środa, 3 listopada 2010

Pokochać wroga.

Petronela chyba nikogo nie lubi oprócz siebie. Uważa, ze koleżanki to k.... bo wcześniej czy później i tak ci zrobią kolo pióra (Pewnie mnie tez tak traktuje.) a koledzy robią wszystko aby ja zaciągnąć do łózka.  Poznałam ja dawno temu na kursie angielskiego zaraz po moim przyjeździe. Znamy się długo i chyba dlatego jestem w stanie jej wiele wybaczyć. Pewnego wieczoru p. starał się wytłumaczyć jej co to jest karta debitowa. Dwoił się i troił ale bez skutku. Petronela uparcie twierdziła coś zupełnie przeciwnego i doszło do ostrej wymiany slow. Patrzyłam na ta sytuacje z niesmakiem, dwa trykające się koziołki nie chwyciły za noże i skończyło się ogólnym niepowodzeniem całego przedsięwzięcia. Petronela nie zrozumiała co to jest karta debitowa bo nie chciała a p. poniósł klęskę jako pedagog. Od tamtego dnia oboje nie znoszą się wzajemnie i nie wytrzymują ze sobą dłużej niż wymagane przez savoir vivre piec minut. Gdy Petronela mnie odwiedza to p. delikatnie podnosi oczy ku niebiosom i w niedługim czasie znika w drugim pokoju i ślęczy przy komputerze. To, ze ja mam nienormalna koleżankę to już wiemy ale p. wcale nie jest lepszy i jego marudny Waldek jest z kolei namolny jak rozwścieczona osa. Przychodzi (czytaj przyjeżdża bo tu nikt nie chodzi) anonsując się w ostatniej chwili, przeważnie jak jest już na parkinu przed naszymi oknami. Samo to wprawia mnie w stan gotowości bojowej. Wchodzi i bardzo wylewnie się wita czego w jego wykonaniu nie cierpię, wole pocałunki od Nosferatu lub Frankensteina. Siada na kanapie i zaczyna się gapić w TV. U nas telewizor jest włączony wtedy jak ja jestem w domu. Dla p. mógłby nie istnieć a gdyby złodzieje wynieśli go to nie wiem czy fakt ten byłby zauważony przez małżonka. Gdy Waldek tak patrzy beznamiętnie w szklana tafle na której akurat nic się nie dzieje to mam wrażenie ze przysypia, gdy coś go zainteresuje to nie ruszy się z miejsca przez następne dwie godziny. 
- Kawy? - Pytam z przyzwyczajenia bo i tak wiem, ze wypije z cukrem i śmietanką, której u nas w domu nie ma. 
- Tak, bardzo proszę, z cukrem i śmietanką. - Pcha mi się do kuchni te metr dziewięćdziesiąt z ośmioma centymetrami. - Nie mam śmietanki. Jest mleko tłuste. Może być? - Zapytuje zjadliwie. Waldek stoi w kuchni i teraz wygapia się po polkach i po garach. Naczynia w zlewie i to co na blacie to jego szczególny obiekt zainteresowania. Niech go cholera jasna. Jak ja nie lubię takich kontroli mojej kuchni. Niech siedzi na kanapie i mi tu nie przyłazi, przecież przyniosę kawę. Teraz jest bałagan ale właśnie robię obiad i bałagan to podstawa mojej bytności w kuchni. Nie umiem gotować aby wszystko wokół mnie było czyste i poukładane na polkach i w szufladach. Sprzątam jak już przyjdzie na to czas, kuchnia to moje królestwo i obcym wstęp wzbroniony. Wiem, ze jego świdrujące oczy zobaczą okruch na podłodze i sztywnieje jak on przychodzi do domu. Jak mam możliwość to robię jak p. znikam aby się nie denerwować. Mamy to dokładnie omówione i żadne z nas nie robi z tego wielkiego problemu. Ja nie przepadam za Waldkiem a  p. nie uwielbia Petroneli. Sytuacja jasna i do zaakceptowania. Wiem, ze istnieją domy w których zona zabrania mężowi przyprowadzania swoich kolegów do domu.
Skoro nie można pokochać wroga zawsze można mieć migrenę.                                                                          

18 komentarzy:

  1. Jeju... jak można zabraniać mężowi cokolwiek... a może to ze mną coś nie tak jest i zbyt otwarta jestem?

    OdpowiedzUsuń
  2. Arytko - Pewnych rzeczy nawet powinno sie zabraniac kategorycznie. Mnie chodzilo o stosunek do postronnych ludzi, moze cos pogmatwalam?

    OdpowiedzUsuń
  3. Cierpliwa z Ciebie osoba- ktoś, kto przyłazi bez zapowiedzi, a do tego pcha się bez pytania do kuchni, miałby okazję zrobić tak u mnie aż dwa razy: pierwszy i ostatni zarazem.I problem wytłumaczenia gościowi,że zachowuje się poniżej pewnego poziomu rozwiązałabym sama, w cztery oczy z owym typem. Ja też mam koleżankę, której nie trawi mój mąż, więc spotykam się z nią albo poza domem, albo w godzinach, gdy mojego w domu nie ma.Ja wiem, że jestem wredna, ale skutecznie oduczyłam wszystkie koleżanki od przyłażenia bez umówienia. Jakby na to nie spojrzeć to są telefony i to aż dwa rodzaje, więc jest jak się porozumieć i się wpierw umówić. I takie postawienie sprawy to nie jest jakieś zabranianie czegoś partnerowi, po prostu wspólny dom to wyjątkowe miejsce, w którym nikt nie powinien się czuć skrępowany czyjąś niespodziewaną lub niemiłą dla niego wizytą.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. dobrze, ze my nie mamy znajomych- mniej klopotow i wiecej spokoju; a do takiej kolezanki to rzeczywiscie trzeba miec cierpliwosc :)

    OdpowiedzUsuń
  5. He he dobrze Ciebie rozumiem ale i Twojego malzonka :) Mezczyzni takich kobiet nie lubia jak Twoja Petronela,

    U nas jest podobnie, ja nie lubie niektorych kumpli meza a on moich psipsiolek, i kazde wychodzi do siebie jak przychodza nasi znajomi nie lubiani!
    Wlasciwie to teraz ja sie spotykam z kolezankami (na plotki) poza domem, glownie w knajpach gdynskich. Tak jest lepiej dla nas wszystkich!

    A tak w ogole to dobrze, ze ludzie sa rozni i ze sa tacy, ktorych lubimy i nie lubimy, bo swiat przynajmniej nie jest nudny!

    A wroga niekoniecznie trzeba polubic, ale warto go znac!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dotknelas drazliwego dla mnie tematu, bo my mamy rozne podejscie do znaczenia slowa "moj dom"
    Moj dom - dla mnie: azyl, forteca, kryjowka, moje prywatne miejsce
    Moj dom - dla A: kilka scian, jak wszedzie, ale tu moge robic co mi sie podoba
    W tej sytuacji trudno w domu o spokoj, a goscie sa rozni, jak nasze charaktery. Jednak wrogów nie kocham. Buziaczki!

    OdpowiedzUsuń
  7. Jejciu! To ja powinnam ręce w geście dziękczynnym wznosić, że mój Ślubny żadnych gości nie lubi, ani swoich ( których nie ma ), ani moich!

    OdpowiedzUsuń
  8. artdeco - moze to i sluszny wybor.

    OdpowiedzUsuń
  9. wildrose - swieta prawda, ze chlopy kochaja ogladac cycate blondynki najlepiej bez bikini a wola miec madra kobiete w domu.

    OdpowiedzUsuń
  10. Joasiu - tez lubie niekiedy zatrzasnac drzwi, zamknac sie w swej samotni i miec caly swiat gleboko w …. Problem w tym, ze nie mam drzwi do kuchni i potrzebuje piec minut na ogarniecie jej przed wizyta.

    OdpowiedzUsuń
  11. Fuscilo - "swego nie znacie cudze chwalicie". Odnalazlas kolejna zalete swojego mezczyzny.

    OdpowiedzUsuń
  12. anabell - zadna z moich kolezanek nie mieszka za rogiem i jak jest w okolicy to z mila checia sie z nia zobacze. Kazda z nas wie, ze nie zawsze musi byc cacy w domu i codziennie nikt nie staje na glowie. Co innego jak sie kogos zaprasza, wtedy pelna gala:)

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja lubię jak ktoś do mnie przychodzi. Ale oczywiście najpierw powinien być umówiony, bo niespodziewany gość to raczej kłopot w domu. I to prawda, kochać wrogów nie musimy, ale powinniśmy ich znać. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. Rinko - ja to juz niebawem pokocham nie tylko swojego ale i twojego wroga, rece opadaja co te ludziska z nami wyprawiaja. Czy za dobre serce zawsze trzeba dostac kopa w d...?
    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  15. I u mnie panowal taki niepisany uklad; przywitac sie z kims nieoczekiwanym i nielubianym a pozniej dyskretnie znikac w innym pokoju zostawiajac druga polowke z jego/jej znajomym/ma. Oczywiscie zaproszeni byli traktowani z szacunkiem. Teraz, mieszkajac sama, nie mam takich klopotow i tez dobrze.Nie widze przymusu lubienia kogos na sile i mialam szczescie ze moj maz to rozumial. Dobrze robisz iz bronisz swego prywatnego krolewstwa przed ingerencja obcych - maja swoja kuchnie, niech Twa zostawia w spokoju. Dobrego weekendu.
    Serpentyna

    OdpowiedzUsuń
  16. na tej drodze poniżej to bym sobie poszmiaała na handbikeu :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Serpentyno - tak, to prawda kuchnia jest moim krolestwem, ale niestety nie wszyscy znajomi sa w stanie to zrozumiec. Rowniez zycze milego weeknendu :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ewo - drogi sa tutaj idealne dla rowerzystow. Dlugie, proste jest gdzie jezdzic :)

    OdpowiedzUsuń