wtorek, 31 maja 2011

Los Angeles

 Przed samym Los Angeles zatrzymaliśmy się na odpoczynek aby zebrać siły przed emocjami mającymi nastąpić dnia następnego. Jutro mamy zamiar stawić czoła miastu aniołów i kolebce kina amerykańskiego. Od dwóch godzin staliśmy w kolejce aby złapać wolne miejsce na kempingu. No nie w takiej kolejce jak za czasów reglamentacji ale wpisaliśmy się na listę oczekujących i po dwóch godzinach miało się wyjaśnić ile miejsc zwolni się tego dnia. Z upływem czasu coraz więcej osób gromadziło się przed wjazdem na kemping. Mały, dziewięcioletni Kalifornijczyk czyli Meksykanin z krwi i kości tyle, ze urodzony w USA kręcił się wokół nas zaintrygowany naszym mało popularnym językiem. Zachęcany przez p. wygłupami gorszacymi innych dorosłych, zaskarbił sobie dozgonna wdzięczność malucha. Nadeszła chwila prawdy i po odczytaniu nazwisk szczęśliwych osób okazało się, ze załapaliśmy się na miejsce numer „jakiś tam”. Byliśmy ostatnim wolnym miejscem na liście. Jak wynikało z planu nasze miejsce było na rogu, bardzo wygodnie usytuowane w odpowiedniej odległości od toalet i duże na trzy namioty. Razem z mama dziewięciolatek zostali odprawieni z kwitkiem. Gdy podpisywałam kartę meldunkowa serce mi załomotało gwałtownie i oznajmiłam, ze razem z nami będzie jeszcze jeden namiot. Obsługujący nas pracownik poprosił o dokumenty następnej osoby i zamarł w niemym oczekiwaniu. Stojący obok mnie p. zareagował jak przypuszczałam. Dwoma susami znalazł się obok swego pupila i jego mamy i w krótkim zdaniu oznajmił, ze będzie dzieliła z nami nasze pole namiotowe. Po załatwieniu krótkiej formalności ograniczającej się do nazwiska i numeru rejestracyjnego samochodu wspólnie udaliśmy się na wyznaczone miejsce. Z podziałem miejsc nie było problemu bo nasza klitka zajęła tyle miejsca, ze wolnego pozostało jeszcze na kilka takich samych. Słów podziękowań nie było końca ale dla nas to na prawdę nie było żadne wyrzeczenie czy poświecenie. Po co ma się marnować tyle wolnego miejsca. Jak zwykle zagospodarowaliśmy się w ciągu krótkiego czasu i po malej przekąsce i kawie ruszyliśmy na podbój plaży. Już sama świadomość bliskości wielkiego miasta wzbudzała w nas zainteresowanie czystością plaży. Po przekroczeniu wydmy okazało się, ze mamy do dyspozycji ponownie plażę bez granic i mało zaludniona. Krótkie spojrzenie na lewo i prawo. Po prawej hotel więc idziemy w lewo, z daleka od ludzi. Wybór okazał się nad wyraz trafny. Po kilkudziesięciu metrach natrafiliśmy na gigantycznego glona lub zespól glonów stanowiących jedna całość. Myślę jednak, ze to jedna roślina.
p. znalazł dla mnie „sznur korali”
a ja dla niego „marchewkę”.
Istne cuda dla nas.
Wierze, ze są ludy zamieszkujące nasza piękną ziemie, które spożywają roślinność morska i ponoć żyją długo i zdrowo. Jeżeli nawet tak jest to kucharze muszą nieźle się nagimnastykować aby coś tak obrzydliwego przerobić na formę nadającą się do podania na talerzu. Sama myśl o takim jedzeniu działa skuteczniej niż najlepsza dieta odchudzająca.
Znaleziony ogonek wskazywał, ze posiadający go za życia osobnik był niezłego rozmiaru.
Z kolei znalezione wąsy z głową pobudziły moja wyobraźnię co może czyhać na amatora kąpieli w Oceanie.
Plaza była pełna trupów i żywych okazów fauny. Czmychający bokiem krab minął szczątki wazki i ukrył się pod głazem. Tyle tutaj tego dziwactwa, ze z ulga powitaliśmy w miarę czysty kawałek plaży rozciagajacy sie przed nami.
Przysiedliśmy na kamieniu i jak na zamówienie rozpoczął się spektakl w wykonaniu długodziobych ptaków. Ani chwili wytchnienia nie dawały sobie dwa osobniki tej rasy. Biegały wzdłuż zamierającej fali na piasku i z uwaga przyglądały się swojemu odbiciu w niknącej wodzie.
Cala nasza technika dwudziestego pierwszego wieku musi skryć się za rogiem w porównaniu z natura. Każdy z nas widział piasek omywany przez fale jeziora lub morza i do prawdy nic szczególnego tam się nie dzieje. Wątpię aby te ptaki zanurzały w piasek swe dzioby tylko dla przyjemności. Musiały znajdować tam pożywienie. Może nie za każdym razem coś znalazły jednak podejmowały decyzje w przeświadczeniu, ze tam jest jedzenie. Może jakiś bąbelek powietrza albo lekko zapadające się ziarenka piasku wskazywały na to, ze właśnie tam znajduje się jakieś żyjątko. Spędziliśmy tam dłuższą chwile a ptaki jakby nas nie widząc (albo widząc i specjalnie) pozostawały w odległości trzech metrów.
Nasz spacer to jak trening dla ochroniarza. Rozglądamy się czujnie w każdym kierunku i spoglądamy w niebo i pod nogi. Nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie coś wpadnie nam w oko. Robimy to bezwiednie i ta czynność nie wymaga od nas najmniejszego wysiłku. Z daleka dostrzegliśmy ludzka sylwetkę stojącą na wodzie. p. bardzo lubi książki fantastyczne ale w cuda to nie wierzy i z zainteresowaniem przyglądał się nieznajomemu zjawisku. W miarę zbliżania się dostrzegliśmy wiosło w rekach surfera, albo flisaka albo dziwaka. Jak ten sport się nazywa nie mam pojęcia i dla mnie to nowość. Deski na której stal z tej odległości jeszcze nie widzieliśmy. Jego sylwetka nie była dobrze widoczna na tle niewysokiej skały. Kolor jego kombinezonu do złudzenia przypominał barwę kamieni tworzących wyspę.
O tym, ze wyspa się porusza nasze zmysły dały nam znać dość późno zmylone statycznym krajobrazem i mgłą lekko tłumiącą promienie słoneczne powodując uczucie senności. Błogi letarg krajobrazu zamienił się w pełne życia przedstawienie. Wyspa w niedalekiej odległości od plaży, około pięćdziesięciu metrów była zamieszkana przez kilka fok, morsów albo podobnych stworzeń. Nie znam fachowego nazewnictwa tego gatunku i dla mnie pozostanie on fokami. Wcześniej widziane Lwy Morskie miały brązowe futro i dlatego nazwa „foka” bardziej mi pasowała. Uszanowaliśmy odosobnienie tych przemiłych i ufnych zwierząt trzymając się w przyzwoitej odległości. Na dobra sprawę mogliśmy podejść do nich na wyciągniecie reki ale myśl o „świństwach” w wodzie zatrzymała nas w zanurzeniu sie nieco ponad kolana.
Nawet najbardziej nieoczekiwane spotkanie musi dobiec końca i powiedzieliśmy fokom do zobaczenia ale nie zegnajcie, może kiedyś jeszcze się spotkamy. W powrotnej drodze do kempingu odwracaliśmy się wielokrotnie aby zapamiętać ten niecodzienny widok. Kolejne spojrzenie musieliśmy uwiecznić na fotografii choć widok nie jest najlepszej jakości. Do wyspy fok i niestrudzonego surfera dołączył jeszcze statek płynący w stronę plaży w niedużej odległości. Nie mógł być daleko od nas bo inaczej mgła skryłaby jego kontur przed naszym wzrokiem.
Tyle się dzisiaj wydarzyło, ze brakuje jeszcze rekina na deser, taka myśl przeleciała mi jak to się mówi, mimochodem. Postanowiliśmy pojechać do Los Angeles jeszcze dzisiaj wieczorem i zobaczyć jak to miasto wygląda nocą. Nie chcieliśmy zwiedzać ani włóczyć się po ulicach. Tak przejechać autem przez samo centrum aby mieć blade pojęcie o jego rozmiarach i zabudowie. Co jakiś czas uskakując dłuższej niż inne fali z grubsza ustaliliśmy plan działania. Z przyjemnością odetchniemy chwile przy wczesnej kolacji i według naszych ustaleń powinniśmy wrócić około jedenastej w nocy. Zimnym jak lodowa góra głosem na której rozbił się Titanic oznajmiłam, ze przed chwila widziałam płetwę rekina. Zaskoczony nagłą zmiana tematu p. spojrzał na mnie a nie na oceaniczna dal i płetwa zdążyła schować się pod powierzchnie wody. Pomyślałam, ze mam omamy i moja wyobraźnia tworzy obrazy na zamówienie. Pomyślałam o rekinach i mój chory umysł zwodzi mój zdrowy rozsadek. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego uczucia, ze tracę zmysły. Szybko obiecałam sobie, ze pójdę do lekarza zaraz po powrocie do domu. Odwróciłam głowę od toni Oceanu i zaczęłam mówić coś o kolacji. Jednak nawyk oglądania wszystkiego wokół znów skierował mój wzrok gdzie widziałam omamy. Teraz widziałam grzbiet delfina i jego charakterystyczna płetwę grzbietowa. Znam te morskie ssaki bo podczas naszej kolejnej wizyty na Florydzie widziałam ich dziesiątki. Wtedy trafiliśmy na wyjątkowy wysyp delfinów i mogłam zapoznać się z ich sylwetka. Bol zagryzanego języka powinien mnie sprowadzić na ziemie i obudzić uśpioną trzeźwość umysłu. Tylko i wyłącznie w celach leczniczych znów zerknęłam w kierunku gdzie wcześniej zwątpiłam w sama siebie. Wbiłam paznokcie w ramie p. a moje wargi wyszeptały słowo „delfiny”. Jak to możliwe aby na odcinku kilku kilometrów plaży spotkać tyle przedstawicieli fauny i flory.
Kolacje pochłonęliśmy w tempie ekspresowym bo chcieliśmy nadrobić nasze opóźnienie, którego główną ale nie jedyna przyczyna były delfiny. Jedną z nich był gorący i długi prysznic. Przy kawie usłyszałam, ze p. nie wyobraża sobie siebie jako Araba a już mu w głowie się nie mieści aby mógł podróżować z czterema zonami. Gdyby nim był to jego proces myślowy niezawodnie uległby zmianie. Pocieszyłam go wizja „posiadania” tylko mnie i za późno zaskoczyłam, ze użyte słowo było zupełnie nie na miejscu.
Kierując się w stronę Los Angeles, jadąc wzdłuż wybrzeża, towarzyszyła nam mgła jak najwierniejsza kochanka Oceanu. Oddalając się od brzegu rzedła i zanikała ustępując miejsca innemu oparowi o innym zabarwieniu i zapachu.
Pola uprawne ciągnęły się po obydwu stronach autostrady prawie do samego miasta. Wykorzystanie terenu graniczyło z cudem bo dosłownie wszędzie coś rosło co nadawało się do spieniężenia. W miarę zbliżania się do molocha przybywało aut ale nie było korka i jechaliśmy płynnie bez zatrzymywań i postojów tak denerwujących podczas jazdy.
Góry na horyzoncie oznajmiały bliskość miasta które leży w dolinie przykrytej brunatna pierzynka ze smogu. Jak przystało na podróżników zaczynamy zwiedzanie od przedmieść aby mieć pojęcie jak wygląda miasto od podszewki i od tej wizytowej strony. W promieniach zachodzącego słońca przejechaliśmy przez bogate i biedne przedmieścia. Domy bogatych były skryte w bujnej zieleni a tych z mniejszym kontem w banku stały obnażone i zawstydzone tym faktem.
Los Angeles i jego satelitarne miasta i przedmieścia mieszają się tworząc jedna całość. Miasto zyskuje dużo przez obfita zieleń, oczywiście tam gdzie nikt nie poskąpi dolara na podlewanie trawników, krzewów i drzew. Klimat tu taki, ze jak wylejesz butelkę wody to wyrośnie w tym miejscu roślina. W biedniejszych dzielnicach nie ma zielonych trawników wokół domów. Rosną tam pustynne trawy, czasami trafi się jakiś zmarnowany kaktus i usychające palmy. Hulający wiatr unosi z ziemi piasek i kurz osiadający na budynkach i roślinach potęguje wrażenie niedbałości. Omyłkowo trafiliśmy na wjazd do Universal Studios w Hollywood ale szybko stamtąd uciekliśmy. Auta przed nami jada do kin albo do studiów filmowych.
Hollywood, przed nami skrzyzowanie z Santa Monica Blvd.
Na późny wieczór zaplanowaliśmy wizytę w pobliżu najsławniejszego napisu świata. Gdy pytaliśmy naszego amerykańskiego znajomego, który przeżył w L.A. pół życia i zna to miasto z różnych stron, powiedział, ze napis Hollywood jest tak dobrze widoczny w nocy, ze widać go z każdego miejsca od południa. Chyba chwyciliśmy wirusa ślepoty nagłej bo za nic nie mogliśmy go dostrzec. Patrząc na mapę powinien być właśnie tutaj. Liczne znaki drogowe oznajmiały, ze nie ma ta droga dojazdu do napisu. Po raz trzeci z rzędu wpatrujemy się w mapę. Skoro nie da się dojechać ulicami to trzeba spróbować w Griffith Park. Jak to mówi przysłowie do trzech razy sztuka i udało się znaleźć drogę wiodącą na wzgórze.
Dojechaliśmy do obserwatorium astronomicznego umieszczonego na wysokiej skale. Rozciągająca się panorama miasta przyćmiła swym widokiem nieoświetlony napis Hollywood. Ledwie widoczny w nocy, nawet z tego miejsca nie wzbudzał zachwytu ale już wiedziałam, ze jutro przyjedziemy tu jeszcze raz, w samo południe.

42 komentarze:

  1. Ale pięknie opowiedziane, czytałam z zapartym tchem! A zdjęcia - fantastyczne! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przynam, że ta plaża to raj-tyle stworów do obserowania dosłownie pod nogami, a przynajmniej w zasiegu obiektywu:)

    OdpowiedzUsuń
  3. dzięki za wycieczkę do LA...pozdrawiam Hania :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super, czekam na więcej!
    Ale przyznam, że jestem trochę roczarowana :) Początek o chłopcu z mamą wciagnął mnie i myślałam, że to zapowiedź jakiejś przygody, ze po powrocie na miesjce postoju coś ciekawego się okazało... jakis psikus czy coś.... A tu nic..... tylko podziękowania..... :DDDDDDDDD

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie zabraklo wrazen, Ataner, nie zabraklo ujrzenia czegos nowego i niecodziennego. To dobrze bo gdyby wszystko bylo przewidywalne to nie wartaloby zachodu. Pozdrawiam Cie serdecznie - Serpentyna

    OdpowiedzUsuń
  6. Pięknie nas poprowadziłaś.A to pewnie były uchatki, bo one są wielce "fokowate" z wyglądu. Nocne LA piękne, choć nieco przytłacza jego wielkość.A te wszystkie plażowe znalezisko bardzo fajne.Osobiście nie jadam żadnych "owoców morza" i do dziś na wspomnienie makaronu z jakimiś przedstawicielami fauny morskiej robi mi się mdło. Nie cierpię tego zapachu i smaku. Jedyny , dla mnie jadalny owoc morza to małże wędzone, zapuszkowane w oleju.
    Czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością,świetnie to opisujesz, no a do tego zdjęcia - w sumie super.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. I słusznie, jak widać, odrzuca mnie od wszelkich owoców morza (prócz ryb, oczywiście), blee...

    Wycieczka po LA zapowiada się bardzo przyjemnie, będzie ciąg dalszy, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  8. cudowna ta wyprawa:) jakbym tam była!

    OdpowiedzUsuń
  9. O matko, jaka wyprawa! Zupełna egzotyka! Ja też nie lubię, jak jedzenie na mnie patrzy, bigos wolę albo pierogi. Tak duże miasta przytłaczają mnie, wolę przestrzeń. Pozdrawiam serdecznie i ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kwoka - Dziekuje. Milo, ze Ci sie spodobalo.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ola - Stworkow potworkow bylo faktycznie pod dostatkiem. Nasze aparaty fotograficzne rozgrzewaly sie do czerwonosci :)))

    OdpowiedzUsuń
  12. Haneczka - Cala przyjemnosc po mojej stronie:))
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  13. Aneta - Rodowity Kalifornijczyk pomimo zachet ze strony p. byl bardzo niesmialy natomiast jego mama byla nam bardzo wdzieczna i nawet poczestowala nas kukurydza:))
    Tak mu zasmakowaly nasze kielbasy z ogniska, ze nie chcial jesc swojego narodowego posilku czyli kukurydzianego placka z ryba:)))

    OdpowiedzUsuń
  14. Serpentyna - Pomijac wszystkie morskie stwory znane i nieznane dla nas najwiekszym zaskoczeniem byl brak oswietlenia slawnego napisu Hollywood :(

    OdpowiedzUsuń
  15. Anabell - Bardzo mozliwe, ze to byly uchatki. Wierze w to swiecie bo i tak ich nie rozrozniam. Takiego zywego surowego glona z plazy bym nie tknela ale przyrzadzonego przez kucharza i podanego w dobrej restauracji chetnie bym sprobowala (darmo) :)))

    OdpowiedzUsuń
  16. Riannon - Ciag dalszy LA zamieni sie w Hollywood. Ja lubie te bardziej jadalne stworzenia oceaniczne i morskie takie jak kraby, krewetki, osmiornice i jeszcze moglabym troszke wymieniac ale nie chce zepsuc Ci dobrego nastroju.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  17. el - LA nie jest ladnym miastem ale warto je zobaczyc:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Maria - Duze miasto jeszcze bym jakos zniosla ale LA jest wielkim rozleglym i brzydkim molochem. Dlatego tez nastepnego dnia ucieklismy w gory i na pustynie.
    Wiele osob zyczyloby sobie miec podane takie patrzace jedzenie w postaci oczu tesciowej:)))

    OdpowiedzUsuń
  19. I co bylo potem , co, pisz szybko ... Ag

    OdpowiedzUsuń
  20. Agnicy - Potem juz tylko Hollywood ale o tym bedzie troszke pozniej:)))

    OdpowiedzUsuń
  21. Ataner, ledwie dycham, tak sie zmęczyłam tą podróżą, ale kurcze warto było. Oj jak warto. Dzięki za wszystko. Wracam na szlak jeszcze raz.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  22. Azalia - Meczaca podroz to dopiero przed Toba, jesli oczywiscie zechcesz dalej z nami podrozowac. Niebawem przed nami Dolina smierci, oj bedzie sie dzialo.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  23. nie przestaniesz mnie zadziwiac; myslalam, ze ta wyprawa trwala trzy tygodnie, a nie miesiace, tyle przezyc; macie niesamowity talent, takimi podroznikami trzeba sie chyba urodzic, nie pewnego dnia nimi stac, nasze podroze sa takie bezplciowe zawsze :) artdeco

    OdpowiedzUsuń
  24. Tyle tematów poruszonych!
    1. Dobre macie serducha!
    2. Za owocami morza nigdy nie przepadałam, wolę sycić oczy ich widokiem niż żołądek.
    3. Piękne nocne zdjęcia z LA!
    4. Foki są urocze - uwielbiam je obserwować. Kilka dni temu mieliśmy okazję w akwarium w Seattle - słodziaszki!

    Pozdrawiam!
    Motylek

    OdpowiedzUsuń
  25. Artdeco - Nasze wakacje to taki maraton, trzy tygodnie tylko z kilkoma chwilami wytchnienia. Dlatego nazbieralo sie tyle przezyc ktorymi mozna by zapelnic dluzszy okres czasu.
    My nawet nie wyszukujemy jakis specjanych przygod one same nas znajduja.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Motylek - Rzeczywiscie foki stworzone sa tylko po to aby rozbawiac nas swoimi figlami i mozna je obserwowac bez konca.
    Uwazam, ze zawsze warto pomagac innym bo nigdy nie wiadomo kiedy sami bedziemy potrzebowac pomocy. Im wiecej dobra na swiecie tym bedzie przyjemniej nam wszystkim.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  27. Spacer pełen zaskakujących spotkań :) Pięknie.
    Ataner, pozdrawiam!
    O.

    OdpowiedzUsuń
  28. Obiezyswiatka - Tak, spacer byl wyjatkowo udany i pelen niespodzianek.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  29. Ataner, szybkie pytanie: kiedy będziesz w Polsce?

    OdpowiedzUsuń
  30. Aneta - Oj nie wiem, raczej nie predko:(
    Moze w przyszlym roku.

    OdpowiedzUsuń
  31. Renatko jak zwykle opowiadasz to tak, że mogę to zobaczyć i prawie dotknąć. A zdjęcia jeszcze to potęgują. Wydawało mi się, że nigdy w życiu nie tknę owoców morza, dla mnie to obślizgłe. Ale wyobraź sobie, że ktoś mnie poczęstował krewetkami i mi smakowały. Oczywiście wolałabym nie wiedzieć co to jest. Jadłam też ślimaki ale z puszki. Niesamowity widok oświetlonego LA po zmierzchu. Ale wiesz co mi pierwsze się nasunęło jak zobaczyłam zdjęcie, że ile to miasto ciągnie prądu. Pewnie tyle ile cały nasz kraj. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  32. Rinka - Ja uwielbiam krewetki i wydaje mi sie, ze doszlam do perfekcji w ich przyrzadzaniu. Nawet p. jest w stanie sie na nie skusic chociaz za nimi nie przepada.
    Teraz to chyba ze wzgledu na oszczednosi jest o wiele ciemniej niz kilka lat temu, kiedy w wielkich miastach noc niewiele roznila sie od dnia.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  33. Nieprzewidywalne skarby na plazy i niewyobrazalny gigant cywilizacyjny, a wszystko podczas jednej podrozy! To moze zdarzyc sie tylko Wam, ciekawym swiata, ludzi i natury.
    Ten kto nie czyta Twoich opisow nie wie co traci. Szykuj te teksty ze zdjęciami do wydania ksiazkowego, będę Cię namawiac az do skutku.

    OdpowiedzUsuń
  34. Joter - Jezeli bedziesz moim wydawca to zawijam rekawy i nic nie zrobie bo jestem z tych dajacych i zarabianie pieniedzy idzie mi ciagle pod gorke. Nie sadze abym piszac mogla wyzwolic sie z petow braku kasy na wczasy:)))
    Jednak milo poczytac komentarze o czym zawiadamia rozleniwiona letnia pogoda Ataner.

    OdpowiedzUsuń
  35. O matko ale fajnie napisalas... a te zdjecia, sama nie wiem co mnie bardziej intryguje w Twoich podrozach! Zdjecia czy opisy... wszystko swietne.

    OdpowiedzUsuń
  36. A ja mam wrazenie, ze juz tu pisalam komentarz, ale moze to starcze zwidy:)))
    Jak zwykle ladnie i interesujaco:)))

    OdpowiedzUsuń
  37. Wildrose - Staram sie jak moge aby chociaz czesciowo pokazac to co widzielismy przy pomocy zdjec i tekstu, dzieki za mile slowa.
    Pozdrawiam:)
    P.S.
    Martwilam sie o ciebie bo nie dawalas znaku zycia przez dluzszy okres czasu.

    OdpowiedzUsuń
  38. Stardust - Ja tez chce miec takie fajne kolorowe zwidy jak Ty, przeslij mi recepte na nie e-mailem:)))) bo tak oficjalnie to chyba nie wypada.
    Byc moze odnosisz takie wrazenie bo u mnie ciagle to samo.
    Ubawiona po pachy Ataner pozdrawia Stardust:)))))

    OdpowiedzUsuń
  39. No co ja będę komentować, jak mi kopara opadła do samych pięt z zachwytu i zazdrości ogromnej, że miałaś to wszystko na wyciągnięcie ręki!

    OdpowiedzUsuń
  40. Fuscila - Sama jestem w szoku, ze tyle wydarzylo sie jednego dnia.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń