piątek, 3 lutego 2017

Motyle kontra krokodyle.

 Wreszcie udało mi się uprosić p. abyśmy zjedli coś w innej knajpie niż amerykańskiej. Po wizycie w kubańskiej restauracji przez długi czas mieliśmy dość komedii pod tytułem etniczna kuchnia. Mnie już minęło dawno ale uraz do wygłupów kuchennych głęboko zapadł w duszy p.. Z drugiej strony to mu się nie dziwię bo uwarunkowania klimatyczne powodują coś bardzo oczywistego; jedz to co rośnie wokół ciebie. Inaczej mówiąc w Chinach chińskie żarcie jest na miejscu ale w USA bufety azjatyckie tracą na popularności i przynajmniej w mojej okolicy zamykane są nagminnie.
Lubię eksperymentować w swojej kuchni i używam przepisów kulinarnych zaczerpniętych ze stron internetowych różnych narodowości. Pojawiły się w mojej kuchni przedziwne przyprawy a zakupy przynoszone do domu przyprawiają p. o dreszcze przerażenia lub wręcz obrzydzenia. Przyznaję, że nie wszystko nam smakowało z mojej
eksperymentalnej kuchni i niektóre przyprawy nie zadomowiły się w naszym domu ale część wzbogaca smak naszego menu.
Nadszedł czas na poznanie kuchni peruwiańskiej i dlatego zaciągnęłam p. do La Granja (po polsku Farma). To taki makdonald czyli nie zaskoczy i nie otruje bo istnieje od dwudziestu lat.

Przyjechaliśmy jeszcze przed otwarciem i ku naszemu zaskoczeniu zobaczyliśmy kilka osób oczekujących na otwarcie. To był dobry znak bo jak klienci przychodzą do jadłodajni to oznacza, że dobrze gotują.
 Nie ruszyliśmy od razu do kasy aby zamówić dwa dania ze względu na to, że nie mieliśmy najmniejszego pojęcia co serwują zamerykanizowani Peruwiańczycy. Za ladą na ścianie wisiało duże i kolorowe menu czyli standard, kto nie umie czytać zobaczy na obrazku. Drugim aspektem takiej wystawy jedzenia jest to, że zwykle obrazki reklamowe odbiegają od dań serwowanych w danym miejscu. Ładne zdjęcia zaostrzają apetyt i ponaglają do zakupu. Bardzo nam przypadło do gustu takie zachęcanie klienta bo i my kierowaliśmy się właśnie przede wszystkim zobrazowanym daniem a nie jego opisem. Ze względu na to, że Argentyna i USA są najlepszymi krajami na zjedzenie dobrego steka skoncentrowaliśmy się na rybach, krabach i żabach. Skoro takie potrawy są w peruwiańskiej kuchni to dlaczego nie mielibyśmy poznać peruwiańskich smaków. Jak na takie szybkie żarcie to menu było dość bogate. Ja wybrałam owoce morza a p. krewetki z ryżem. Obsługujący nas pan był chyba rodowitym Peruwiańczykiem bo jego głowa ledwo wystawała ponad ladę, mały, pomarszczony prawdziwy Indianin. Przyjął zamówienie i ostrzegł nas, że musimy chwilkę poczekać na przygotowanie posiłku.
p. usiadł sobie i potulnie czekał na zamówioną niespodziankę a ja tymczasem poszłam zobaczyć jakie sosy przygotowane na specjalnym bufecie mogą dobrze współgrać z zamówionym daniem. 

Wybrałam dwa i po powrocie do stolika nasze talerze były już gotowe. Przed p. stał kopiaty talerz ryżu o kolorze łososiowym z jedną krewetką średnich rozmiarów na samym szczycie misternie ułożonej piramidy. Mąż jakoś nie rzucił się na późne śniadanie i zaczął obracać talerz aby dokładnie przyjrzeć się konstrukcji wysokiej na piętnaście centymetrów.
 Świdrujące oczy badały każdy milimetr i każde ziarenko ryżu o podejrzanym kolorze. Czułam, że albo wyrzuci wszystko do kosza na śmieci jeszcze przed spróbowaniem albo zje odrobinkę aby nie robić mi przykrości. Gdyby nie zjadł śniadania w tym miejscu to musielibyśmy pójść gdzieś indziej. Moje zapewnienie, że jego danie wygląda interesująco nie zrobiło na nim wrażenia i chyba rozsądek zmusił go do innego działania niż wprawianie talerza w ruch obrotowy. Trochę skóra mi ścierpła gdy chwycił widelec i po nabraniu dziesięciu ziarenek ryżu z kopca termitów, jak określił swoje danie, jego usta zamknęły się aby spróbować pokarmu. Żuł długo i namiętnie. Skoro nie wypowiedział się na temat smaku wiedziałam, że nasze poznawanie świata nieznanych nam smaków okazało się olbrzymią porażką. Aby nie pognębiać nieszczęśnika spróbowałam to co znajdowało się tuż przede mną. Moje danie wyglądało inaczej ale obawiałam się, że smak będzie podobny. Trudno mi ocenić czy ostrygi były gotowane czy smażone bo neutralny smak nie wskazywał jednoznacznie na którąkolwiek formę użytą do ich przygotowania.
Omółki były o wiele lepsze a krewetki znów byle jakie i twarde co oznaczało, że zostały przygotowane dużo wcześniej i trzymane w garze aby były ciepłe. No coż, pomimo tego, że mój ryż był innego koloru to smakował tak samo jak ryż na talerzu p. z tą różnicą, że był bardziej sypki. Ile było uciechy gdy p. znalazł drugą i ostatnią krewetkę trudno po prostu opisać. Zupełnie zrezygnowany do tej pory, nieoczekiwanie wpadł w rozkoszny stan ducha. Jego dobry humor świadczył o zdrowym podejściu do zaistniałej sytuacji i pogodzeniu się z faktem, że spożywa takie danie jakie prawdopodobnie smakiem i proporcjami składników odpowiada przeciętnemu Peruwiańczykowi zamieszkującemu wysokie Andy albo takiemu który mieszka w USA. Gdy ofiarowałam mężowi jedną ostrygę zaczął nawet żartować. Dzielny p. bardziej bawił się jedzeniem niż jadł ale postanowił zjeść tyle zemsty Majów aby wytrzymał bez narzekania do późnego obiadu. Jeszcze nie wiedzieliśmy czy pojedziemy na bagna czy do wielkiej klatki aby oglądać cudowne owady ale jedno było pewne; drugi posiłek w dniu dzisiejszym będzie obiado-kolacją. Spóźnionym posiłkiem po całodniowej wycieczce a na talerzach nie będzie etnicznych wygłupów!

17 komentarzy:

  1. Ale przynajmniej spróbowaliście i macie pełne prawo krytykować tę kuchnię :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakościowo moje danie bardzo różniło się od dania p.. Miałam więcej robali morskich a mniej wypełniacza w przeciwieństwie do drugiej potrawy.
      Na pustyni poszłabym do tej knajpy jeszcze raz:)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Lubię próbować dania z kraju w którym jestem. Myślę, że to co Wy jedliście nie przypadło by mi do gustu. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to jeszcze mogłabym cię namówić ale to co miał p. na talerzu z pewnością odstawiłabyś na bok bez próbowania bo jak można podać dwie krewetki na talerzu wypełnionym ryżem.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Nie lubię zawodów kulinarnych, szczególnie, gdy jestem głodna, jak lew. Mam ulubionego chińczyka w mieście, tylko tam nie jestem zawiedziona smakiem. Ale to stara receptura i stara bardzo knajpka-bar. Ponad 40 lat funkcjonuje, kiedyś mieściła się przy redakcji Kontynentów. Dania są tylko dwa:
    Huej Kuo Żuo i Jangcyng Moku Żuo, ja biorę mieszankę obu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musi faktycznie dobrze gotować skoro dwoma potrawami jest w stanie zarobić na życie. Jadaj tam skoro nie zagraża to życiu i nie zmieniaj aby uniknąć przykrych niespodzianek typu boleści, niestrawności i głośna uciążliwa czkawka:)))))
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Nigdy nie mialam okazji probowania kuchni peruwianskiej, najprawdopodobniej nie ma w Melbourne. Byl czas kiedy uwielbialam jadac w roznych restauracjach a najbardziej w japonskiej, te dania zawsze wygladaja pieknie i smakuja mi, chociazby sushi, lubie surowe ryby, salatki z wodorostow i japonskie pikle, najbardziej imbir. Ostatnio wole jadac to co sama przygotuje, bo mam lekki obled zeby jesc wszystko organiczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moich okolicach też nie widziałam peruwiańskiej restauracji. Podczas naszego pobytu w Miami skorzystałam z okazji aby sprobować tego, czego jeszcze nie znałam i stąd całe to zamieszanie. Świeże ryby różniastego rodzaju, langusty, małże itp kupuję w koreańskich delikatesach gdzie również inne nacje dalekiego wschodu zaopatrują swe lodówki. Znajoma Japonka właśnie tam znajduje to co lubi. Wybór produktów jest przeogromny i zawsze gdy tam jestem spędzam więcej czasu niż zamierzałam. Przywożę do domu ciekawe produkty i wielokrotnie zbyt dużo bo niektóre są delikatnie mówiąc inne:)))
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Nie cierpię krewetek, a jeszcze w peruwiańskim wydaniu! Nie odważyłabym się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro nie lubisz krewetek to danie w wydaniu peruwiańskim byłoby jak najbradziej dla ciebie. Na talerzu p. byla olbrzymia ilość ryżu a w nim zaledwie dwie krewetki, to tak jakby w talerzu z pomidorowa przez przypadek znalazło sie ziarenko pieprzu:)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  6. Wydaje mi sie, ze im czlowiek starszy tym bardziej jest przywiazany do kuchni, ktora zna i jada kazdego dnia i nieskory jest probowac nowosci, a nawet jak juz mu sie to zdarzy to z reguly mu nie smakuje. Nawet jakby strawne bylo i w skali od 1 do 5 na cztery zostalo wycenione...nie i juz. Przyzwyczajenia i nawyki zywieniowe bywaja swiete i nietykalne.

    Ja lubie poeksperymentowac. Wchodze do restauracji i wybieram jakies danie, ktore brzmi np.: obco...roznie z tym bywa. Ostatnio slimaki jadlam, a moj maz sie krzywil, bo on to tradycyjny jest. Kiedy idziemy na pizze to na 98% wiem, ze wybierze ta z tunczykiem. Kiedy ídziemy tam gdzie pizzy nie ma to wiem, ze wezmie schabowego cebulowego, albo schabowego cyganskiego, do tego frytki specjal (czyli z ketchupem i majonezem oraz cebula). Czyli nawet sensu nie ma prowadzic go do jakiejs restauracji o profilu etnicznym :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem otwarta na nowe smaki tym bardziej, że w Chicago gdzie mieszkamy jest wielka różnorodność i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że można znaleźć kuchnie z całego świata. Uwielbiam owoce morza pod prawie każdą postacią od surowych ryb po wszelkiego rodzaju robale. Najlepiej jednak na tego typu dania udać sie do sprawdzonej knajpki gdzie wiadomo, że nas niepodtrują:)
      Natomiast jeśli chodzi o dania mięsne to zazwyczaj w restauracjach amerykańskich zamawiamy steka bo takie mięso trudno sknocić.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
    2. Tez lubie ryby, krewetki, osmiornice... ale na malze sie nie skusze. Nie podchodzi mi ich smak. I nie uprzedzam sie do zadnej z kuchni, nawet jezeli raz sprobuje i mi nie zasmakuje, bo ..wszystko w reku kucharza. Czasami nie kuchnia jest winna a osoba , ktora to danie przygotowuje. Nie ma wystarczajacych umiejetnosci i tyle w temacie.
      Czyli do Peruwianczykow bym poszla jeszcze raz, ale gdzie indziej i zaryzykowala. "Szybkie" jadlodajnie sa z reguly byle jakie:)) Tak, aby zapchac pierwszy glod. A ci Peruwianczycy, na zapodanym przez Ciebie zdjeciu, wygladaja raczej na taka szybka jadlodajnie.... Moze sie myle, nie wiem:) Ja tak mam z Mac Donaldem.... bardzo rzadko tam chodze i jezeli juz to na autobanie jedynie.


      Kiedy przyjechalam , zamieszkalam w Niemczech, a zamieszkalam od razu z rodzina niemiecka to zaczelam poznawac ich nawyki kulinarne. Oni maja kilka potraw takich swoich, swiatecznych, ktore serwuja kiedy jest impreza, lub jacys goscie, ktorych chca ladnie ugoscic.
      I takowym jednym z ich popisowych dan jest "Sauerbraten"- inaczej mowiac kwasna pieczen ( prawdopodobnie polscy Slazacy to znaja), na tydzien przed przyrzadzeniem marynowana w specjalnej marynacie. Dadatki sa rozne. Wino, ocet, jedni robia bez wina, ale to wino powinno byc jednak w sosie zawarte ( Niemcy sa sosowi- lubia zawiesiste sosy, u nich zupy sa tez geste, prawie ze sos).
      Kiedy sprobowalam pierwszy raz owa pieczen to pomyslalam wtedy, ze "dupy toto nie urywa"- ot normalne, chyba bym nie siegnela po druga porcje. Potem, z czasem, zyjac z nimi i smakujac rozmaitych sposobow przyrzadzania tej pieczeni, przywyklam, zaczelam rozrozniac niuanse smakowe...no jednym slowem uwazam ta potrawe obecnie za cos szlachetnego. Obecnie tez uwazam, ze jak chce sie w Niemczech zapodac gosciowi cos wyjatkowego to Sauerbraten bardzo na owa okazje pasuje. Nauczylam sie Sauerbraten jesc i ,jak to sie mawia po niemiecku (?), : "genießen"- rozoszowac, delektowac .
      Nigdy tez w Polsce nie jadalam dziczyzny. Zawsze mi smierdziala i bylo to dla mnie mieso w smaku obce, ale ...nauczylam sie tu w Niemczech je jesc. Mam swoj niepowtarzalny przepis na gulasz z jelenia i zachwycam gosci tym gulaszem: "O Ana kann kochen!" cmokaja i talerze oprozniaja na calego.

      Zawsze bylam sceptyczna do kuchni np.: azjatyckej robionej przez bialych. No bo przeciez jak moga sie znac? Kto lepiej ugotuje oni, czy my. Mam kolezanke Chinke- studiowala w Eurpie i zostala. Razu ktoregos pojechala ze mna do Polski. Tak jej ta nasza polska kluchowa kuchnia nie pdochodzila, chociaz wiozlam ja do super restauracji ( naszych etnicznych) z certyfikatami i nagrodami na wszelakich konkursach....no nie mogla dziewczyna. Jedno co jej smakowalo to zupy, ale zadne tam pyzy, lazanki, nalesniki, kluchy ...choc oni tez maja te swoje wiosenne roladki w ciasto ryzowe pozawijane....
      W koncu mowie, ze jest taka jedna japonska restauracyjka w Olsztynie w pewnym hiper markecie. Pojechalysmy tam. W sumie to takie stoisko z kilkoma krzeselkami , ale zgrabnie, ladnie urzadzone i rozplanowane. Za ewentualna jakosc, juz na wstepie ja przepraszalam bo...w koncu biali ta kuchnie prowadzili. Ona zas mowila mi , ze na super jadlo azjatyckie zaprasza mnie do japonskiej restauracji , prowadzonej przez Japonczykow, w Düsseldorfie, ze mam to jak w banku, no i mialam. Powiem Ci jednak, ze to co biali w tym stoisku hiper marketowym wyczarowali to majstersztyk. Prawdziwe , samczne, ladnie podane jedzenie japonskie, w Düsseldorfie bylo takie samo, albo o procent slabsze, od tego co skosztowalysmy w Olsztynie- tej swiatowej pipidowie:)) A kuchnie japonska, wlasnie prez zawartosc w niej roznorodnych morskich robakow, bardzo lubie.
      Dlatego tez nie kazdy Peruwianczyk umie gotowac i nie wszystko zloto co sie swieci:)))
      Ale to przeciez wiadomo:))

      Usuń
    3. Wielokrotnie przekonałam się, że to prawda co napisałaś, knajpka tyle warta co jej kucharz. Pewnego razu zamówiliśmy na samym szczycie góry, w schronisku lunch. Wybór nie był duży ale za to jedzenie przepyszne. Mieszkaliśmy tam przez tydzień bo pojechaliśmy na narty i codziennie jedna porcja to kanapka; na dwukolorowym chlebie była wołowina w plasterkach i kiszona kapusta o bardzo delikatnym smaku. Całość po prostu rewelacja! Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim zestawieniem bo tutaj to ketchup i majonez to standardowe dodatki do hamburgerów, im więcej tym lepiej. Koszmar. Ktoś w schronisku miał talent i smak. Tacy ludzie prawdopodobnie są w stanie zrobić dobrze potrawy z resztek w lodówce albo zupę na przysłowiowym gwoździu.
      W USA dania obiadowe są tak duże, że nie da się tego zjeść na raz więc przyjęte jest zabieranie nie dokończonego obiadu w pojemnikach restauracyjnych. Z początku mnie to dziwiło a nawet szokowało. Patrząc na ilości pożywienia wpychanego do organizmów w czasie obiadu dochodzę do wniosku, że wielokrotnie "dużo" wygrywa ze "zdrowo".

      Usuń
  7. u mnie wciaz S kroluje w kuchni wiec bez eksperymentow I caly czas to samo, albo ryba, albo mielone. U nas wciaz chinskie trwaja, ale mi sie juz calkowicie przejadlo :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny post! Bardzo ciekawie piszesz, jesteś na właściwym miejscu ( na blogu )

    OdpowiedzUsuń
  9. :-), tylko zostawiam buźkę, bo czytam zaległości i noc już mnie złapała!

    OdpowiedzUsuń