, 28 stycznia 2014

Palmowy Sylwester

   Typowy dylemat kobiety, w co się ubrać na Sylwestra, tym razem ominął mnie pozwalając na kreatywność i dowolność bez ograniczeń. Zamiast wymyślnych fryzur i kiecek z rozcięciem po same uszy oraz dekoltem po kolana demonstrowanych na salach z kryształowymi żyrandolami zdecydowaliśmy się na coś zupełnie odmiennego. Chcieliśmy aby gwiazdy zastąpiły żyrandole a niebo było sufitem największej sali balowej. Zamierzaliśmy przywitać Nowy Rok pod gołym niebem. Aby nie udawać supermana i „superłumenki” odpornych na ujemne temperatury uciekliśmy z mroźnego o tej porze Chicago do zawsze ciepłego Miami.
Wybór ciuchów na sylwestrowy wyjazd to istna groteska. Kiedy p. na tydzień wcześniej miał wszystko przygotowane i zapewne jeszcze wcześniej przemyślane a koszulki, podkoszulki, spodnie, buty i całą resztę ułożoną na półkach i wiszącą na wieszakach ja ciągle mówiłam, że czasu mam pod dostatkiem. Miałam pod dostatkiem do dnia wyjazdu gdy okazało się, że nie mam pojęcia co wziąć ze sobą. Niby tak ogólnie to wiedziałam co chciałabym zabrać ale nie mogłam się zdecydować co zostawić w domu. 
Gdy jego torby spoczywały w bagażniku auta ja wpadłam w panikę i rozum mi odjęło, nie mogąc zrezygnować z trzeciej pary szpilek usiadłam na krześle i zapaliłam papierosa. Gdy p. po raz kolejny wszedł do mieszkania na podłodze głównego pokoju leżały wszystkie moje buty. Począwszy od sandałków przez buty do pływania, szpilki i kozaki. 
- To co mam zabrać? - Jego pochmurny głos wprawił mnie w panikę i rozpacz. Zaczęłam się jąkać i prawie płakać bo przez część drogi będzie zimno i muszę mieć odpowiednie obuwie na zimę a później czeka nas środek lata więc ilość zwiększa się geometrycznie i niebotycznie a nie tylko dwukrotnie. Chłop który zna mnie nie od dziś jakby stęknął cichutko i westchnął z rezygnacją a potem wyswobodził swą żonę z kłopotu. - Weź wszystko co wydaje ci się potrzebne. - Jak ja kocham mężczyzn i ich męskie decyzje! Ruszyłam do pralni gdzie trzymam worki śmieciowe i zapakowałam dwadzieścia par butów do jednego z nich. Do drugiego upchałam grubsze rzeczy a trzeci aż trzeszczał gdy usiłowałam dopchać kolejną bluzkę. Raptem w ciągu 10 minut byłam gotowa do wyjazdu a nie jakieś przygotowania z tygodniowym wyprzedzeniem. Oj zapomniałabym o dwudziestu wieszakach z innymi bluzkami które zawisły nad tylnym siedzeniem.  
W Miami dostatnio wyposażona w garderobę pierwszej potrzeby i tak nie mogłam od razu podjąć decyzji, wybór sylwestrowej kreacji okazał się niełatwy. Sylwestrowa noc zobowiązuje do elegancji w pewnym stopniu, spacery natomiast jakby sprzeciwiały się takiemu spojrzeniu. p. siedział sobie w fotelu trzymając nogi na drugim łóżku w którym nie spaliśmy i przyglądał się pokazowi mody od zaplecza. Paląc papierosy jakby z zadowoleniem, że urodził się mężczyzną przyglądał się latającym bluzkom i spódnicom. Gdy pojawiły się sukienki do zapięcia których musiał się podnosić poziom przyjemności z widowiska jakie uskuteczniałam zmalał i poszedł umyć przednią szybę samochodu. Będziemy chodzić i stać więc szpilki odpadają tak jak mała czarna. Po jaką cholerę ja to wszystko zabierałam? To jest Sylwester na plaży głupia babo, pomyślałam, w dodatku na chodzonego po ulicy więc zapomnij o kreacjach. Przywołałam się do porządku i zaczęłam zupełnie z innej strony. Ile szyb p. umył i czy dostał za swą pracę jakies napiwki nie chcę wiedzieć ale gdy przyszedł po długim czasie byłam prawie gotowa. Zdecydowałam, ze mym ojcem był hippis a matka cyganką więc dziecko takiego związku powinno wyglądać właśnie tak a nie inaczej. Apaszka we włosy plus kapelusik aby wiatr znad Atlantyku nie zniszczył fryzury, luźna spódnica i podkoszulka pod kraciastą koszulą. Całość ubioru powinna poruszać się z gracją i wygodnie na płaskim obcasie. Gdy p. stanął w drzwiach i zobaczył arcydzieło mojej fantazji z przekąsem spojrzał na tony zupełnie niepotrzebnych ciuchów i na mnie. 
- I co? - Musiałam przecież uzyskać aprobatę ukochanego. Uzyskałam. 
    Od godziny 21 neonowa pomarańcza w słonecznych okularach miała rozpocząć swa wędrówkę ku samemu dachowi hotelu Inter Continental aby o północy dać znać, że to już Nowy Rok. W tej samej chwili na wyspie Miami Beach rozbłysną fajerwerki.
Nigdy wcześniej nie braliśmy udziału w takich imprezach pod gołym niebem więc mój przezorny mąż nie chciał ryzykować zbytnego zagęszczenia i postanowiliśmy za dnia zobaczyć miejsce w którym napadnie nas Nowy Rok. Skwer w samym centrum Miami gdzie miała rozegrać się atrakcja sylwestrowej nocy nie bardzo przypadł nam do gustu.
Głowna scena na której mieli występować wokalisci i grupy muzyczne była mała i w odległości 20 metrów od knajpy Hard Rock Cafe więc przewidywany tłok mógł być tak wielki, że łatwiej można było się spodziewać ataku rozochoconego i pod rauszem fana latynowskiej muzyki niż łagodnego pojawienia się Nowego Roku. 
Jeszcze kilka godzin przed zmrokiem impreza nabierała rumieńców. Przy muzyce z komputera lub na żywo chętne do zabawy pary zaczynały świętować ostatni dzień w roku.
Wzdłuż nadbrzeża przygotowane już były stragany z jedzeniem a przyrzadzane posiłki na siedem godzin przed spożyciem przedstawiały jawne zagrożenie naszego i tak już sfatygowanego używkami zdrowia. 

Wcinająca się w lad marina dodatkowo ograniczała ilość miejsca dla spacerującej wieczorem ludności więc obeszliśmy zielony skwer pomiędzy wieżowcami wtykając swe nosy w każdą dziurę aby poznać okolice.
Atrakcja nie lada okazało się gigantyczne, stuletnie i nieznane mi drzewo Banyan (Ficus benghalensis) o wysokości 33 metrów które mogło pomieścić w swym pustym pniu trzy małe osoby. Drzewa te pochodzą z Indii skąd zostały sprowadzone pod koniec dziewiętnastego wieku.  Moje niecne zamiary uszczknięcia gałązki aby wychodować podobny okaz w domu jednak nie udały się ze względu na znaczna ilość widzów więc ruszyliśmy po soczystej zieleni trawnika w stronę parkingu na którym zostawiliśmy auto.
Moje przedłużające się obcowanie z niebezpiecznym Billy The Kid albo Buffalo Billem zostało przerwane przez pojawienie się Szeryfa pilnującego porządku w kipiącym życiem Miami. Nasza drogę umilał silny wiatr bo temperatura około +26C wydawała się nam upałem. Jeszcze kilka dni wcześniej śnieg stroił drzewa i trawniki a tutaj palmy i krótkie spodnie.
Po zaznajomieniu się z terenem oraz jego plusami i minusami postanowiliśmy udać się na wyspę gdzie i tłuszczy mniej i jakoś spokojniej się wydawało. Mowa tutaj o Miami Beach. Wyspa ta leży naprzeciw Miami na która można dojechać dwoma mostami. W Miami Beach South o północy miał odbywać się główny pokaz fajerwerków więc nasze dusze spragnione huku, błysków na niebie i atmosfery wielkiej pompy zmusiły nasze ciała do zmiany miejsca w którym 2013 odda świat we władanie 2014 rokowi.
Nadmorski bulwar w ostatni dzień roku został zamknięty dla ruchu pojazdów mechanicznych i hotelowe knajpki rozrosły się na tyle, ze zajęły cały chodnik oraz część ulicy. Tak, tutaj było bardziej przestronnie a wybór restauracji wręcz nieograniczony. Zerkając na menu każdej knajpki wreszcie zdecydowaliśmy się na obiad bo pora na zapełnienie żołądka wydawała się odpowiednia co mogłam zaobserwować po minie p.. Stoliki pod parasolami nadawały mila atmosferę temu miejscu. Jak sylwestrowa noc pod gołym niebem to posiłek również nie powinien odbiegać od tego schematu. Usadowiliśmy się wygodnie przy stoliku bez parasola aby nacieszyć się widokiem palm. W miarę przesuwania się wskazówek zegara ku północy ludzi spacerujących po Ocean Boulevard w South Miami Beach przybywało a wolnych miejsc przy stolikach ubywało.
Przykładny porządek nie brał się z odmiennej natury zamieszkującej Florydę ludności. Patrole policji na rowerach oraz pieszo studziły zapały do szaleństwa chyba na życzenie właścicieli hoteli którzy musieli zadbać o wizerunek beztroskiej zabawy dużo wcześniej. Luksusowe miejsce jakim niewątpliwie jest Miami Beach nie mogło pozwolić sobie na burdy i pijackie awantury więc oficjalny pokaz „kto tu rządzi” rzucał się w oczy póki jeszcze było widno. Policyjna czujka w przestrzeni wyposażona była w kamery rejestrujące przebieg zupełnie nienadzorowanego nadejscia Nowego Roku.
Serwowane posiłki nie zwaliły nas z nóg swym wykwintnym smakiem ale były poprawne i chyba świeże bo nie mieliśmy rewolucji trawiennych. Teraz przyszła kolej na deser pod postacią margarity w wazonie w którym można z powodzeniem hodować lilie wodne. Nawet tak olbrzymia porcja alkoholu po jedzeniu nie przedstawiała problemu ale nie wyobrażałam sobie jak będę w stanie wypić taka ilość płynu przez rurke o średnicy rury odpływowej zlewozmywaka. Poszło lepiej niż przypuszczałam i przy dźwiękach klubowej muzyki wypiliśmy zaraz druga. Humory poprawiły się o kilka procent jak i zawartość alkoholu we krwi. Zaszumiało nam w głowach po łapczywym przyswajaniu rozweselacza więc godzinny spacer uznaliśmy za wskazany.
Wygodne obuwie okazało się zbawieniem przy spacerach bo szpilki oferowane w jednym ze sklepów pomimo swej rzucającej się w oczy elegancji lepiej pasowały w witrynie na półce niż dzisiejszej nocy na moich nogach.
Teraz już, gdy przyszła pora na kolejna margarite, o wolne miejsce było trudniej gdyż chętnych na wypicie i puszczenie dymka z wodnej fajki było dużo. Czy to był haszysz czy opium nie wiadomo ale paszcze mieli zadowolone i uśmiechnięte. Znów pojawiły się przed nami dwa baseny wypełnione mielonym lodem z tequila. Bardzo smakowity napój znikał jakoś podejrzanie szybko i zastanawiałam się czy przypadkiem nie zapadną mi się policzki na zawsze od naprędce pociągania z dwóch rur. 
Było milo i wesoło, wydawało się, ze nikt nie ma zamiaru „nawalić się” dzisiejszej nocy. To chyba był dobry wybór sali balowej bo póki skleroza mnie nie zaatakuje swa maksymalna mocą to pamiętam duszne pomieszczenia balowe i śpiących na stolach którzy nie doczekali północy.
Rachunek za dwa wypite kanistry na piec minut otrzeźwił nas oboje. Przypuszczałam, ze alkoholu w tak gigantycznych drinkach jest niewiele ale jednak przyznam się,
że świat wydawał mi się jeszcze bardziej kolorowy niż na samym początku naszego imprezowania. Cena która usłyszeliśmy została trzykrotnie powtórzona przez miła kelnerkę na specjalne życzenie konsumentów bo p. uznał to jako żart. Sto trzydzieści sześć dolarów wydawało się nam zupełnie nie na miejscu. Dopiero menadżer swym groźnym wzrokiem pozbawił nas na chwilę zabawy. Dodaliśmy jeszcze napiwek i wyszło półtorej stówki za dwa wiadra radości. Opuściliśmy lokal aby rozprostować nogi i udać się na kolejna margaritę tuz przed samą północą. Czułam, że jeszcze dwie a padnę tam gdzie siedzę. Jednak przyspieszone krążenie krwi po zapłaceniu rachunku w ostatnim hotelu spaliło kalorie oraz nędzne promile kołaczące się w naszych organizmach.
Nowy Rok zbliżał się nieuchronnie i końcówkę Starego postanowiliśmy spędzić w gorącym rytmie muzyki latynoskiej, popijając oczywiście margarite! Zgadnijcie jak nauka nie idzie w las. Przed zamówieniem kolejnych wazonów wypełnionych płynnym szczęściem p. zapytał o cenę i od razu zapłacił aby później nie było zgrzytów. Zupełnie zrelaksowani oczekiwaliśmy fajerwerków oznajmiających o wkroczeniu w 2014 rok. Ostatni łyk margarity z troszkę już mniejszych kieliszków rozpoczął barwne przedstawienie na niebie. Gorący, długi pocałunek zespolił nasze usta na długą chwile. Potem były serdeczne życzenia i jeszcze dwa, jeszcze gorętsze pocałunki. Ruszyliśmy w stronę parkingu i po chwili zapowiadane i zawczasu wychwalane przedstawienie zgasło i ucichły echa ostatnich fajerwerków. W głowie jednak ciągle słyszałam kolejne wybuchy eksplodujących gwiazd i nie minęło to odczucie do momentu aż padłam bez życia na łóżko.

czwartek, 23 stycznia 2014

Słodycz porażki.

   Wcale nie pomyliły mi się znaczenia ani literki. Tak właśnie zdarzyło się trzy miesiące temu. Gdy zerknęłam na „Nie tylko meble” a raczej na kolejny post tego wspaniałego bloga to od razu jak zwykle usłyszałam głośną i donośną myśl „ee tam to nie dla mnie”. 
http://nietylkomeble.wordpress.com/2013/10/11/zapraszam-do-zabawy/

 W miarę czytania pomysł wydał mi się genialny i moje nastawienie uległo zmianie. Po chwili zastanowienia wpadłam w siec współzawodnictwa i okazało się, ze ta druga myśl która skłoniła mnie do udziału w rozdawajce była największym dla mnie zaskoczeniem końca zeszłego roku.
Gdy na początku istnienia mej duszy rozdawane były; systematyczność, obowiązkowość, pracowitość i tego typu pierdoły to ja chyba spa
łam bo jak się okazuje nic z tych zacnych cech nie mam. Dlatego tez nie biorę udziału w konkursach (nawet tych pod nazwą „Najpiękniejsza we wsi”) bo moje lenistwo zniewala mnie nie pozwalając na długotrwałą koncentracje na jednym temacie.
  Aneta jednak podeszła bardzo rozsądnie do tematu i zaproponowała przejrzysty i oczywisty schemat działania zasad w konkursie. Postawiła na punktualność którą ceni
ę jak złoto w postaci pierścionka z brylantem. Punktualność ktora jest cechą człowieka inteligentnego i szanującego innych. Skąd to u mnie się wzięło nie wiem ale skoro już istnieje w mej duszy takie właśnie zboczenie to postanowiłam wziąć udział w konkursie. 
Żadne papierosy i inne używki jak kawa tak mną nie zawładnęły jak rywalizacja z Bietą. Przez dwa tygodnie żyłam w amoku a sny przedstawiały mi stoper z okrągłą wskazówką która nigdy nie trafiała na 20:00:00. 
Trudno mi opisać emocje towarzyszące nam; Biecie, Ataner i organizatorowi Anecie podczas wieczornych w Polsce i popołudniowych w Ameryce godzin. 
Wiele by pisać a i tak emocji zawartych na zawsze na stronie http://nietylkomeble.wordpress.com/2013/10/11/zapraszam-do-zabawy/ opisać nie zdołam ale zawsze ten który zainteresuje się pasjonującym pojedynkiem może prześledzić jego przebieg na wyżej wymienionej stronie.
Przegrałam sromotnie zdobywając 2 punkty mniej niż Bieta która na finiszu miała ich 35. 



Tak dobrze mi szło, że już byłam pewna zwycięstwa gdy niespodziewanie Bieta swą koncentracją przy komputerze zmiażdżyła mą przewagę i objęła należące się jej prowadzenie. Moje sposoby na oszukanie zegara spełzły na niczym i fair play wyniosły Bietę na podium pod którym widniała jedynka.
   Oczywiście samego współzawodnictwa możecie mi tylko pozazdrościć ale gdyby wam tego było mało to skromnie wspomnę,
że:
1-Zajęcie drugiego miejsca okazało się tak przyjemne jak  zwycięstwo!
2-Dostałam trzy nagrody zamiast jednej!
3-Bieta najładniej prost
ą włóczkę zamienia w najrówniejsze słupki i oczka a wzory? Zobaczcie sami!
4-Aneta jest najsławniejszą Czarodziejk
ą zaklinającą słoje drewna w cudowne przedmioty!
    I co z tego wynika?
Jeżeli już przeczytaliście 208 komentarzy pod postem http://nietylkomeble.wordpress.com/2013/10/11/zapraszam-do-zabawy/ to wiecie,
że zwycięzca może być tylko jeden i zabiera nagrodę ale ja zostałam obdarowana prezentami które mnie zaskoczyły, wprowadziły w zdumienie i poryczałam się jak rozhisteryzowana niewiasta.
   Od Biety dostałam dwumetrowy szal udziergany z mgły unoszacej się ponad kwiecistą łąką punktualnie o godzinie dwudziestej a od Anety przepiekną serwetę

oraz kombinację liter z których do dziś nie umię ułożyć słowa dziękuję.

środa, 15 stycznia 2014

Ah-shi-sle-pah

   Kilka kroków przed nami widoczny był uskok płaskiego terenu. Rozciągała się przed nami rozległa dolina której przeciwległy brzeg oddalony był o jakieś dziesięć kilometrów. Serce aż jęknęło mi i zaraz na chwilę zamarło gdy wyobraziłam sobie naszą pieszą wędrówkę w skwierczącym upale. 
- Ciut daleko. - Wymsknęło mi się w zjadliwym tonie. Oczy mrużyłam aby dostrzec co czeka nas za przynajmniej dwie godziny marszu. Widok zapowiadał się ciekawie lub tak mi się wydawało bo na taką odległość to i jastrząb może  jedynie domyślić się szczegółów. 
- No chodź, zobacz. - Nawet nie spostrzegłam się, że stoję i zamartwiam się na zapas. p. stał odwrócony w moim kierunku a twarz jego płonęła zadowoleniem i zdziwieniem zarazem. 
- Trochę daleko. - Teraz już zdecydowanie ze zrezygnowaniem powiedziałam na tyle głośno żeby p. dosłyszał. 
- Jesteśmy na miejscu. - Wskazał ręką na dół urwiska od którego stał nie dalej niż metr. Otrząsnęłam się z zadumy nad czekającą nas wędrówką i podeszłam do niego.
Przysłowia nie kłamią a to, że najciemniej jest pod latarnią jest prawdziwe jak żadne inne. Zupełnie zaślepiona widokiem w oddali nie zwracałam uwagi na to co jest obok mnie. Wędrując z p. spodziewam się długich dojazdów i jeszcze dłuższych i mozolnych pieszych wędrówek. Nie ma się więc czemu dziwić, że spodziewałam się kolejnej katorżniczej drogi do celu. Świadomość czekających mnie zmagań z upałem i niewygodnym terenem odebrała mi trzeźwość osądu.
W którym miejscu na mapie wylądowaliśmy? Sadzę, ze w połowie zdjęcia po lewej stronie. Ze zdjęcia satelitarnego wynika, ze przed nami było około dwunastu kilometrów aby dotrzeć do przeciwległego końca dolinki o szerokości zaledwie czterech.
 Po lekko osypującym się zboczu zsunęliśmy się w objęcia krajobrazu dziwnie uformowanych przez naturę skal. Wiatr, słońce i rzadkie ale ulewne deszcze zamieniły ten kawałek pustyni w ciekawy zakątek. Trudno mi było wyobrazić sobie co zobaczę gdy wreszcie dotrzemy na miejsce ale widok otaczających mnie z dwóch stron skal trochę mnie rozczarował.
Nie był to codzienny widok znany z trasy „do” i „z” pracy więc rozdziawiona paszcza p. była na miejscu. Nie wiem czy to co zobaczyliśmy można nazwać rewelacją ale na pewno widok ten zasługiwał na miano ciekawostki. Osiągniętego celu nie można nazwać porażką bo wiadomo, że najciekawsza jest droga którą trzeba pokonać aby go osiągnąć. Wszystkie utrudnienia i przeszkody wydały się znikome gdy cel ukazał się naszym oczom.
Ocena może być różna bo różnorodność doznań jest nieograniczona ale oglądając początek Ah-shi-sle-pah na własne oczy uznałam, że warto było postawić swą stopę na mało znanym kawałku ziemi oddalonym o 2300 kilometrów od domu.


Po zapoznaniu się z okolicą rozpoczęliśmy penetrowanie terenu przeciwległego zbocza. Dziesięć czy dwanaście kilometrów to zbyt duża odległość dla ludzkiego oka aby można dostrzec czy warto końcówkę dnia poświecić na wędrówkę. Posługując się teleobiektywem o 200 krotnym przybliżeniu również nie byliśmy w stanie stwierdzić, że spacer da nam kolejne niezapomniane przeżycie. Znów zostaliśmy pokonani przez zupełnie nieoczekiwane odległości. Nasze ambitne zamiary przerosły nasze możliwości bo tylko tutaj w jednym miejscu powinniśmy spędzić tydzień a ze względu na napięty harmonogram wakacji nie mogliśmy tego zrobić.
Z żalem w sercu pomachaliśmy odległym skałom na pożegnanie i ruszyliśmy do zrujnowanych osiedli Indian Chaco.