sobota, 8 sierpnia 2015

Cottonwood Canyon

 Dopóki nogi doniosą nas do auta i dopóki koła w aucie będą się kręciły to nuda nam nie grozi. Kolejny poranek to kolejna porażka w losowaniu więc bierzemy się do dzieła i ruszamy na całodniową wycieczkę. Trochę znamy tą okolicę i nie przyjechalibyśmy tu ponownie gdyby nie to, że próbujemy dostać się na teren Coyote Buttes North gdzie znajduje się cud geologiczny w postaci wylizanej, kolorowej i niezbyt dużej skały. Oczywiście są inne miejsca na świecie z równie niebywałymi formacjami skalnymi ale ze względu na bliskość Arizony nie polecieliśmy do Chin albo do Argentyny
Okazało się, że podobne formacje skalne są dostepne dla każdego bez cyrków w których uczestniczyliśmy przez dwa tygodnie.
Jesteśmy już dwa tygodnie w tej dziurze z dwoma spożwczakami i jednym monopolowym zaraz obok posterunku policji. Tereny wokół dziury bardzo atrakcyjne więc ruszamy do Cottonwood Canyon a Park Narodowy Bryce zostawimy sobie na jutro bo na pewno jutro też Ho Mao Jingijang wylosuje przepustkę do Wave a p. dostanie szału jak co dzień przez czternaście poprzednich dni.
Nawet nie zjedliśmy śniadania w hotelu tylko zakupiliśmy prowiant na piknik i z ulgą opuściliśmy miejsce które trzyma nas jak magiczny magnes. Wszyscy już wiedzą, że pojechaliśmy do Arizony własnym autem (patrz poprzedni post) bo skoncentrowaliśmy się na chodzeniu a nie na jeżdzeniu. Zła passa odmieniła charakter naszej eskapady i każdego dnia jechaliśmy w nieznane aby zabić czas oczekiwania do jutrzejszego losowania. Wigilię i Święta spędziliśmy na Skypie razem z rodzinką i znajomymi.

Jeszcze tydzień męczarni i nadejdzie czas powrotu a wykres naszych dobrych humorów ostro spada w kierunku zera. Aby zapomnieć o Kanab porzuciliśmy cywilizację aby rozkoszować się swoim towarzystwem i skałami. Pomna niedawnej porażki w starciu z piaskiem spytałam czy trasa którą dziś mamy do pokonania jest przejezdna. 
Uzyskałam solenne zapewnienie, że tak ale wiem, że to było jedno wielkie oszukaństwo bo nigdy nie jechaliśmy tą drogą. 
Wszystko szło z normalnymi problemami do momentu gdy na drodze leżały kawałki skał oderwanych od zbocza. Trochę gimnastyki nie zaszkodzi więc nie ruszyłam się zza kierownicy pozwalając aby p. poodrzucał większe kamory. 
Przed nami jeszcze Sylwester w Las Vegas wię nie mogę uszkodzić sobie paznokci! Przez cały czas towarzyszyły nam słupy z drutami które wyraźnie psuły widok ale dawały szansę na przejechanie trasy do końca bo przecież jeżdzą tutaj auta serwisowe.

Po bardzo późnym śniadaniu w okolicach południa ruszyliśmy dalej i właśnie wtedy p. zasiadł za kierownicą. W końcu przecież mam zmiennika i jemu też kawałek roboty się należy. Nie ujechał daleko bo po dziesięciu minutach przed nami ukazała się daleko i głęboko mała mieścina. Grudniowa pogoda w południowych stanach jest bardzo przyjemna i lekki sweterek załatwia sprawę ogrzania organizmu w ciągu całego dnia. Przez dwa tygodnie naszego pobytu nie padało ale różnica temperatur podczas dnia i nocy kryła ziemię rosą przed wschodem słońca. Droga z ubitej zamieniła się w rozjeżdzoną glinianą rynnę bez jednej ściany, tej od urwiska oczywiście. Głębokie koleiny wskazywały na to, że tędy jeżdzono ale odpowiednim sprzętem. Mieliśmy dwie drogi wyboru, wracać albo ryzykować utopienie się w glinie albo tak poślizgać się niefortunnie aby spaść w przepaść ta była trzecią. Wyszlismy aby zbadać teren i po wyjściu z auta okazało się, że widok jest wprost przerażajacy bo z auta był jedynie niepokojący. Koleiny głębokie na pół koła a glina śliska jak lód o czym miałam okazję się przekonać gdy stanęłam na lekkim wzniesieniu aby nie ubrudzić sobie butów. Podeszwy przestały istnieć i zamieniły się w narty zjazdowe a szybkość młynków moimi rękami porównać można było z najwyższymi obrotami wentylatora pokojowego. Straciłam równowagę ale cudem nie złamałam kregosłupa i nie wylądowałam a dupsku. Gdy moje ciało przestało rzucać się z jednej strony na drugą i ręce już nie musiały robić zupełnie niezdrowych wymachów wyłamujących stawy barkowe p. nawet się nie ruszył i skwitował; „i gdzie ty włazisz”! Co za człowiek, nawet mnie nie pochwalił za gibkość mego ciała. 

Zajęłam miejsce pasażera świadomie dająć szansę na podjęcie decyzji mężczyźnie który wie gdzie stanąć i wie gdzie jechać (patrz poprzedni post). p. zwlekał z powrotem do auta, wpatrywał się w czekające nas zasadzki i wypatrywał jedynej możliwej drogi przejazdu.
- Zawracamy? - Zapytałam. Dla mnie było to sensowne wyjście z niepewnej sytuacji. 

- Nieee, jakoś przejedziemy. Najgorsza jest ta początkowa stromizna z zakrętem. Jak ten kawałek przeżyjemy to najwyżej utkniemy tam. - Wskazał półkilometrowy płaski teren u podnóża góry ostro poryty koleinami po dużych autach. - Najgorszy jest ten zakręt bo możemy … - Dalej już nie słuchałam bo szczegółowy opis jak wylatujemy w powietrze jak ze skoczni narciarskiej przerastał zdolności mojego zdrowego rozsądku. Nie mogłam uwierzyć, że decyduejemy się na takie szaleństwo. Fakt zniszczenia auta był zupełnie niezaprzeczalny i zaczęłam zastanawiać się skąd weźmiemy kolejny pojazd aby powrócić do domu bo w dziurze nie było ani jednego dilera samochodowego. 
- No to ruszamy. - p. jakby nie widział tego co ja widziałam oczami wyobraźni. Najpierw odlecą koła, wstrząsy spowodują, że wylecą drzwi z mojej strony i na sam koniec po kilkakrotnym koziołkowaniu wylądujemy na dachu. W popielniczce samochodowej były dwa pety i trochę popiołu. Zamknęłam ją aby na domiar złego nie nasypało mi się popiołu do oczu. Problem polegał na tym, że nie mogliśmy jechać zbyt wolno aby nie ugrząźć w glinie ani za szybko aby kontrolować tor jazdy. Zapięłam pasy bezpieczeństwa, prawą dłonią chwyciłam uchwyt drzwi które miały za chwilę odpaść od karoserii a lewą trzymałam podłokietnik pomiędzy pasażerem a kierowcą. Popielniczka zamknięta więc możemy jechać. Jak statek na wzburzonym morzu zaczęliśmy spadać z olbrzymiej sztormowej fali. Maska auta opadła raptownie w dół i zaczęliśmy podskakiwać na śliskiej glinie. Po pierwszym podskoku zostałam zablokowana pasami i dzięki temu nie mam guza na czaszce. Ostro podskoczyliśmy i wtedy przypomniałam sobie o poduszkach powietrznych, jak mi teraz to ścierwo wybuchnie przed oczami to nawet nie będę widziała jak umieram.
To nie była jazda, auto robiło co chciało z niewielkimi poprawkami które wprowadzał p., hamowanie silnikiem nie zdawało egzaminu bo co prawda przednie koła zaczęły obracać się wolniej ale wynikiem był poślizg bo tył zaczął nas wyprzedzać, hamulce zupełnie oszalały gdyż ilość zmiennych była zbyt duża aby przeciętny ABS mógł to przekalkulować. Zgrzytanie ABSu oznajmiało, że hamulce działają ale prędkość wcale nie zmalała a sterowność ciągle była w strefie marzeń. Zbliżaliśmy się do zakrętu a auto wyczyniało harce i swawole. Zmieniało kierunek jazdy z taką częstotliwością jak pośladki tancerki podczas karnawału w Rio. Głośne ”łup” rzuciło kilka kawałków gliny na przednią szybę co zwiastowało, że kolejny taki odgłos pozbawi nas przynajmniej jednego koła. O dziwo zakręt pokonaliśmy w takim stylu jak całą dotychczasową trasę i nie jestem pewna czy była to zasługa p. czy zwykły przypadek ocalił nasze duszyczki. Jeszcze sto metrów szaleńczych podskoków i wywijasów i skończył się zjazd ale gliniastej pułapki było jeszcze dobre pięćset metrów. Pedał gazu wygniótł zapewne pięciomilimetrowe wgłębienie w podłodze ale wijąc się jak wąż auto pokonało ostatnie metry i zatrzymało się już poza zasięgiem grząskiego terenu. 

- To koszmar jakiś, kto wymyślił taką drogę, tam się nie da podjechać za żadne skarby. - Komentarz jak najbardziej na miejscu bo zapewne i dobre auta terenowe miałyby co robić aby wjechać na szczyt. - Uff udało się. Nigdy więcej tym gównem nie pojadę w góry, musimy zmienić sprzęt. - To prawda, że udało się nam ale kto powiedział, że na trasie będzie tylko jedna pułapka a nie trzy albo nie będzie ich osiem. Słupy z drutami które nas prześladowały do tej pory zniknęły raptownie i nawet w oddali nie było ich widać. 
- Co zrobimy jak droga się skończy? - Spojrzałam jeszcze raz na pokonany stok u podnóża którego staliśmy jako chwilowi zwycięzcy.

21 komentarzy:

  1. Przeczytałam na głos Twego posta Cezaremu, bo to o czym piszesz, tak bliskie jest naszym przygodom i naszemu przezywaniu tego wszystkiego. Niesamowite! Fascynujące!Przejmujące do głeb to wszystkoi!
    Piszesz tak obrazowo, że widzielismy i czuliśmy to wszystko, co Ty. razem z Tobą osuwalismy sie po gliniastej drodze, podskakiwalismy na grudach i koleinach, dostaliśmy nawet kawałkiem gliny. Uff! I jeszcze raz uff!Cudne widoki na Waszych zdjeciach boskie. Dla takich widoków, skał, dróg krętych, zawiłych, tajemniczych warto przejechac każda przeszkodę. Dla przygody niezapomnianej, dla buzującej żywo krwi, dla wspólnie odczuwanych wrażeń - warto! Po stokroc warto!
    Czekam na ciag dalszy, usmiechajac sie pod nosem, bo znowu przypomniałaś mi kolejną naszą przygode australijską z koszmarną drogą nad przepaścią!:-))
    Uściski siostrzane i braterskie zasyłamy od nas dla Was!:-))***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję siostro podróżniczko i bracie wędrowniku. Coś nas połączyło:) Aż trudno w to uwierzyć ale rozumiem, że przeżywamy życie bardzo intensywnie z dozą lekkiego szaleństwa.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Dobrze, ze i Tobie nie brak szalenstwa i ryzykanctwa we krwi. Ja pewnie w takich okolicznosciach wysiadlabym z auta, pozwolila P. przejechac i ryzykowac zyciem, a sama przeszlabym niebezpieczny odcinek piechota. Albo, co bardziej prawdopodobne, zawrocilabym. Z odwaga u mnie krucho i na takie eskapady to ja sie nie nadaje. Za nerwowa jestem. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piechotą też niebezpiecznie bo ślisko i nogę można złamać i ubrudzić się do tego stopnia, że nikt we mnie człowieka by nie rozpoznał. Czasami auto przydaje się jako ochrona przed otoczeniem.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Jestescie niesamowici :) Ja podobnie jak Panterka - zawrocilabym pewnie, albo pieszo przeszla.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co poradzić skoro takie trasy przed nami układa życie. Trzeba jechać, oglądać i czasami zaryzykować.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Nooo... Opowieść trzymająca w napięciu:) Dużo emocji, ale wydaje mi się, że warto:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie wiadomo co cię czeka za kilka mil a trasa (oprócz jej końca) była znośnie przejezdna i nic nie zapowiadało, że może być baaardzo inaczej. Tak to już jest z nową drogą, że trzeba ją pokonać aby ją poznać.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Ja pierniczę, jak dla mnie dziwne te wasze upodobania, ale sobie za to poczytam, lepsze niż kryminały :))). ściskam szyjkę :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie stać nas na poduszkowiec albo przynajmniej na latający dywan więc poruszamy się po ziemi która nie zawsze jest gładka i łatwa. Szczególnie w wakacje doświadczamy takich przygód niemal codziennie bo zwiedzamy urocze miejsca a takowe zawsze znajdują się trochę w bok od głównego szlaku.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  6. Niesamowity opis, mam nadzieję, że dalej było już bez takich emocji... a zdjęcia rewelacyjne!
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga którą pokonaliśmy z trudem wyprowadziła nas do cudownie położonej skały z dziurą o której będzie kolejny post. Mają tutaj takich fajnych miejsc bez liku a wydawało się nam, że już wszystko widzieliśmy w tej okolicy.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  7. Piękne widoki..zapierają dech..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To przecież prawdziwy Dziki Zachód i widoków takich jest tu tyle, że mogliby nimi handlować:)))
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  8. Tu po deszczu też się tak tańcuje na glinie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świat nie jest aż tak bardzo zróżnicowany bo i gów...o i glina takie same po obydwu stronach Atlantyku, jedynie do domu da sie dojechać.
      Współczuję ci walki z gminą i gliną. Zobaczysz, że zaczną cię nazywać "gliniarzem".
      Trzymaj się!

      Usuń
  9. Prześliczne są te uwidocznione warstwy skał. I ta pustka wokół, zupełnie jakby się było pierwszymi ludzmi na Ziemi. Nic dziwnego, ze nie macie terenówki, skoro na co dzień nie jest ona Wam potrzebna. Ale - po Warszawie jeżdżą całe zgraje terenówek- nie dlatego, że Warszawa rozkopana, o nie! Po prostu u nas pewne pańcie uważają terenówkę za bardzo bezpieczny pojazd dla kobiet, znacznie bezpieczniejszy niż zwykły samochód. Przyznam Ci się, że nie przepadam za drogami, na których wybór ogranicza się do zakopania w piasku lub glinie. Chociaż może powinnam być wdzięczna faktowi, że kiedyś zakopaliśmy się w piachu (70 km od W-wy), bo dzięki tej przygodzie nie kupiliśmy działki.
    Najlepszego dla Was, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moda na auta terenowe trwa choć ja nie bardzo widzę siebie wrapującą się na siedzenie, ze względu na mój wzrost. SUVy są ciut za wysokie dla mnie a po mieście w zupełności wystarcza takie zwykłe autko jakie posiadamy. 95% terenówek nigdy nie zjechało z asfaltu więc po co komu takie auto. No tak trzeba poszpanować i być na czasie
      Specjalnie nie pchamy się gdzie dziury i bezdroża ale wakacje rządzą się swoimi prawami więc i wyboru jakby nie mamy.
      My też działki nie mamy i aż za dużo mamy roboty przy malutkim dzikim ogrodzie przed wejściem do domu:))) Rolnik ze mnie do niczego a kwalifikacje ogrodnika nabieram w miarę upływu lat i popełnianych błędów.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
    2. Ło matko pojedyncza! Ale hardcor mieliście!
      Mam nadzieję, że zrekompensował cudne widoki i niebywałe, pasiaste skały!

      Usuń
    3. Skały zaiste bardzo urokliwe a co do trasy to nigdy nie wiadomo co czeka nas po drodze nawet gdyby jej początek wydawał się zupełnie niewinny.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  10. Kolorado z powodu swoich niezwykłych kolorów zasługuje na swoją nazwę!!!!
    Mówię jako smakosz widoków rzecznych, bo urodziłam się tuż nad 5-cio metrowym brzegiem leniwej rzeczki Jeziorki. Jeziorka wiosną zamieniała się w potworną masę wody a jej huk budził mnie nocą wprawiając w przerażenie!
    Sama woda przejmująca kolory nieba i otoczenia była godzinami przeze mnie wypatrywana.
    Bombki choinkowe z motywem indiańskim, nie zdziwiłabym się gdyby były wykonane w Polsce skąd leci niewyobrażalna ich ilośc do Stanów, chyba z Częstochowy.
    Łapacze snów -przesliczne, to moja słabość i w końcu chyba muszę sobie zrobic.
    :-) ;-)

    OdpowiedzUsuń