środa, 28 lipca 2010

Bear Mountain -Niedźwiedzia Góra

Dzisiaj mamy w planie relaks i wizytę w Mule Canyon. Taka zupełnie krotka wycieczka bo nie każdego dnia stać nas na najwyższe obroty. 
- Pojedziemy rano, wcześniej wrócimy i po południu znajdziemy jakaś knajpkę. - Wizja zupełnie przyjemna i z chęcią przystałam na taka formę odpoczynku. Po trzeciej kawie jestem już zdolna do działania i nawet szybko zebraliśmy się do wyjazdu. Do Kanionu Mula mamy jakieś trzy godziny jazdy. Zupełnie nie źle, trzy na powrót i nie więcej jak dwie na miejscu, taki wynik to pestka. Z tego co wiemy to Kanion Mula jest bardzo malowniczy i zalecane są piesze wycieczki z aparatem fotograficznym. Nie zawadzi poruszać mięśniami. 
Po godzinie wjechaliśmy w dolinę otoczona przez góry porośnięte karłowatymi, wiecznie zielonymi drzewami.  Wakacje w naszym przypadku to poszukiwanie i przeszukiwanie terenów obok utartych szlaków turystycznych. 
- Może skoczymy na tamtą górę? Jest droga. - Zanim przytaknęłam rzeczywiście skoczyliśmy na pozbawiona nawierzchni dróżkę. Zatrzęsło tak, ze zacisnęłam zęby aby plomby mi się nie poluzowały. Kamienie złowrogo zadudniły pod kolami i p. zwolnił ku mej uciesze. Góra o nazwie Bear Mountain (Niedźwiedzia Góra) w oddali wyrastała ponad inne. Zboczyliśmy  z trasy i patrząc raz przed siebie, raz na mapę czułam, ze dwie następne godziny mamy z głowy walcząc z przeciwnościami terenu. Przejechaliśmy cala nizinę bez większych emocji nie licząc chwilowych ostrych hamowań i raptownych skrętów przy omijaniu dziur i większych odłamków skalnych. 
- Ale jazda! - Radośnie oznajmił p. Ja widziałam i przeżywałam chyba coś zupełnie innego niż on i nie czerpałam przyjemności z brutalnego traktowania mojego ciała. Niedźwiedzia Góra zbliżała się do nas i nabierała coraz większych rozmiarów. Zaczęliśmy piąć się po coraz to gorszej drodze. Było wąsko ale bez zakrętów. 
Jechaliśmy przez cały czas jednym stokiem i mogłam podziwiać zielona dolinę, którą wcześniej jechaliśmy. 
Pomijam niewygodę podróżowania w takich terenach ale osiągniecie szczytu nagradza trud cudnym widokiem. Rozumiem cliffhangerow i alpinistów, ich upór i wysilek włożony w zdobycie szczytu. Mnie wspięcie przyszło o wiele łatwiej, byłam zachwycona.
 Bardzo grzecznie poprosiłam o więcej i p. ochoczo pojechał dalej. Droga zaczęła niknąć i dalsza jazda stała się niemożliwa dla naszego auta. 
Gdybyśmy mieli czołg to pewnie jeszcze do dziś zdobywalibyśmy kolejne szczyty. Spojrzałam na zegarek, niewiele się pomyliłam w oszacowaniu długości naszej dodatkowej wycieczki. Teraz prosto do obiecanego Kanionu Mula.

7 komentarzy:

  1. Przypominam, kazde zdjecie mozna obejrzec w duzym formacie po kliknieciu na nie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Atanerku, w każdym formacie Twoje zdjęcia są ciekawe. Nie wiem, czy czujesz, że w kazdejwyprawie masz mnie na karku, ciekawie podpatrującą wszystko co Cię zainteresowało!
    Buziaczki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Joasiu, badz pewna, ze w kazdej mojej kolejnej podrozy bedzie jedno wolne miejsce dla Ciebie jak przy wigilijnym stole.
    PS. za trzy tygodnie wyjezdzamy na trzy tygodnie - szykuj sie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudownie, pakuję lornetki i jasiek pod glowe.
    Ale od jutra dieta, zeby nie bylo nadbagazu.
    A w ktora strone swiata wyruszamy?

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj Ataner. Przepraszam kochana, że się nie udzielam częściej, ale czytam stale. Piękne widoki, ale tego trzęsienia bym się bała. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Joasiu - ruszamy na Dziki Zachod, a pozniej Oregon i California.

    OdpowiedzUsuń
  7. Rineczko - najwazniejsze, ze jestes:)

    OdpowiedzUsuń