Po noclegu w hotelu z robakiem przyszedl czas na Las Vegas ale o tym szalonym miescie napisałam juz w zeszłym roku ale gdyby ktos chciał jeszcze raz przeczytac albo nie czytał w ogole to moze skoczc do oryginalnych postow posługujac sie linkami ponizej albo odszukac w archiwum bloga, wrzesien 2010.
Miałam o tym nigdy nie pisać bo bałam się takich wielkich tematów. Joter tak dala czadu z brzęczącymi monetami sypiącymi się strumieniem do rynienki jednorękiego bandyty, ze nie mam wyjścia. No i stało się, dzięki komentarzom ulegam.

- To już za chwilkę, przygotuj aparat fotograficzny i kamerę bo będzie co fotografować i nagrywać - poinformował mnie p.. Jeżeli byłam zmęczona to teraz czułam się jak w południe i nic nie wskazywało na zbliżającą się dwunasta w nocy. Atmosfera podniecenia stawała się nieznośna i nie mogłam poprzestać na siedzeniu i oczekiwaniu nieznanego. Pytałam i pytałam bez końca. Chciałam wiedzieć jak to miasto wygląda i gdzie będziemy spać i czy na pewno pójdziemy od razu do kasyna.
- Tego miasta nie da się opisać. - Marszcząc czoło skwitował p. - To trzeba zobaczyć i przeżyć.- Dodał jakby w zamyśleniu. Już od dawna wiedziałam, ze poślubiłam choleryka a tu raptem przy mnie siedzi anioł. Wyrozumiały jakiś i zupełnie nieznany osobnik. Niczego bardziej nie pragnęłam jak już tam być w tym szalonym mieście i patrzeć i patrzeć. Teraz wiem, ze całość została wspaniale przemyślana i przygotowana. Już od chwili jechaliśmy pod gore i w dali widziałam łunę wielkiego miasta. Wyciągałam szyje aby szybciej zobaczyć to co przed nami.
- Przygotuj się bo tego widoku nigdy w życiu nie zapomnisz. - Czułam, ze każda sekunda trwa lata lub wieki, kiedy w końcu wjedziemy na szczyt tego niekończącego się pagórka. Dzięki przemyślnym i dla mnie niezrozumiałym poczynaniom p., za nami nie było żadnego samochodu. Wjechaliśmy na szczyt i zobaczyłam...
...rozległą dolinę zalana światłem miliarda lamp. Auto zwolniło i delikatnie zjechało na pobocze. Czy sen może być bardziej nierealny niż rzeczywistość? Tak, oczywiście tylko w Las Vegas. Ktoś podciął mi struny głosowe bo ani jedno słowo nie wyrwało mi się z ust zakrytych dwoma moimi dłońmi aby serce ze mnie nie wyskoczyło. Jedno jest pewne, ze nie mrugałam przez piec minut. Gapiłam się na odległą pożogę doliny bo nie mogłam rozróżnić poszczególnych budynków lub ulic bezwstydnie pławiącego się w świetle miasta. Po prostu osłupiałam na widok światła a przecież już wcześniej widziałam żarówkę i znam efekt jej działania tylko nigdy nikt wcześniej nie włączył wszystkich wyprodukowanych żarówek na raz. Po chwili przyszło opamiętanie i udało mi się nakręcić kilka minut filmu. Nastał czas upragnionej wizyty w wymarzonym miejscu. Zachwyt nie mijał gdy zbliżaliśmy się do miasta. Wręcz przeciwnie, autostrada wchodzi prawie w centrum miasta i nowe duże kasyna widać jak na dłoni. No trudno niech tak będzie, ze najpierw hotel a potem szaleństwo. Ze znalezieniem miejsca noclegowego nie było problemu bo Las Vegas nie może sobie pozwolić na odprawę z kwitkiem nawet jednego przybysza. Tu zawsze znajdziesz miejsce dla siebie jak przy wigilijnym stole. Po ekspresowej kąpieli i zmianie ciuchów ruszyliśmy po wielka wygrana. Pierwszym w moim życiu prawdziwym kasynem było MGM Grand.
Szczęście na pstrym koniu jeździło i raz po raz mnie opuszczało. Z kubełka ubywało jednak jednostajnie. Dookoła rozlegała się jakby muzyka tworzona przez grających na automatach. Każdy jednoręki bandyta grał swoja monotonna muzykę bardzo rzadko wzbogacana przez brzęk wygrywanych pieniędzy.
Och „to były piękne dni” kiedy można było używać bilonu. Serce się cieszyło gdy napełniała się rynienka i z radością wsypywało się monety do swojego pojemnika. Przy naszej kolejnej wizycie XXI wiek wkroczył do kasyn na całego i odebrał im historycznego ducha, już nie gra się w pieniądze tylko w kartki i wyświetlane sumy. Jak wygrałeś i chcesz zabrać ze sobą pieniądze to maszyna wypluwa z siebie bilecik z wydrukowana suma i w kasie dostajesz gotówkę. Obecnie w kasynach jest cicho i nijako. Brakuje mi prawdziwej atmosfery hazardu nierozerwalnie kojarzącej się z brzękiem monet. Każde kasyno miało swoje firmowe kubełki i przechodząc z jednego do drugiego można było na ulicy pochwalić się swoja wygrana dumnie dzierżąc kopiasty pojemnik. W tym roku jako stały bywalec rozpustnego miasta nie spodziewałam się nieokiełznanych emocji. Poprzednie nasze wizyty kończyliśmy jako przegrani i zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Przyjechaliśmy do Las Vegas w niedziele wieczorem i wydawało się, ze ludzi jakby mniej niż zwykle. Właśnie dziś wypadały moje urodziny wiec postanowiliśmy rozpocząć swawole od późnego obiadu w Stratosferze. W końcu to moje święto wiec niech będzie bogato i nietuzinkowo. Wskoczyłam w nieśmiertelny klasyk czyli małą czarna a p. wybrał styl safari. Zupełnie jedno do drugiego nie pasowało ale w tym mieście nic nie pasuje do siebie a całość zachwyca i nie razi. Siedzieliśmy przy stoliku oczekując na zamówione potrawy. Popijaliśmy sobie wino i oderwałam się od rzeczywistości, uśmiechnęłam się mimowolnie do swoich myśli bezustannie krążących wokół głównej wygranej w kasynie. Czy to możliwe, ze to miasto ma aż taki wpływ na człowieka, ze zmienia nawet jego myśli. Niezrozumiały i niewytłumaczalny czar tego kiczowatego miasta zawładnął mną bez końca. Siedzimy sobie we dwoje w restauracji, p. złożył mi bardzo mile życzenia a ja bezwiednie uciekłam do niespełnionego kochanka, do jednorękiego bandyty. Chyba dopuściłam się nieświadomej zdrady.
- Przegrana w Las Vegas to jakby oplata za prąd, temu miastu to się należy. - Powiedział po namyśle. Wiele w tym stwierdzeniu było prawdy. Hazard można przecież potraktować jak zabawę a cale miasto jak niekończący sie spektakl w teatrze. Przegrana jako bilety wstępu.
W czasie obiadokolacji temat wygrywania zszedł na dalszy plan i skoncentrowaliśmy się na serwowanych smakołykach. Po kempingowych potrawach zjadany obiad w wykwintnej restauracji wydawał się nam iście królewski. Znaleziony cent leżał obok mojego talerza. Nie wzięłam ze sobą torebki zupełnie świadomie aby nie rozpraszac się podczas zmagań o wielka wygrana a sukienka nie miała kieszonki.
Kiedyś szalałam po kasynach jak wściekła, dziesięć minut w jednym i zaraz szybko do innego w poszukiwaniu szczęścia. Całość była męcząca a efekt już wiadomy. Teraz postanowiłam przesiedzieć noc w jednym miejscu najwyżej będę zmieniała maszyny.

Bardzo mi się wtedy podobało bo zawiązywała się nic współzawodnictwa pomiędzy graczami, przy kolejnej lawinie bilonu każdy z pobliskich graczy mimowolnie spoglądał na szczęśliwca i myśl, ze za chwile przyjdzie jego kolej zagrzewała go do boju. p. zajął miejsce obok mnie i wyjaśnił, ze nie ma zamiaru spuścić ze mnie oka bo inaczej zasilimy grono żebraków.
- Może ty spróbujesz i pograsz, może akurat tobie trafi się trochę szczęścia. - Z lekkim oporem ale bez zbytniego ociągania p. pozbył się kolejnej porcji dolarów. Dobrze, ze wcześniej ustaliliśmy limit wydawania i mogłam jeszcze dofinansowywać kasyno z czystym sumieniem.
- Kiedyś zacznie płacić tylko nie wiadomo kiedy a może to dziś nie nastąpić. - Komentarz był zupełnie zbyteczny bo sama widziałam, ze ilość pieniędzy wyświetlana na ekranie malała jak kostka lodu na Saharze w samo południe. Zacisnęłam zęby aby nie wdawać się w niepotrzebna dyskusje i popijając kolejna margarite trwoniłam majątek. Zmieniałam miejsce jeszcze wielokrotnie ale miliona nie mogłam znaleźć. Zaczynało mi już w głowie się kręcić od drinków i niewyspania kiedy lekko zaczęłam się odgrywać. p. podążał za mną jak anioł stróż i błagał abym już skończyła ta nierówną grę.
- Chodźmy, ledwo zipie a ty jakby nowo narodzona. Nie chce ci się spać?
- Nie, nie chce. - Odparowałam błyskawicznie i kłamałam nieprzykładnie. - Przykro mi ale nie mogę z tobą rozmawiać bo się rozpraszam i znów jestem na minusie.
- Tylko nie mów, ze to moja wina. - p. był lekko załamany.
- A czyja? No dobrze jeszcze tylko jedna maszyna i już możemy iść sobie gdzie chcesz. Przegram to co mam i koniec. O!
- Co?
- Tamta będzie dobra. - Znowu przeniosłam się razem z moim centem i aniołem do ostatniego automatu. Nie było tak źle ale nie wygrywałam i to mnie smuciło. Było późno i nie dziwiłam się p., ze ma tego wszystkiego dość. Ja jutro nie będę prowadziła samochodu bo margarity nie zdążą ze mnie wyparować. Takiej dziwacznej maszyny jeszcze nie widziałam. Nie zastanawiając się długo uruchomiłam ostatnie zapasy energii. Litościwy, stojący za mną jak kat p. wsunął w maszynę swoja karteczkę zasilając moje konto. Od razu jakby bardziej go pokochałam. Chciwa nie jestem ale lepiej mieć więcej pieniędzy niż mniej. Teraz w ruch poszedł cały nasz limit i zarządzałam całością. Znowu raz na wozie a raz pod, kulawa ta fortuna jakaś bo ani nie mogłam wygrać ani przegrać aby w końcu pójść do hotelu.
- Daj zapalić bo szlag mnie trafi na miejscu i wrócisz do domu z trupem, wtedy będziesz bogaty bo czeka tam moja polisa na życie. - Obracające się walce zatrzymały się i wskazywały takie same symbole. - Wygrałam? - Mój głos samą mnie zadziwił. Cyferki na ekranie nie zmieniły się i wskazywały poprzednia sumę. - I co teraz? Wygrałam czy przegrałam nic nie rozumie. - Patrzyłam na nie mniej zdumionego p. szukając w nim odpowiedzi. - Jeszcze nie. Teraz musisz zakręcić kołem fortuny.
- Co takiego? Co? - Nie zrozumiałam ani słowa. Jak są trzy takie same napisy czy figury to jest główna wygrana. - Jakie kolo? - Zniecierpliwiony moim nagłym zanikiem intelektu p. przycisnął pulsujący czerwonym światłem przycisk. Rozległy się fanfary i kolo, na które nikt z nas nie zwrócił wcześniej uwagi, zaczęło się obracać. Serce przestało mi bić, usta jak w gabinecie dentystycznym a wzrok utkwiony w zapadkę przeskakującą po rożnych numerach. Daje słowo, ze widziałam milion i nic innego. Kolo zwalniało i czułam, ze mój duch opuszcza rozdygotane ciało. Jeszcze sekunda i kolo stanie, zapadka zatrzymała się o jeden ząbek przed milionem.
- I co? Mi.... - Widziałam milion obok i nic nie mogłam pojąc. Dobrze, ze nie patrzyłam na p. bo pewnie spoglądał na mnie z politowaniem, pobłażaniem i niedowierzaniem.
- Nie, nie milion. Nie uwierzysz ale wygrałaś tyle ile wydaliśmy. Jesteśmy na zero. Dokładnie na zero. Nie do wiary! - Teraz powinnam zagrać, pomyślałam ale było już za późno. Bezlitosny kat wydrukował wygrana i poprowadził mnie do kasy aby odebrać pieniądze. Wychodziliśmy z lekkim niedosytem i z taka sama ilością pieniędzy jak przy wejściu. Trzymałam p. za ramie i szliśmy w stronę parkingu. - Wcale nie takie zero. - Pomyślałam i ścisnęłam mocniej w dłoni szczęśliwego centa.
Zawsze to jednak zal, ze sie nie wygrywa... bo jednak idzie sie do takiego kasyna z nadzieja na wygrana. Ja nie bylam tak jak juz kiedys pisalam w Las Vegas, a zawsze chcialam ale w kasynie jakims tam owszem i wiem, ze to wciaga!
OdpowiedzUsuńZdjecia piekne, Las Vegas - fascynujace!!!
Fotorelacja w ogole udana jak kazda :)
Pozdrawiam :)
Moim zdaniem wygralas i to wiecej niz ten jeden cent! Oprocz wrazen i emocji, zobaczenia i podzielenia sie noca w Las Vegas (piekne zdjecia i oddajace sedno sprawy)nie zasililas grona zadluzonych. W samym LV nigdy nie bylam, jedynie w podrecznych kasynach i zawsze bylam cichym obserwatorem, kompletnie nie grajacym. Wyobraz sobie ze wzbudzilo to podejrzenia ochranierzy i wlascicieli, nieraz zaczepiali mnie pytajac czy wszystko w porzadku - pewnie bali sie ze robie rozpoznanie do rabunku czy co? Swietnie wygladasz i jakos widac ze dobrze sie czujesz podrozujac i majac przygody - Serpentyna.
OdpowiedzUsuńUwielbiam Las Vegas:)) Jak bylam tam pierwszy raz (lata temu) to wygralam $700.00 w Caesar Palace, ktore zaraz nastepnego dnia przepuscilam w Spa:))
OdpowiedzUsuńwildrose - Ja wchodzilam z nadzieja, ze wygram przynajmniej milion ale niestety nie wygralam.
OdpowiedzUsuńJestem jednak pelna optymizmu i nie rezygnuje:)
Serpentyna - Ochroniarze chyba maja racje obserwujac osoby niegrajace bo chyba latwiej zorganizowac udany napad niz wygrac w kasynie:)
OdpowiedzUsuńStardust - Swoj swojemu pozwoli wygrac bo chyba jestes wlascicielka kasyna Stardust:)))
OdpowiedzUsuń...my to jakoś tak z dala od gier, nawet w totolotka nie gramy:))A wyprawa do Las Vegas fascynująca, chociaż ta kawa to musiała być gorzka:( Szczęśliwego centa oprawić trzeba, szczęście na pewno przyniesie, chociaż niektórzy powiadają że na pewno to Kopernik nie żyje ale...
OdpowiedzUsuńSerdeczności.
I poczułam rozczarowanie .... i gdzie to zdjęcie z widokiem na La Vegas w nocy o północy?
OdpowiedzUsuńInny świat. Miło popatrzeć i pomarzyć .....
OdpowiedzUsuńAtaner, chyba hazard nie pochwycił Cię w swoje szpony? Też czekałam na zdjęcia nocne Vegas, pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńbakcyla hazardu w ogóle nie mam, więc niebezpieczeństwa LV są nie dla mnie:) słyszałam tak różne opinie o tym mieście, że trudno aż mi się ustosunkować! W kazdym razie w prawdziwej Wenecji z takim widokiem kawa mogłaby kosztować podobnie:)
OdpowiedzUsuńRenata i Jarek - Czy to dobrze czy zle juz sama nie wiem. Taki milion przydałby sie kazdemu nawet na drobne wydatki. Warto jednak pokusic los wysylajac totka chociaz raz w miesiacu.
OdpowiedzUsuńaneta - No nie ma i juz. Mam to nagrane na video bo jakos zadne z nas nie pokusilo sie na wyjecie statywu z bagaznika i eksperymentowaniu na poboczu autostrady.
OdpowiedzUsuńurden - Trzeba marzyc i to jak najwiecej bo marzenia spelniaja sie, wiem ze tak jest:))
OdpowiedzUsuńMaria - Mam kilka nocnych zdjec ale ich jakosc i tresc powstrzymuja mnie przed ich publikacja. Jestem fotografujaca amatorka a do nocnych zdjec trzeba czasu i bladego pojecia o ustawieniach aparatu czego mi niestety brakuje:)))
OdpowiedzUsuńOla - No to uspokoilas moja rozdarta duszę. Kawe z LV potraktuje jako oryginał z Wenecji ale drugi raz poswiece wiecej czasu na odszukanie ceny w menu:)))
OdpowiedzUsuńVIVA LAS VEGAS!!!!!
OdpowiedzUsuńKocham to miasto:)))Nie gralam w kasynach bo poprostu to mnie nie pociaga....ale....wygralam:)))
Swojego Pieknego,tam wlasnie poznalismy sie:))
Pozdrawiam:)
Maga - To tak jak ja, uwielbiam to miasto i zawsze wracam tam bardzo chetnie. Tym miastem nie mozna sie znudzic.
OdpowiedzUsuńTo Ty wygralas los na loterii - ale historia, polaczylo Was
Las Vegas, gratuluje:)
Jestem pod wrażeniem. Bardzo dobry artykuł.
OdpowiedzUsuń