czwartek, 5 sierpnia 2010

Mule Canyon - Kanion Muła

 Rozpoczęliśmy dzień niespodziewaną wizytą na górze a teraz czeka nas wspaniała wędrówka po kanionie.
  Mamy do wyboru bardziej i mniej cywilizowaną drogę aby dojechać do Kanionu Muła. Tym razem wybraliśmy tą dla normalnych ludzi ze względu na to, ze już parę godzin nam umknęło z naszego planu. Patrząc na mapę zauważyliśmy, ze będziemy przecinać pasmo skal ciągnące się przez wiele mil. Nikt z nas nie przypuszczał aby było co oglądać tym bardziej, ze kanion do którego zmierzaliśmy miał nas oczarować. Nasz osąd był jednak przedwczesny. 
  W miarę zbliżania się do pasma skal okazało się, ze jest to tektoniczny uskok. Bardziej obrazowo tłumacząc to jakby talerz pękł na pół i jedna cześć unosiła się nad drugą pod niewielkim katem. 
  Ucieszył mnie kawałek pobocza gdzie mogliśmy zatrzymać się aby zrobić zdjęcia. Chcemy jak najszybciej dojechać do celu naszej dzisiejszej wycieczki wiec ruszamy z kopyta. 
  Pozostawiając za sobą przecinkę w skale podążamy do wymarzonego celu. Raptem p. zatrzymał się, mówiąc co widzi we wstecznym lusterku, abyśmy i my mogli to zobaczyć. 
  Wjazd do kanionu przejechaliśmy, a jakże, mało widoczna dróżka nie zwrocila naszej uwagi. Szukaliśmy czegoś monumentalnego. Nasze elektroniczne uradzenia wskazywały, ze jesteśmy za daleko ale my nie widzieliśmy żadnego zjazdu. Wracaliśmy dużo wolniej i raptem okazało się, ze jest zjazd ale bardzo wąski i pod bardzo ostrym katem. Wreszcie jesteśmy na właściwej drodze do fotograficznego raju. Widoki miały nas powalić na kolana i oczy wyłaziły nam jak ślimakom. Przejechaliśmy przez mały mostek i tym razem nie przegapiliśmy tablicy informacyjnej. Wynikało z niej, ze właśnie tutaj jest kanion. Niech mnie wściekła ges kopnie jak to jest to czego oczekiwaliśmy. Wyschnięty potok z kilkoma drzewami nie wzbudził w nas innego uczucia jak zdziwienia. 
- To ma być obiekt naszego zachwytu? - Z niedowierzaniem burknął p. Tablica uparcie informowała o tym, abyśmy zostawili pojazd i ruszyli dnem rzeki. P. rzucił się na mapę i prawie dotykał ją nosem. 
- Jak pojedziemy dalej wzdłuż kanionu to trafimy – tu wskazał palcem jakiś punkt na mapie – na środek kanionu i może tam będzie coś do zobaczenia. - Pytająco spojrzał na mnie. 
- Wszystko inne będzie lepsze niż to co widzę, jedziemy. - Stanowczo podjęłam decyzje bo przecież już jesteśmy na miejscu, które niestety rozczarowało nas dokumentnie. Nikt z nas nawet nie pomyślał o aparacie fotograficznym. Doprawdy nie było gdzie skierować obiektywu, kicha totalna. Jedziemy zatem wzdłuż kanionu oddaleni od niego o jakieś pół kilometra, droga piaszczysta i kamienista ale jeszcze jest znośnie. 
  Po obydwu stronach rosną ledwo żywe krzewy i drzewa. Sucho tutaj i upalnie. Wspinając się ciągle w gore dotarliśmy do miejsca gdzie droga zaczęła sprawiać nam trudności. Wyjechaliśmy na jakieś wzgórze i p. koniecznie musiał pobiec „na strone”. Widok doskonały ale nie na kanion. W dali dostrzegłam namiot i kempingowy VW bus. 
  Z aparatem zaczęłam dokumentować co widziałam. Moją uwagę zwrócił zając olbrzymich rozmiarów siedzący jakby w dziupli pod drzewem, dziwnym drzewem.
  Zupełnie niedaleko rosły kaktusy o kolcach długich jak ludzki palec. 
 Pustynne, małe jukki, które w Ameryce noszą nazwę Joshua Tree jakby prosiły o szklankę wody. 
 Dalsza część trochę nas zaskoczyła gdy okazało się, ze tym samochodem dalej nie pojedziemy. P. był wściekły i pomstował na wszystko dookoła. Otaczający go świat zrobił mu na złość. - Ale wybrałeś trasę. - Sarkastyczny ton, który niechcący wyrwał mi się z ust doprowadził p. do szału. Wszystko było nie tak, za ciepło, gdzie są te widoki zapierające dech w piersiach, dalej tylko piechotą a jest już dość późno. 
  Największą radochę miał Wik bo położył się na drodze i powiedział, ze spokojnie możemy go rozjechać. P. mruczał, syczał aż wreszcie wymamrotał: – Po powrocie kupie Jeepa. - I rzeczywiście kupił. Później okazał się najbardziej znienawidzonym pojazdem na świecie.
Minęła nam ochota na zwiedzanie kanionu tym bardziej, ze jesteśmy dużo wyżej i rzeka tutaj musi być jeszcze węższa niż tam przy mostku. W ten oto sposób nasz wyjazd zakończył się totalnym fiaskiem. Nasza noga nie spoczęła w Kanionie Muła. Do Moab wróciliśmy na pózną kolacje, zamiast relaksu czekała nas pracowita niespodzianka ukryta w namiocie.

4 komentarze:

  1. No cóż czasami i tak bywa, że miejsca których się nie spodziewamy są rewelacyjnie piękne i urzekają, a te głośnie opisane nie wywołują w nas żadnych emocji. A to jestem ciekawa coście takiego zastali w namiocie. Czyżby grizli? hihi
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Rineczko - nie byl to niedzwiadek ani inny "zwirz"
    chyba znacznie cos gorszego, byl to produkt cywilizacji. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rinka ma rację - czasem tak bywa...

    Motylek

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak na miejsce bez widokow, to zrobilas piekne zdjecia! I fotomontaz niezly, ha, ha!
    Zwlaszcza ten zajac pod czarodziejskim drzewem, i ten bus na tle krajobrazu. Skad sie wzial taki piekny widok i ten z lusterka?
    Wszystko umiesz podac i przedstawic!

    OdpowiedzUsuń