piątek, 30 kwietnia 2010

Tam, gdzie wyzej juz nie mozna wjechac.

Wyjechaliśmy wieczorem nie tracąc ani godziny po przyjściu do domu. Cały sprzęt turystyczny już mieliśmy przygotowany w ciągu tygodnia i pozostało nam tylko zapakować auto, wykąpać się i w drogę. Od nas z domu do Denver jest równo 1000 mil i po 15 godzinach jazdy marzę o spaniu.
Z Denver jedziemy na zachód autostrada numer 70. Zmierzamy do Kalifornii i oczywiście nie pominiemy pogranicza Utah i Arizony aby pobuszować po skalach i kanionach. Znowu świeci słonce jest ciepło i nie ma oblepiającej wilgoci jak w Chicago bo jesteśmy w górach i tutaj tak łatwo nie dochodzi powietrze znad Amazonki. Samo Denver nie zasługuje na opis bo oprócz kilku wieżowców i otaczającej go biedy nie ma nic ciekawego. Takie miejsce można zobaczyć wszędzie na świecie. No może jedno słówko, miasto to jest stolica przemytu narkotyków w USA. Droga kreta, dookoła lasy porastające wysokie góry. Jak to w naszym zwyczaju nie chcemy przegapić atrakcji po drodze do celu i zamierzamy zjechać na drogę 103 w kierunku południowym. Już wiem gdzie jedziemy i jestem trochę podekscytowana. Wypatruje zjazdu 240 aby nie przegapić „Najwyższej Drogi w USA”, na szczyt Mt. Evans o wysokości 4347 metrow prowadzi droga i zapewne domyślacie się, ze dosłownie na sam jego wierzcholek.
Radośnie oznajmiam, ze teraz jest nasz zjazd. Trochę się rozruszałam bo wreszcie coś innego oprócz najnudniejszego odcinka drogi jakim może być przemieszczanie się godzinami ciągnącymi się w nieskończoność po drodze prawie bez zakrętów i ciekawych widoków. Przez Illinois płasko, przez Iowa tez. Nebraska jak zamarznięta tafla jeziora i w dodatku śmierdzi obornikiem, Kolorado do stolicy tez beznamiętne. Góry zaczynają się dopiero po wyjeździe z Denver. Teraz wiem, ze coś się dzieje, ze wreszcie wakacje. Wąska droga dwukierunkowa pnie się do góry i wije jak ryżowy makaron na talerzu w chińskiej knajpie.
W połowie jest małe malownicze jeziorko z parkingiem dla tych co chcą się zrelaksować i zaaklimatyzować. My chętni wrażeń nie pozostaliśmy tam zbyt długo, kilka zdjęć krajobrazu i testowanego przez fabrykę i zakamuflowanego auta i dalej w drogę.
Mając na uwadze jeszcze tysiące mil przed nami nawet sama chce już jechać nie myśląc o tym by przyzwyczaić się do radykalnej zmiany powietrza na "beztlenowe". Uszy zatkały mi się po raz trzeci w ciągu 10 minut. To już nie zabawa ale poważna wspinaczka. Dojechaliśmy na szczyt i wreszcie mogłam nacieszyć się otaczającą nas panorama gór. W czasie jazdy oczywiście nie mogłam bo p. chyba chciał zedrzeć opony zanim powrócimy do domu, jechał jak .... przemilczę. 
Nie do wiary ale było widać tak daleko jak z Rysów z tym, ze ten masyw górski zajmuje teren prawie polowy polski. Zieleń drzew na oddalonych górach jest nienaturalnie zielona a widoczność nieograniczona. Powietrze tutaj czyste i przejrzyste jak diament pierwszej klasy. Podziwiam widoki i rozkoszuje się dzika przyroda na odległych szczytach, zachwycam się na głos stojąc jeszcze przy aucie. Chodzmy mowie i spoglądam na „trupa”. Moja połowica czyli tak zwana silna płeć wygląda jakby zemdlał już pół godziny temu. Blady jak kilogram bielonej pszennej maki, stoi jak slup i oddycha jak karp na chwile przed zarżnięciem. Tu nie ma czym oddychać, wystękał jak skazaniec na madejowym łożu, nie ma tlenu. Parę metrów dalej jest najwyższy punkt tego szczytu wiec po chwili już tam jesteśmy.
Zimno tu jakoś, wieje wiatr, który cudem orzeźwił mojego zemdlonego kierowce. Tak zasuwał aby dotrzeć na szczyt a gdy już tu jest to nie może dłużej zostać bo się udusi i to w pierwszym dniu naszych wakacji. Gdyby to był ostatni to co innego, ale nie chce mieć zepsutego urlopu. Postanowiłam go ratować i zaproponowałam odwrót tym bardziej, ze ze mną tez zaczęło coś się dziać dziwnego. 
Jakaś niemoc i lekkie zawirowania głowy. Oho, za chwile ja padnę jak długa na głazy rozbijając sobie głowę. Chwyciliśmy się pod pachy i oddychając głęboko poszlismy w strone naszego pojazdu. Powrotna droga już nie była taka szybka gdyż reakcje p. były żółwiowe w porównaniu z jego normalnymi. 
Gdy dojechaliśmy do autostrady to wykonaliśmy natychmiastowy przystanek w poszukiwaniu kofeiny. Duza kawa i 15 minut w cieniu parasola przywrocily nam zdrowie na tyle by kontynuowac podroz do miejsca, ktore znajduje sie 85 metrow ponizej poziomu morza.

4 komentarze:

  1. No to ostra sinusoida w gore i w dol!
    Widok nieprawdopodobnie piekny i wart kazdego wysiłku.
    Ale ja jeszcze śledze na zdjeciach Twoje piekne nogi. Troszke zazdrosc mnie bierze, ale tak niegroznie, po prostu nie moglam nosic szortow z powodu pulchnej budowy podwozia.Uściski dla Was obojga od Joter

    OdpowiedzUsuń
  2. Joasiu, no rozwalilas mnie tym komentarzem. Piekne nogi??!!- przypomniala mi sie taka historia jak kiedys??!! ktos powiedzial jakie ona ma nogi!!- jak sarenka! A ja oczywiscie sie obrazilam, bo to takie oczywiste, tz, krzywe, koslawe i nic dodac nic ujac , ogolnie fatalnie!!
    Przeciec widzialam sarenki nie raz i nie dwa?!
    Sarenki sa dzikie a ja dalam sie "zludzic"
    Caluski przesylam.

    Ps. Wiesz, p. to z tych sarnich nog to najbardziej tych kopytek nie lubi, haha..

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, chyba lubi, tylko troche sie droczy! -jak prawdziwy facet!
    Obydwoje jestescie przeuroczy i można czerpac mnostwo znakomitej energii z waszych tekstow. Uściski.Joter

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dobry punkt obserwacyjny. Widokow i ostatniego tchnienia kierowcy. Dokladny opis dojazdu to jak przepis na pozbycie sie zamoznej tesciowej. Dziekuje.

    OdpowiedzUsuń