środa, 10 marca 2010

Yellowstone cz.ostatnia

Trochę po omacku rozbiliśmy nasze obozowisko. Wieczór przy ognisku minął nam nad folderami i mapkami aby ustalić co powinniśmy zobaczyć jutro.
Dzień przywitał nas przyjemnym ciepelkiem a niebo z lekkimi białymi chmurkami zwiastowały lekki wiaterek.Prawdziwie wakacyjna pogoda.
Na pierwszy ogień poszły gejzery. Nie zawiedlismy sie bo gejzerow bylo duzo i bardzo roznorodnych. Teraz wiem czemu Yellowstone jest tak często odwiedzane. Tutaj nawet najzagorzalszy pesymista znajdzie coś co go zaskoczy.
Każdy wie, ze gejzer to gotująca sie woda wylatująca w powietrze. Dla nas taka syczaca i parujaca fontanna to zjawisko niecodzienne i zupelnie obce. W tej czesci Parku Yellowstone gdzie oglada sie gejzery jest ich tak duzo, ze mozna sie pogubic, ktorego juz widzielismy. Świadomość, ze stąpasz po bardzo niestabilnym, wulkanicznym terenie nie przerazala nas gdyz urok miejsca nie pozwalal na rozmyslania, ze pod cienka warstwa skal wszystko gotuje sie i szykuje do wybuchu.
Co chwile byl kolejny gejzer i to zupelnie inny od poprzedniego. Niektore z furia, na duza wysokosc wyrzucaly wode inne natomiast byly uspione i ozywaly bardzo rzadko.
Wszedzie czuc bylo siarke, w niektorych miejscach stezenie jej bylo nie do zniesienia. Wlasnie w takich miejscach czeluscie piekiel byly zupelnie blisko.
Tam gdzie ziemia jest tak gorąca, ze stąpać się nie da jest drewniana dróżka, jakieś 10-15 cm nad jej powierzchnia. Po dwóch dniach intensywnego zwiedzania postanowiliśmy, ze nadszedł czas relaksu i zmiany.
Po południu i już zupełnie bez sprzętu do wspinaczek i długodystansowych spacerów postanowiliśmy zobaczyć dwa wodospady. Podjechaliśmy na parking z którego do wodospadów było około 2 km. Ataner w letnich bucikach na koturnie z torebeczka na ramieniu spokojnie podążała za nami żądnymi przygód i niespodzianek. Razem z Wik poszliśmy wzdłuż małego potoku by dojść do wodospadu.
Gdy stojąc przy nim i patrząc w gore wydawało się nam, ze kilka kroków w gore i już będziemy na jego szczycie. Ataner z niedowierzaniem spoglądała na dwójkę wariatów wspinających się pionowo po skalnym zboczu. Dłużej niż przypuszczaliśmy zajęło nam wchodzenie i na gorze po chwili odpoczynku zadecydowaliśmy nie wracać ta sama droga. Wybór padł na polna ścieżkę samym szczytem góry aby powrócić na parking z drugiej strony. Po godzinie droga zawiodła nas na sam szczyt, z którego widok zapierał dech. Dookoła po horyzont góry porośnięte lasami.
Zaparło nam dech jeszcze bardziej gdy dojrzeliśmy parking z naszym autem tez gdzieś bardzo daleko, Dalej niż przypuszczaliśmy. Słońce już było niebezpiecznie nisko i wiedzieliśmy, ze dotrzemy do samochodu w nocy. Wykorzystując ostatnie promienie słońca nie przystawaliśmy i szybkim krokiem maszerowaliśmy by jak najdalej dojść za dnia. Mieliśmy tylko jedna małą butelkę wody na trzy spragnione osoby. Jak na pustyni, każdy łyk był bacznie obserwowany przez spragnione dwie pary oczu. Musiało wystarczyć dla każdego i to w równych porcjach. Nie było litości. Przy schodzeniu z góry po powolutku zapadał zmierzch. Znaleźliśmy przecinkę wśród drzew i upewniliśmy się, ze idziemy w dobrym kierunku i niestety jest dalej niż powinno być i o wiele za późno. Jedyna obawa były wyjściowe buty Ataner. Z niedowierzaniem spoglądałem jak kobieta możne być przystosowana do wysokich obcasów, pomimo dość stromej ścieżki wijącej się zygzakiem po jednym zboczu i kamieni drobne stopki z zadziwiającą sprawnością znajdowały choćby skrawek równiejszego terenu. Gdy dotarliśmy do końca naszej pieszej wycieczki byliśmy bardziej szczęśliwi niż zmęczeni. Resztkę wody, która pozostała w aucie wypiliśmy duszkiem i na wyścigi. Przy ognisku ubaw był nie lada gdy opowiadaliśmy sobie co każde z nas myślało podczas powrotnej drogi. Teraz mogliśmy sobie pozwolić na więcej krytycznych uwag w stosunku do drugiej osoby. Przyznam szczerze, ze całkiem słusznie Ataner nazwala mnie nieodpowiedzialnym, coś jeszcze dodała ale to już nie nadaje się na łamy blogu.
Po dosc zimnej nocy kolejny dzien to szalona jazda dookola parku i podziwianie i wzdychanie na widok uroczych zakatkow.
Czas nieublaganie plynal i nadszedl czas pozegnania z Yellowstone. Nasatepnego dnia jeszcze raz odwiedzilismy gejzery bo dla nas byla to najwieksza frajda.

22 komentarze:

  1. No Ataner ...jestes rozbrajajaca...w butach na koturnie....po gorach???Dobrze ze nie mialas zadnej kontuzji.Piekne zdjecia.Pozdrowienia dla wspolautora bloga...meza.Moze czas go jakos nazwac?????
    zielona

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie ciekawa jestem, kto jest współautorem tego bloga. A domyślam się, że jest takowy, skoro ciebie Ataner opisał. A swoją drogą to podziwiam, w butach na koturnach i w góry. No ja bym tak nie umiała. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zielona, amerykanie to bardzo wygodny i leniwy narod, wszystkie trasy wycieczkowe sa b.dobrze oznaczone i przewaznie wszedzie mozna wjechac samochodem.Ta wyprawa, miala byc tylko krotkim spacerkiem, wiec nie wkaladalam obuwia gorskiego,ale panowie zafundowali mi wycieczke prawie, ze wspinaczkowa haha na szczescie obylo sie bez kontuzji.Panow oczywiscie przedstawie;Wik-to syn,Pio-to maz,caluski

    OdpowiedzUsuń
  4. Rineczko, jest nas trojka, moj maz-Pio,syn-Wik i ja.Tak beda nazywani na blogu.Napisze post, ktory bedzie im poswiecony.Ja tez nie umialam (ciezko troszke bylo w tych butach)ale mial to byc tylko niewinny spacerek po rownej nawierzchni, a oni zgotowali mi wspinaczke, takze nie mialam wyjscia musialam sobie jakos poradzic,serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Moj maz zostal ochrzczony na potrzeby bloga jako "p." a syn Wik.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ataner, prawdziwa kobieta. To wlasnie mi sie podoba, jak w gory, to na obcasie. Zaden chlop by tak nie potrafil. Joter

    OdpowiedzUsuń
  7. Joasiu, tak to jest jak sie wierzy facetowi. Tyle lat i nauka poszla na marne. To miala byc, tylko niewinna wycieczka.Obcasy gora, hurrra poradzilam sobie. Domyslasz sie, ze jednak bylo ciezko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pewnie, ze musialo byc ciezko!Ale po to mamy dodatkowo pudry, szminki i lakiery, zeby wszystko wygladalo jakby bylo lekko.Joter

    OdpowiedzUsuń
  9. dla takich wrażeń i widoków, warto się poświęcić na wszystko, nawet i na bosaka ;)..tam same cuda natury!, a najmilsze, że na horyzoncie nie widać żadnego miasta :)..
    a czytałem gdzieś, że erozja Yellowstone jest cykliczna, i niedługo może być pora, że wulkaniczne podłoże się znów obudzi...

    OdpowiedzUsuń
  10. Gey Wolf - Tak, Yellowstone to taka tykajaca bomba. Chyba nie ma osoby ktora by sie nie zachwycila tym miejscem. Mam nadzieje, ze jeszcze tam wroce:)

    OdpowiedzUsuń
  11. nom, do tylu miejsc chciałoby się jeszcze wracać, znanych i nie znanych..tylko sobie odkrytych..ludzie się zmieniają, miejsca pozostają takie same..

    OdpowiedzUsuń
  12. Haczyk polknalem, zylka wytrzymuje a ja podazam za toba do kolejnych postow.

    OdpowiedzUsuń
  13. Kto polknal haczyk ? I kto za mna podaza:)

    OdpowiedzUsuń
  14. nom jakaś pewnie Gruba Ryba :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Grey Wolf - uwielbiam fladry:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Grey Wolf -fladry, plotki pycha i wegorze uwielbiam , ja jednak lubie Grube Ryby !

    OdpowiedzUsuń
  17. ale Małe Ryby mają mniej ości :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ataner, ja dopiero teraz eksploruje Twoje archiwum - szukam czegoś na temat boskiej Montany :) Dzięki Tobie coraz bardziej przekonuję się do Ameryki. Kiedyś ten kraj w ogóle mnie nie interesował. To był chyba taki rezultat przereklamowania USA. Teraz z zaciekawieniem czytam o Twoich podróżach i... marzę, że kiedyś sama zobaczę chociaż maleńką część tego co Ty widziałaś.

    Macie dużego syna! [wiem, że to stare fotki]. I co tu dużo mówić - przystojniak z niego!

    Udanych świąt Wam życzę :)

    OdpowiedzUsuń