piątek, 25 września 2015

Koszmar powodzenia.

 Jednak sypie i wygląda, że nie nie przestanie dzisiaj. Niebo sine a za oknem hotelowym ledwo co widać bo duże płatki śniegu tworzyły jakby firankę po złej stronie szyby. 
- Co robimy? - p. pytał chyba po raz kolejny ale bez zdenerwowania. Była to dobrowolna akceptacja jakby pogodzenie się z wyrokiem śmierci skazańca który w czasie procesu jeszcze liczył na cud ułaskawienia. 
- Nie wiem. Chodźmy na śniadanie może później coś wymyślimy. - Nie wierzyłam własnym słowom bo z prognozy pogody wynikało, że nadeszły dwa fronty atmosferyczne, jeden znad Pacyfiku a drugi gdzieś z Meksyku. Będzie sypało śniegiem przez następne dwa dni. To niezwykłe zjawisko jakim jest biały puch rzadko nawiedza te okolice słynące z upałów a nie z białej pokrywy nawet w grudniu. Nie przypominam sobie abyśmy zamienili chociaż słowo podczas śniadania i w milczeniu powróciliśmy do pokoju. Co poczniemy z dawno oczekiwaną szansą na zobaczenie trudno dostępnej skały nie miałam pojęcia ale jedno było pewne, sylwestrowa zabawa w Las Vegas zniknęła daleko w marzeniach bo dojechać się nie da do miasta rozpusty. Zupełny brak sprzętu do odśnieżania w tych okolicach sparaliżował komunikację na amen. 
- Auto czeka. - Raptem odezwał się p.. - Wielkich przygotowań robić nie musimy bo to tylko kilkugodzinna wycieczka ale ochota zupełnie mi odeszła. - Znam te twoje spacerki zamieniające się w całodniową harówkę. Spojrzałam na mapki rozłożone na stoliku i wyć mi się chciało na niezrozumiałą indolencję ludzi odpowiedzialnych za przygotowanie dojścia do The Wave. Już wczoraj nie mogliśmy zrozumieć dlaczego nie ma słupków wyznaczających szlak jak to bywa na całym świecie. 
Zamiast tego prostego rozwiązania wręczono nam świstek ze zdjęciami skałek które powinniśmy mijać po drodze. Dla mnie wszystkie były tak podobne jak stado karibu. Skały i zwierzęta jednakowo egzotyczne i nierozpoznawalne w grupie. 
- Powinniśmy spróbować. - Bez wybuchu euforii ale optymistycznie chciałam poderwać chłopa do działania który w odpowiedzi zaklął szpetnie po polsku, później po francusku a na koniec po angielsku. 
- Daj mi pół godziny. - Dodał już na końcu końców i włączył Skype. Tam po drugiej stronie połączenia p. ma swego kumpla ze studenckich czasów z którym rozprawiają na tematy dowolne i piją alkohole różniaste albo tylko gadają albo tylko piją. Pół godziny lekko się przedłużyło i najwidoczniej męska rozmowa rozprężyła p. bo zaraz po zakończeniu rozmowy stanął gotowy do wyjścia. Dojazd do wypożyczalni odległej o sześć kilometrów od naszego hotelu okazał się polem walki gladiatorów. Było jeszcze wcześnie rano i aut na ulicy było mało ale te które znalazły się w tym samym czasie i tym samym miejscu co my poruszały się w tempie sparaliżowanego żółwia. Dojeżdżaliśmy do świetlnego skrzyżowania obfitującego w stację benzynową z myjnią, sklep spożywczy wielkości megasamu, drugą stację benzynową na drugim rogu i kolejny olbrzym z jedzeniem i wszystkim co ludziom przydać się może. Jechaliśmy prawym pasem bo lewy skręcał również w lewo i na skręt oczekiwały już trzy pojazdy. Wolno w tych warunkach, zbliżaliśmy się do skrzyżowania. Raptem z parkingu sprzed spożywczaka wyskoczyła babcia za kierownicą wiekowego krążownika rozmiarami równym lotniskowca. Tuż przed naszą maską chcąc znaleźć się na lewym pasie. Traf chciał, że nie wiadomo dlaczego ale ubity śnieg zwykłe jest śliski i babcia nie panując nad kupą złomu walnęła w stojący na światłach pikap. Starowina darowała mi życie omijając nasz samochód ale prawdopodobnie lekko nadszarpnęła swoje gniotąc niemiłosiernie produkcję z przed góra roku. Swojego pojazdu wyprodukowanego w latach sześćdziesiątych nie będzie musiała naprawiać bo to pancerny w porównaniu z dzisiejszymi pojazd.
Jadąc Jeepem wcale nie poruszaliśmy się szybciej niż jadący przed nami wypakowany po brzegi rodziną van. 

Wyprzedzać nie było sensu bo tam w przodzie dokładnie z taką samą prędkością poruszał się inny użytkownik dróg. 
- Za chwilę dostanę szału, wiesz o tym? - p. wydawał się spokojny jak bryła lodu. 
- Wiem ale nic na to nie poradzimy bo dziś przecież wszyscy podróżują. - Sylwestrowa noc to ta jedyna w roku która cieszy się wielkim powodzeniem a najbardziej jej koniec o godzinie 24. Okazało się, że poza miastem nie ma aż tyle śniegu i drogi nie są tak białe i nieprzejezdne. Trochę to nas zdziwiło ale szybciej dotarliśmy do zjazdu z utwardzonej nawierzchni. Sine niebo wyglądało dokładnie tak samo jak przed dwoma godzinami ale zegarek nie kłamał. 
Znak ostrzegawczy przed ostrym zakrętem w lewo z migającą żółtą lampką to miejsce gdzie odchodzi droga która zaprowadzi nas na parking gdzie porzucimy nasz pojazd i ruszymy pieszo. 
Zwykły skręt w prawo dla tego pojazdu okazał się zbyt trudny.
Wreszcie gotowi do drogi. p. w mojej czapce trzyma w ręce papierosa i krytycznie spogląda na naszą przyszłość. 
- Pieprzyć wszystko. - Tyle usłyszałam. No tak od nadmiaru stresu głowa nie wytrzymała i mąż mi oszalał. 
- To jest nie do pomyślenia. Trzy tygodnie koczowania i gdy szczęście się wyrzygało to ku..a nic nie widzę. - Zwariował jak nic ale przynajmniej dobrze, że na parkingu a nie gdzieś z daleka w dzikich górach. To podpowiedziała mi fantazja bo zerowa widoczność uniemożliwiała nam zobaczenie otaczających nas skał. 
 - To którędy droga? - p. zapytał bo on dzierżył aparaty a ja trzymałam nasz przewodnik po górach w wydaniu letnim. 
- Potokiem, korytem rzeczki do tego kamienia. 
- Genialnie a co mają zrobić ci którzy przyjadą tutaj na wiosnę? Mają pływać czy wspaniałomyślni właściciele terenu fundują helikopter. Prowadź ślepca. 
- Ślepca? -  Odwróciłam się i przypatrzyłam się chłopu uważniej. Zacinający śnieg nie tylko spoczywał na bydlęcych grzbietach ale również osiadał na okularach przez które rzeczywiście pewnie nie wiele było widać. Z potoku wyszliśmy na wzniesienie bo odkryliśmy ślady stóp idących przed nami turystów ale nie ten szczególny kamień zaznaczony na mapce.
 Mapka okazała się zupełnie nieprzydatna albo prawie nieprzydatna bo krajobraz nie dość, że ledwo widoczny to w szacie zimowej wyglądał zupełnie inaczej niż ten sfotografowany latem. Będzie ciekawie jak zgubimy szlak i pójdziemy gdzieś w siną dal.
 Wskazania elektronicznego przewodnika też były ledwie pomocne bo mogliśmy jedynie kierować się we skazanym kierunku ale wybór drogi w takich warunkach nastręczał wiele problemu.
 Źle postawiona stopa mogła spowodować katastrofę a gdzie i jak ją postawić mogliśmy jedynie zgadywać bo pokryte śniegiem podłoże mogło być skośnym kamieniem albo płaskim kawałkiem terenu. 
Gdy wzniesienie zamieniło się w ostre podejście zniknął mi mąż. Jak do tego doszło zaraz opowiem. O obuwiu p. pisałam wcześniej więc dodam tylko, że zupełnie zawiodło na śniegu i mógłby je zdjąć i iść w samych skarpetkach. Wtedy nie musiałabym na niego czekać.
Przez cały czas szedł za mną starając się iść po moich śladach ale i tak co chwila łapał niekontrolowane poślizgi, zupełnie niegroźne ale za to częste. Idąc za mną słyszałam jego utyskiwania na swą głupotę i na przywiązanie do butów oraz brak mózgu w czasie pakowania ekwipunku. Był wściekły, że nie zabrał zimowych, górskich butów ale te które miał ciągle były w dobrym stanie tylko miały już lekko starty bieżnik podeszwy. Szłam przodem, torebka przewieszona przez ramię a na szyi mój aparat. 
Uzgodniliśmy, że jeżeli szlag trafi nasz sprzęt fotograficzny to trudno ale lepiej mieć zdjęcia niż ich nie mieć. Postanowiliśmy kiedyś kupić taki wodoodporny aby nie martwić się za każdym razem jak pada deszcz czy śnieg. 
Podejście zrobiło się tak strome, że chwytałam się małych krzaków aby ułatwić sobie wędrówkę w górę. 
Czasami p. popychał mnie za pośladki i wtedy martwiałam i chciałam aby ta chwila trwała wiecznie i za to byłam mu bardzo wdzięczna. Właśnie zostałam prawie wyrzucona w górę i szczęśliwie stanęłam na prawie szczycie skały. Odwróciłam się aby podać rękę dzielnemu rycerzowi a rycerza zeżarł smok. Po p. ani śladu na horyzoncie ani w pobliżu. Co do cholery myślę sobie, wyparował. Spojrzałam w przód ale przed mną też go nie ma. Gdzie patrzysz blondynko! Skarciłam sama siebie bo niby w jaki sposób mógłby być przede mną. Uciążliwość pokonywanej trasy chyba pomieszała mi zmysły skoro szukałam go w tym kierunku. Obracam się jak pingwin aby uniknąć poślizgu i rozglądam się wokół. Stwierdziłam brak męża w odległości przynajmniej dziesięciu metrów na wschód, północ, zachód i południe. Wdowa na skale. Ot tak w sekundę. Pohamowałam się przed spojrzeniem w górę bo wtedy oficjalnie miałabym przepustkę do wariatkowa. Gdzie się schował gad paskudny, zachodziłam w głowę. Jeszcze raz przyjrzałam się pokonanej trasie krętej jak sznurek w kieszeni i raptem dostrzegłam niebieską kurtkę gdzieś gdzie nie szliśmy. p. na czworakach skrabał się w moją stronę. Upłynęło trochę czasu gdy znów stałam się żoną. Podczas pomagania chwila nieuwagi dała szansę mężowi na poznanie setki kamieni po drodze w dół. Poślizg był raptowny a trasa została wyznaczona prawami natury a nie zdrowego rozsądku i ciało p. zostało przemieszczone w dół tam gdzie było najbardziej stromo. Może to nie fair ale gdy ktoś się potyka to uśmiech sam przychodzi na usta i wtedy też zachichotałam niewinnie. Gdy już stał przy mnie to nie musiałam się martwić czy żyje bo widziałam, że tak a to, że się pobijał lekko to nic wielkiego. Ruszyliśmy dalej aby zobaczyć wymarzoną skałę ale dalej było coraz gorzej. 
Teraz przy zejściu p. szedł pierwszy i asekurował mnie przed potencjalnym ślizgiem na samo dno. Latem to trasa ciekawa i igraszka, zimą natomiast totalna porażka.
Śnieg nie zaskarbił sobie naszej przychylności. Sam fakt jego szalonego i niespodziewanego ataku był dla nas nie do zaakceptowania. Ilość białego paskudztwa też była nieodpowiednia bo było go za mało. Dlaczego narzekaliśmy na dwa lub trzy centymetry pokrywy śnieżnej a nie cieszyliśmy się, że nie dziesięć? Już wyjaśniam. Dziesięć centymetrów dałoby oparcie stopom przed bocznymi uślizgami i moglibyśmy iść dużo szybciej i bezpieczniej. Silny wiatr utrudniał rozpoznanie terenu i ogólnie było do niczego. Nie narzekam, że poszliśmy, że podnieśliśmy rzuconą przez los rękawicę ale zbieg nieoczekiwanych utrudnień zamienił rozkosz ich pokonywania w beznadziejną walkę o każdy metr który przybliżał nas do wyśnionego celu. 
- Nie wiem czy jest sens iść dalej. Ta francowata (p. użył innego określenia) skała będzie cała zasypana śniegiem nic nie będzie jak powinno. - Trochę racji było w słowach wypowiedzianych z goryczą. Miejsce które przyciągnęło nas z odległości tysiąca mil i trzymało w uwięzi przez trzy tygodnie w takich warunkach będzie zupełnie inne. No cóż jak już jesteśmy to zobaczymy je w innej odsłonie. Wskrabaliśmy się na kolejną górę i nadszedł czas na chwilę odpoczynku. Usiedliśmy na dwóch kawałkach czerwonej skały. Przed nami było ostre zejście w dół wąskie i koniec jego niknął gdzieś w dali. Po zjedzeniu kalorycznego batona i kilku łykach wody jeszcze raz, kolejny raz, przypatrywaliśmy się z niedowierzaniem mapce ze zdjęciami. 
- Ciekawe gdzie my się znajdujemy? - Zapytałam bo oprócz tego, że idziemy w dobrym kierunku nie wiele wiedziałam. Czy idziemy zgodnie z zaleceniami obrazkowego przewodnika czy w nieokreślonej od trasy odległości nie byłam w stanie odgadnąć. p. zaczął grzebać w elektronicznym gadżecie i aż jęknął z niedowierzaniem. 
- Przeszliśmy połowę trasy. 
- Co???? - Zernęłam na ekranik a potem na mapkę. Słońce ledwo widoczne na nieboskłonie znajdowało się już w innym miejscu niż ostatnio gdy udało mi się je zobaczyć. Szaruga panująca od samego rana miała takie samo natężenie i trudno by zgadnąć czy jest rano, wieczór czy południe. Zaczęłam szukać naręcznego zegarka który dzięki luźnej bransolecie zawędrował gdzieś w okolice łokcia. Dopiero po dłuższej chwili wydobyłam go na światło dzienne. Damskie zegarki mają to do siebie, że czas na nich płynie szybciej gdy wychodzimy na randkę ale tutaj zupełnie inna sytuacja nie naruszała praw wszechświata. 
- Jest 15:18. - Przetarłam mokre szkiełko aby upewnić się czy dobrze widzę. Zgadzało się wszystko, zmagamy się z trasą dla dzieci i staruszków już przez ponad trzy godziny i dopiero jesteśmy w połowie drogi. p. zawył, tak zawył jak dziki zwierz z wściekłości. 
- Przestań bo przywołasz wilki. 
- Czy wiesz kobieto, że musimy wracać. Za dwie godziny tutaj w górach będzie zupełnie ciemno. Nogi połamiemy a wilki i bez mojego nawoływania odnajdą nas i zeżrą. Schrupią kości i nic po nas nie zostanie, no może tylko aparaty. - O wilkach nawet nie pomyślałam ale jedynie o tym, że szczęście nas obrzygało swą chojnością. To nie była nagroda za upór i determinację to były pomyje wylane wprost w twarz. Dzioby na twarzy p. pojawiają się w stanie maksymalnego wkurzenia a teraz miał ich dużo więcej niż zwykle. Nie wiem co myślał i nie pytałam o to. Znaleźliśmy się w sytuacji gdzie albo rozsądek i przeżycie albo szaleństwo do końca i nocowanie w górach. Bez namiotu zamarzniemy nie doczekawszy nawet Nowego Roku. 
 Wstałam aby przyjrzeć się trasie która jeszcze pozostała przed nami. p. stanął za mną, objął mnie rękami i mocno przytulił do siebie jakby chciał powstrzymać smagający nas śnieg. Zapewne patrzył w tym samym kierunku co ja. W miejsce gdzie mogła znajdować się niedostępna dla nas skała. 
- Wracamy. - Usłyszałam cierpkie słowo. 
- Wracamy. - Odparłam dumna z mądrej decyzji.

34 komentarze:

  1. Zezowate szczęście, niestety...Szydercze szczęście, złosliwe szczęście, chichot losu, cos jak w "Truman show_, gdzie producent telewizyjny robił wszystko by sieTruman nie mógł wydostac z ram inscenizacji...Oj, biedacy! Wyobrażam sobie to wszystko i żal mi Was bardzo, a jednoczesnie śmiać sie sie troche chce, bo to jtakie zwariowane wszystko jak z jakiejś szalonej komedii. Dobrze, żeście nóg tam nie połamali. Mam nadzieję, że wróciliscie zdrowi i cali (chyba tak, bo nie napisałabyś przeciez tej opowieści)...
    I z Las Vegas nici w takich okolicznosciach...Ojejku! No ale przygoda jest przynajmniej! Do pamietania na całę zycie!:-)) Ach, jeszcze jedno! Fajnie wygladacie w czapeczkach a la meksykańskich!
    Uściski serdeczne zasyłam!:-))*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie popuszczę tej niesamowitej skale i spróbujemy ponownie za dwa lub trzy lata wygrać zezwolenie na wstęp. Nie daruję i jak mówi przysłowie do trzech razy sztuka. Byliśmy tam już dwa razy więc za trzecim razem zamieszczę relację z tego miejsca gdy już będziemy nie tylko szczęśliwymi posiadaczami przepustki ale również szczęśliwcami którzy widzieli The Wave.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. To Was to szczęście kurna zrobiło w olbrzymiego balona, nie wiadomo czy płakać ,czy śmiać się.
    Życie bywa przewrotne aż do wypęku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę żal ale przecież życie się nie zakończyło i ciągle mamy szansę na dotarcie do celu.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Faktycznie takie wyrzygane szczęście. Mam podobne, bo ile razy coś wygram, albo dostanę, to okazuje się takie własnie "wyrzygane" - użyłam zresztą takiego samego określenia, bez konsultacji z Twoim p. ;)
    Nic to, coś tam obejrzeliście i jak prawie nikt, macie stamtąd zimowe zdjęcia, a nie nudne letnio - jesienno- wiosenne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie przegrana bitwa lecz źle zakończona potyczka która zaogniła moje chęci do zobaczenia tego co nie udało nam się zobaczyć teraz. Poczekamy i wygramy bitwę w odpowiedniejszym sezonie.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
    2. Ło matko pojedyncza! Ja bym się wściekła ze złości na taką niesprawiedliwość, ale jak tu walczyć z Matką Naturę?

      Usuń
    3. Oczywiście, że to tylko potyczka :) Pojedziecie latem, czy wiosną, to obędzie się bez niespodzianek - śniegowych, oczywiście, bo inne aż tupią z niecierpliwością, żeby się do Was dobrać ;)))
      Właśnie, z Matką Naturą nie można walczyć, trzeba ją po prostu kochać :))))

      Usuń
    4. Fuscila
      No trudno, tak właśnie wyglądają te niechciane chwile podczas zwiedzania. Nie zawsze jest ładnie i po naszej myśli ale za to ciekawie.
      Pozdrawiam:)

      Lidia
      Pożyjemy i zobaczymy co prytrafi się nam gdy pojedziemy tam ponownie.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Widocznie nie było Wam pisane tym razem, no a faktycznie do trzech razy sztuka. Dobrze, że jednak zawróciliście w porę- takie nagłe zawirowania pogodowe to specyfika gór, nawet nasze maleńkie Tatry potrafią niezle turystów urządzić i trasę dla matek z dziećmi i kobiet w ciąży zmienić w środku lata na skrajnie trudną.
    Każdego lata w Tatrach sypie śnieg - w sierpniu to regularnie,a czasem i w lipcu.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak za trzecim razem nic z naszych prób nie wyjdzie to wymyślę jakieś inne przysłowie które będzie nam pasowało. Nic nie obiecuję ale postaram się sfotografować to miejsce i zobaczyć je na własne oczy pomimo trudności i niespodzianek których doświadczyliśmy. Miejmy nadzieję, że kolejny raz będzie "z tarczą" a nie "na tarczy".
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Czapkuję Wam i tak, mimo niepowodzeń. Rozumiem ze apetyt na zdobycie tej niezwykłej skały rośnie z dnia na dzień i macie wciąż kolejny cel podróży ( gdyby inne się skończyły, czego wcale sobie nie wyobrażam ).
    Podziwiam decyzję, bo najtrudniej jest w takim momencie zrezygnować - jesteście WIELCY w moich oczach!
    I niech tak już zostanie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z ciężkim sercem wracaliśmy i każde winiło się za niepowodzenie. Nie było łatwo podjąć decyzję o powrocie ale była to jedyna słuszna decyzja w takich warunkach pogodowych. Jesteśmy cali i zdrowi a smak goryczy niech pozostanie na długo bo przed nami jeszcze kilka lat wycieczek w różne zakątki więc rozwagi i roztropności miejmy pod dostatkiem.
      Dziękuję za zrozumienie i pozdrawiam bardzo serdecznie:)

      Usuń
  6. Brak mi slow na bezmiar pecha, jaki Was spotkal. I tak byliscie bardzo odwazni, ze udaliscie sie w te droge, choc wiadomo bylo z gory, ze to sie nie moze udac. Swoja droga jednak szczescie Was nie opuscilo, bo nie polamaliscie konczyn na tym sniegu.
    Gdzie w koncu spedziliscie sylwestra?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyszło na to, że mieliśmy wycieczkę bez określonego końca w śniegu pchani silnym wiatrem. Po powrocie do hotelu, porządnej obiado-kolacji i gorącej kąpieli przebrani w pidżamy wypiliśmy szampana i poszliśmy spać o godzinie dwudziestej drugiej!!!!!! Seria niepowodzeń zmiotła również sylwestrowy bal w Las Vegas. p. za żadne skarby nie chce powrócić tutaj jeszcze raz ale za dwa lub trzy lata powinien zatęsknić za dokończeniem dzieła:)))
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  7. Następnym razem się uda! Drogę już znacie:))) I macie piękne zdjęcia z tej szalonej wyprawy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli zorganizują wycieczki helikopterem to ja będę pierwszym klientem takowego zwiedzania:)))
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  8. Chyba wolę letnie wyprawy, zimowe nigdy nie wiadomo co mogą przynieść, sypiący śnieg, leżący śnieg, zimno, wiatry, nic dobrego, jak pomyśle o polskich zimach to mnie już mrozi, wyobrażam sobie jak tam musiało być... no i podziwiam Was za determinacje i upór w dążeniu do celu...

    uściski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O letnim zwiedzaniu kamorów będzie już niebawem gdy rozpocznie się seria opowieści z wiosennego wypadu. Bez śniegu jest przyjemniej i dużo łatwiej pokonywać nieznane szlaki. Nie narzekam na zimę bo bez niej byłoby nudno ale również nie przepadam za tą porą roku.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  9. Coś jak ze zlego snu, dobrze, że ja ten horro w kompie tylk ogladam. No i te wskazowki ze zdjeciami skałek... Nastepnym razem dopadniecie tę kupę kamienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkie marzenia i wielkie rozczarowanie. Dostaliśmy lekcję pokory z której dużo się nauczyliśmy.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  10. Podziwiam odwagę. Jestem przekonana że uparcie dążąc do celu zdołacie go zdobyć, musi się Wam poddać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś się uda. Mam takie postanowienie ale nie za każdą cenę. Jeśli trafi się coś bardziej atrakcyjnego to zapomnę o tej niezdobytej skałce i pojadę w innym kierunku.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  11. O żesz! Wy to macie ekstremalnie. I nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Ale Wy jesteście cudną parą i dacie radę następnym razem. A ta przygoda w śniegu - cudna :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmiać oczywiście! Trochę bolesna to nauczka ale tak to już jest w życiu, że nie zawsze jest cudownie ale z uśmiechem na ustach jest o wiele przyjemniej.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  12. Odpowiedzi
    1. .... ale przygoda, niewiarygodne prawda.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  13. Odczuwam duzo zalu.....ale przeciez jak spojrzec na to z innej perspektywy to i znajdzie sie tez wiele pozytywow....jestescie na dobrym kontynencie z ktorego zaplanowanie calej wyprawy bylo o wiele prostrze i tansze...chcialo Wam sie ruszyc te cztery litery z kanapy zeby tam pojechac....mieliscie duzo szczescia zeby wylosowac walk in permit, bo wielu nieudaje sie nawet po wielu probach i planowaniu naprzod on-line....pogratulowac pozostaje odwagi podjecia proby przy takiej aurze pohodowej...zycze Wam aby udalo sie pojechac tam jeszcze raz w porze letniej i moze bedziemy mogli poczytac i zobaczyc porownanie na zdjeciach skalek latem i zimia.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widząc szczyt na horyzoncie nie ma pewności, że go zdobędziemy. Planujemy nasze wycieczki z wyprzedzeniem ale wejście na teren Coyotte Buttes North to loteria w dosłownym słowa znaczeniu. Od kilku lat uczestniczyliśmy w internetowym losowaniu aż cierpliwość się wyczerpała i pomknęliśmy na miejsce wydzarzeń aby spróbować szczęścia na żywo. Udało się ale realizacja planu to już totalna porażka co pokazałam na zdjęciach. Totalna i kolejna bo niech przypomnę o mgle w San Francisco która uniemożliwiła nam nacieszenie się The Golden Gate albo zima w lecie w Oregonie która jak i tutaj zakryła cały urok Crater Lake. Wszysto to opisałam na blogu więc niedługo będę mogła zrobić krótki przewodnik po miejscach których nie udało się nam zobaczyć.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  14. No chyba mnie coś trafi! :-) Chciałam zobaczyć ten cud, który jest wart tyle poświęceń i co teraz? Wygooglować sobie muszę? :-) Ale tak mówiąc serio, mądrze postąpiliście. Żaden widok, żadna skała, nawet jedyna na świecie nie jest warta, by ryzykować zdrowie i życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygooglowałam sobie... o jezuniu! To jest warte każdego poświęcenia. Niewyobrażalne, że takie cuda znajdują się na ziemi. Ale pod śniegiem i tak nie byłoby wiele widać, więc nie ma co żałować i trzeba poczekać na następną okazję.

      Usuń
    2. Mnie też pozostaje googlowanie bo dzień był nieodpowiedni na pokonanie w miarę łatwej trasy. Po prostu znaleźliśmy się zamiast na plaży w Cancun właśnie tam.
      Skała kusi i nęci ale trudność w wejściu na teren gdzie się ona znajduje jest tak wielka, że odbiera chęci na kolejny raz. Gdybyśmy polegli i zawrócili w czasie letniej kanikuły to ryczałabym krwawymi łzami ale zimowe podejście nawet gdyby zakończyło się sukcesem nie dałoby tyle radości. Prawdopodobnie widok jest oszałamiający (latem) ale coż moglibyśmy zobaczyć pod śnieżną pokrywą. Żal mniejszy ale zadra w sercu pozostała i będzie kłuła jeszcze przez bardzo długo.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  15. Az trdno uwierzyc, scenarzysta by tego nie wymyslil:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Scenarzyści moga brać u nas korepetycje, których z chęcią im udzielę oczywiście odpłatnie aby stworzyć kolejny super horrror:))
      Pozdrawiam i miej się na baczności jak przyjadę do Alzacji:))))

      Usuń