niedziela, 14 marca 2010

De Chelly 2

 Kanion De Chelly, znajduje się na terenie rezerwatu Indian Navajo, w Arizonie przy granicy z Colorado. Indianie w dalszym ciągu zamieszkują kanion, uprawiają ziemie, hodują bydło i jak w każdym rezerwacie zajmują się rękodziełem.
Jestem zauroczona i oczarowana widokami, przepiękne, ach te kolory skal czerwono-pomarańczowo-brązowych przyciągają wzrok jak magnes, po prostu cudo i to wszystko przeplatane soczysta zielenią, już kocham to miejsce i chce tu zostać na zawsze.
Kanion, podziwialiśmy z punktów widokowych, niesamowite wrażenie, ta przestrzeń, nie do ogarnięcia. Przez środek Kanionu płynie rzeka, z góry wygląda zupełnie jak wstążeczka, kolejny punkt widokowy, plaska skala a w środku skały zbudowane miasteczko a raczej osada, prawdopobnie przez Indian Anasazi, ciekawe jak tam się dostawali. 

 Jest już późne popołudnie i najwyższy czas rozejrzeć się za jakimś noclegiem. Ruszamy aby dotrzeć do kempingu na końcu kanionu. Jesteśmy na terenie Rezerwatu to tak jakby państwo w państwie (Indianie rządzą się swoimi prawami) ale co tam przecież nas nie zjedzą. Po drodze zauważyłam mały napis CAMPING pośród karłowatych iglastych krzaków. Tego na naszej mapie nie było. Zerknęłam na p., który w tym samym czasie spojrzał na mnie. Jesteśmy mile zaskoczeni ta niespodzianka i z ochota z niej skorzystamy. Piaszczysty wjazd a po prawej buda w, której prawdopodobnie mieści się biuro. Na zewnątrz leżały ulotki o kempingu, po szybkim jej przejrzeniu wynikało, ze woda, prysznice, wszystko jest, mało tego nawet dostęp do internetu. Troszkę nas to zdziwiło, ze w takim miejscu, prawie zero cywilizacji, ale co tam, wszystko się zdarzyć możne, a nas to już na pewno nic nie zaskoczy. Biuro to taki "domek" wypisz wymaluj jak na westernach amerykańskich, lepianka wysokości 160 cm, mój wzrost pomyślałam, nie jest źle, wyszedł z niej stary Indianin za nim kilka psów, wita się z nami i pyta jak długo chcemy się u niego zatrzymać, my patrzymy się na siebie i odpowiadamy, ze jeszcze nie wiemy, ale chyba na jedna noc i czy możemy najpierw zobaczyć kemping. Indianin zgodził się.
Wybór nie był prosty. Gdy masz dwa miejsca to decyzja zapada szybko. Kemping był pusty ani jednej żywej duszy, brr aż ciarki przeszły po plecach. Obce, nieznane miejsce i jeszcze ani jednej bladej twarzy w promieniu stu mil. Teren duży wiec jeździmy i wybieramy. Mnie to nie robiło różnicy, które miejsce zajmiemy ale przewodnik jeździ i musi każde miejsce zobaczyć. W końcu łaskawie przy "ogólnej" akceptacji zajęliśmy najwyższy punkt na kempingu jeden z najodleglejszych od wjazdu. Namiot i spanie to chłopska robota, ja jak zwykle do garów. Dobrze, ze to wakacje wiec prosty biwakowy posiłek przyrządziłam w dwie sekundy. Patrze sobie na prace moich chłopaków i rozmyślam o tym i o tamtym ale udaje, ze pracuje tak aby wyglądało, ze każdy wykonał tyle samo roboty. Przy wjeździe poprosiliśmy właściciela o opal na ognisko, uiściliśmy dodatkowa opłatę w wysokości pięciu dolarów za drewno na ognisko a on objecal, ze przyniesie. Bardzo szybko dołączyły do nas psy właściciela. Było ich piec, trzy z nich najbardziej zaprzyjaźniły się z naszym jedzeniem i towarzyszyły nam aż do naszego wyjazdu. Zapadał zmierzch i jak to bywa w bajkach raptem pojawił się jakby znikąd Indianin z naręczem suchego drewna. Zbyt małym jak na mój gust.
Wik zabrał się do rozpalania ogniska ja przygotowywałam kiełbasę nacinając ja by nadmiar tłuszczu szybciej się wytopił a p. szukał patyków na, które chcieliśmy ja ponadziewać aby równo się opiekła. Otaczające nas krzewy nie bardzo nadawały się do tego gdyż gałązki iglastych roślinek były bardzo powyginane i krótkie. Z drugiej strony szkoda nam było niszczyć przyrodę, która z takim trudem wyrosła na kamienistym podłożu. W końcu obyło się bez nich.
Nie mogłam nie podzielić się jedzeniem z asystującymi psami. Już nie pamiętam od czego zaczęłam czy od kiełbasy czy od wściekle ostrych czipsów ale za to pamiętam, ze opanowałam się w porę i zostawiłam trzy małe kawałki kiełbasy dla nas. Głodne psie żołądki zmieściły by dużo więcej niż mieliśmy. Nie martwiłam się, ze wielki znak zapytania będzie na śniadanie, coś wymyśle przecież nie będzie to po raz pierwszy. Każdy swoja porcje kiełbasy zjadł szybciej niż powinien. W oczach Wik i p. widziałam, ze są najedzeni jak dinozaur po połknięciu szczura, chyba jednak nie byli śmiertelnie głodni. Wszyscy dobrze wiedza, ze na noc nie powinno się obżerać bo to nie zdrowo.
Wik szaleje z psami wzniecając tumany, czerwonego kurzu, my natomiast siedzimy sobie przy kawie spoglądając w płomienie ognia na dogasającym ognisku. Jak zwykle siedzę tyłem do słońca, którego zachód odbija się w okularach p. Zaczęłam baczniej wpatrywać się i coś mi nie pasowało. Przecież p. nie ma zielonych oczu wiem coś o tym. Odwróciłam głowę i spojrzałam na zachód, no nie, czegoś takiego nie widziałam jeszcze w życiu. Zastrzegałam się, ze nic już nas nie zaskoczy ale teraz odwołuje wszystko. Niebo wokół zachodzącego słońca było zielone. Przysięgam, ze nie jadłam grzybów halucynogennych i to co widziałam choć nieprawdopodobne było realne i działo się za mną. Przez chwile siedzieliśmy jak zamurowani, wpatrzeni jakby to był jedyny zachód słońca na ziemi. Przynajmniej dla mnie to był jedyny jak dotąd zielony zachód słońca. Aparat fotograficzny gdzieś się zapodział, jak zwykle gdy coś jest potrzebne to natychmiast tego nie ma. Zawsze zabieramy przynajmniej dwa aparaty fotograficzne i kamerę, tym razem wzięliśmy trzy i wszystkie się schowały. Zaczęłam się denerwować, ze tak cudny widok nam umknie pozostając jedynie w pamięci do chwili gdy skleroza i tego nam nie odbierze. Wymawiam rożne brzydkie słowa i kracze, ze znajdzie aparat jak jutro będzie zachód słońca. Jestem czarownica, powiedziałam, ze słonce zaraz zajdzie i będzie po wszystkim. Co prawda słonce natychmiast nie zaszło ale po chwili promienie zaczęły inaczej oświetlać chmury i cały urok prysł. Wreszcie pstryk znaleziona zguba i zdjęcie jest. Zachód słońca tez ale już nie zielony. Nawet nie zdążyłam przybrać uśmiechu zawodowej modelki i po wszystkim. Nie lubię zdjęć z zaskoczenia. P. natomiast uważa, ze takie są naturalne i prawdziwe a to, ze w majtkach to nie ma znaczenia. Może dla niego nie ale dla mnie tak. Co mi po takim zdjęciu w majtkach i podkoszulce, takie zdjęcie nie nadaje się przecież do pokazania, to tak jakby go w ogóle nie było. Czasami p. pokazuje potem znajomym z komentarzem "patrzcie jakie niesamowite", ludzie patrzą, oczy szeroko otwierają a ja widzę siebie na pierwszym planie jako to "niesamowite". Już wolałabym zdjęcie samego pejzażu beze mnie, ale może wtedy nie byłoby "niesamowite"?

14 komentarzy:

  1. No przeciez to zdjecie jest dobre.Nie czepiaj sie.Ja z kolei nie lubie zdjec...u siebie ...samych krajobrazow.Wole takie na ktorych tle stoje ja albo ktos z moich bliskich.I oczywiscie pozuje.Niepozowane ...moze i ciekawsze ale nie zawsze nadajace sie do pokazania dla ludzi.Tu masz racje absolutna,taka babska przapadlosc i tyle.
    zielona

    OdpowiedzUsuń
  2. Otoz to, te niepozowane nie zawsze nadaja sie do pokazania i ich nie zamieszczam.Dziekuje za pozdrowienia dla wspolautora, przekazalam, rowniez Ciebie pozdrawia.

    OdpowiedzUsuń
  3. No i co mam zrobic? TYlko sie podpisac pod tym co napisalyscie :)
    Widoki fantastyczne !

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak przyroda robi nam różne psikusy. Ja kiedyś widziałam tęczę i tak strasznie żałowałam, że nie mogę zrobić zdjęcia, bo w tą tęczę prawie mogłam wejść. Po prostu nie do wiary. Więc wierzę, że to niebo było zielone. Czasem warto zatrzymać się na chwilę, zadrzeć głowę i spojrzeć na niebo. Bo czasami płata nam figle. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. to prawda Rineczko, przyroda plata nam rozne figle.Najwazniejsze, ze o nich pamietamy.Dlatego wlasnie postanowilismy pisac bloga zeby te cudowne wspomnienia zachowac.Pamiec niestety jest zawodna.Pozdrawiamy Cie cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciesze się,że założyliście tego bloga, Waszymi oczami mogę oglądać to co widzieliście na żywo, wrażenia są niesamowite, rozmowy tego nie oddają.
    Macie ogromny dar, może w przyszłości wchodzi w grę napisanie jakiejś książki...
    buziaki Olga B

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, Olga w koncu Cie do czegos zmusilam, caluje Cie mocno, caluski dla Tomka.

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak, tak to wszystko co piszecie to jedna piękna opowieść o kraju który tak trudno opisać Europejczykowi, aby zobaczył to wszystko oczyma swojej wyobraźni.Lekko, dowcipnie i barwnie pokazane podróże w niezwykłe miejsca. Gdybyście nie zaczęli pisać, byłby to grzech najcięższy.Joter

    OdpowiedzUsuń
  9. Namawiam abys trwala w "grzechu najciezszym" przez pare ladnych lat bo czyta sie doskonale.

    OdpowiedzUsuń
  10. nom prawdziwie westernowy kanion :)..dobrze, że was psiaki nie pożarły ;)..ech, szkoda, że nie zrobiliście fotki tego Indianina!..a zielonego zachodu też nie widziałem :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Joter - postaram sie nie zawiesc czytelnikow mojego bloga.

    OdpowiedzUsuń
  12. 247367 - ja grzesznica jestem i poki sil starczy bede w tym grzechu trwala.

    OdpowiedzUsuń
  13. Gry Wolf - to najprawdziwszy i chyba jeden z ladniejszych jakie widzialam kanion nalezacy do Indian. Takie zachody slonca mozna podziwiac tylko u nich.

    OdpowiedzUsuń