czwartek, 23 września 2010

Las Vegas 5

Kiedyś szalałam po kasynach jak wściekła, dziesięć minut w jednym i zaraz szybko do innego w poszukiwaniu szczęścia. Całość była męcząca a efekt już wiadomy. Teraz postanowiłam przesiedzieć noc w jednym miejscu najwyżej będę zmieniała maszyny. 
Las Vegas jest bardzo pogodne i kolorowe. Gdy zachodzi słonce wtedy jak nietoperz miasto to budzi się ze snu. Światła dodają uroku budynkom hoteli, są jakby bogatsze i zarazem ciekawsze.
Główna ulica Las Vegas nosi taka sama nazwę jak miasto aby nikt nie zapomniał gdzie się znajduje, dla mnie trochę bez sensu ale jak wspomniałam wcześniej tutaj wszystko jest możliwe i nikogo to nie dziwi.
Najbogatsze i najwspanialsze hotele znajdują się właśnie tutaj. Przy każdej kolejnej wizycie odkrywam jakieś nowe kasyno i zastanawiam się czy ta ulica nie jest przypadkiem z gumy i inwestorzy rozciągają ja do woli. Ciągle tutaj coś się buduje a nowe budynki są coraz wyższe i większe. 
Ta ulica  przypomina trochę zabudowę starówki gdzie dostęp do ulicy jest najdroższy i dlatego frontony są przepysznie kolorowe i wspaniale zaprojektowane aby skusić przechodnia, nie za szerokie a reszta budynku hotelowego i kasyno ciągną się w nieskończoność w poprzek ulicy. Wydaje się, ze na głównej ulicy brakło chwilowo miejsca na nowe kasyna ale rozbudowa Las Vegas trwa bezustannie.
Obecnie po zachodniej stronie autostrady biegnącej prawie w centrum miasta widać nowe hotele a ilość okien w jednym z nich (nie liczyłam i nie wiem ile) skojarzyła mi się z gigantycznym plastrem miodu. W takim olbrzymie mogły by zamieszkać dwie wsie albo trzy.
Ponoć kryzys na świecie i ludzie biednieją ale bliskość Los Angeles zapewnia ciągły dopływ bogatych graczy i tych co liczą na łut szczęścia.
Zatem Las Vegas ciągle funkcjonuje i zaprasza wszystkich przyjezdnych bardzo serdecznie. Widok miasta w dzień jest tak różnorodny od jego nocnego oblicza jak modelka przed i po makijażu.
Chociaż usytuowane w sercu pustyni, miastu nie brakuje wody. Wybudowana tama (Hoover Dam) na rzece Colorado pozwala by przed kasynami tryskały fontanny, hodowano tropikalna roślinność albo mieć małą Wenecję z gondolami i mostkami.
To miejsce zaliczamy do grupy „niezapomnianych”, nie ze względu na oszałamiający urok ale na nasza nieroztropność. Podczas kolejnej wizyty przysiedliśmy na kawę aby trochę odsapnąć. Na zdjęciu poniżej, po prawej stronie. Kawa była bardzo dobra i nic nie zapowiadało dramatycznego finału. Gondole pływały sobie kanałami, sączyła się włoska muzyka i było bardzo przyjemnie. Male filiżanki espresso wystarczyły na kilka łyków i poprosiliśmy o rachunek bardzo uprzejmego kelnera. Powrócił nienagannie szybko i położył skórzane etui na krawędzi stolika.
Jak elegancko to elegancko, p. postanowił zapłacić i zamarł w bezruchu. Pokazał mi karteczkę z suma przekraczającą 60 dolarów. Chwila nieuwagi przy wyborze kafejki i bankructwo murowane.
Stratosfera (iglica po srodku zdjecia) jest starym kasynem znajdującym się na północnym końcu głównej ulicy Las Vegas, dalej już zupełnie nic ciekawego.
Za to na południe od niego usytuowane są główne atrakcje jak Paris, Venetian, Ceasars Palace, Treasure Island i wiele innych przecudownych hoteli.
Rozpoczęłam zmagania ze szczęściem. Po dość krótkim czasie zauważyłam, ze coś jest nie tak, ze czegoś mi brakuje. Drinki jak zwykle są darmo, palić jeszcze można ale jakoś było nieprzytulnie i nieswojo. Zaskoczyłam, ze nie mogę się skoncentrować bo nie wiem czy ktokolwiek tu wygrywa. Dawniej brzęk monet oznajmiał, ze ktoś przed chwila wygrał i dawał poczucie szansy na wygrana a teraz nie wiadomo kto wygrywa jeżeli w ogóle.
Bardzo mi się wtedy podobało bo zawiązywała się nic współzawodnictwa pomiędzy graczami, przy kolejnej lawinie bilonu każdy z pobliskich graczy mimowolnie spoglądał na szczęśliwca i myśl, ze za chwile przyjdzie jego kolej zagrzewała go do boju. p. zajął miejsce obok mnie i wyjaśnił, ze nie ma zamiaru spuścić ze mnie oka bo inaczej zasilimy grono żebraków.
- Bardzo dobrze, siedź i patrz jak się wygrywa milion dolarów. - Mniej nie wchodziło w rachubę bo widok okrągłej sumki za szkłem ciągle mi stal przed oczami. Zabrałam się ostro do pracy i już po chwili wszystko przegrałam. Maszyna była zupełnie nieczuła na moje usilne prośby i groźby. Kolejny banknot zniknął i w zamian za to otrzymałam kolejna szanse odegrania się i wygrania.
- Może ty spróbujesz i pograsz, może akurat tobie trafi się trochę szczęścia. - Z lekkim oporem ale bez zbytniego ociągania p. pozbył się kolejnej porcji dolarów. Dobrze, ze wcześniej ustaliliśmy limit wydawania i mogłam jeszcze dofinansowywać kasyno z czystym sumieniem.
- Kiedyś zacznie płacić tylko nie wiadomo kiedy a może to dziś nie nastąpić. - Komentarz był zupełnie zbyteczny bo sama widziałam, ze ilość pieniędzy wyświetlana na ekranie malała jak kostka lodu na Saharze w samo południe. Zacisnęłam zęby aby nie wdawać się w niepotrzebna dyskusje i popijając kolejna margarite trwoniłam majątek. Zmieniałam miejsce jeszcze wielokrotnie ale miliona nie mogłam znaleźć. Zaczynało mi już w głowie się kręcić od drinków i niewyspania kiedy lekko zaczęłam się odgrywać. p. podążał za mną jak anioł stróż i błagał abym już skończyła ta nierówną grę.
- Chodźmy, ledwo zipie a ty jakby nowo narodzona. Nie chce ci się spać?
- Nie, nie chce. - Odparowałam błyskawicznie i kłamałam nieprzykładnie. - Przykro mi ale nie mogę z tobą rozmawiać bo się rozpraszam i znów jestem na minusie
- Tylko nie mów, ze to moja wina. - p. był lekko załamany. 
- A czyja? No dobrze jeszcze tylko jedna maszyna i już możemy iść sobie gdzie chcesz. Przegram to co mam i koniec. O!
- Co?  
- Tamta będzie dobra. - Znowu przeniosłam się razem z moim centem i aniołem do ostatniego automatu. Nie było tak źle ale nie wygrywałam i to mnie smuciło. Było późno i nie dziwiłam się p., ze ma tego wszystkiego dość. Ja jutro nie będę prowadziła samochodu bo margarity nie zdążą ze mnie wyparować. Takiej dziwacznej maszyny jeszcze nie widziałam. Nie zastanawiając się długo uruchomiłam ostatnie zapasy energii. Litościwy, stojący za mną jak kat p. wsunął w maszynę swoja karteczkę zasilając moje konto. Od razu jakby bardziej go pokochałam. Chciwa nie jestem ale lepiej mieć więcej pieniędzy niż mniej. Teraz w ruch poszedł cały nasz limit i zarządzałam całością. Znowu raz na wozie a raz pod, kulawa ta fortuna jakaś bo ani nie mogłam wygrać ani przegrać aby w końcu pójść do hotelu. 
- Daj zapalić bo szlag mnie trafi na miejscu i wrócisz do domu z trupem, wtedy będziesz bogaty bo czeka tam moja polisa na życie. - Obracające się walce zatrzymały się i wskazywały takie same symbole. - Wygrałam? - Mój głos samą mnie zadziwił. Cyferki na ekranie nie zmieniły się i wskazywały poprzednia sumę. - I co teraz? Wygrałam czy przegrałam nic nie rozumie. - Patrzyłam na nie mniej zdumionego p. szukając w nim odpowiedzi.  - Jeszcze nie. Teraz musisz zakręcić kołem fortuny. 
- Co takiego? Co? - Nie zrozumiałam ani słowa. Jak są trzy takie same napisy czy figury to jest główna wygrana. - Jakie kolo? - Zniecierpliwiony moim nagłym zanikiem intelektu p. przycisnął pulsujący czerwonym światłem przycisk. Rozległy się fanfary i kolo, na które nikt z nas nie zwrócił wcześniej uwagi, zaczęło się obracać. Serce przestało mi bić, usta jak w gabinecie dentystycznym a wzrok utkwiony w zapadkę przeskakującą po rożnych numerach. Daje słowo, ze widziałam milion i nic innego. Kolo zwalniało i czułam, ze mój duch opuszcza rozdygotane ciało. Jeszcze sekunda i kolo stanie, zapadka zatrzymała się o jeden ząbek przed milionem.
- I co? Mi.... - Widziałam milion obok i nic nie mogłam pojąc. Dobrze, ze nie patrzyłam na p. bo pewnie spoglądał na mnie z politowaniem, pobłażaniem i niedowierzaniem.
- Nie, nie milion. Nie uwierzysz ale wygrałaś tyle ile wydaliśmy. Jesteśmy na zero. Dokładnie na zero. Nie do wiary! - Teraz powinnam zagrać, pomyślałam ale było już za późno. Bezlitosny kat wydrukował wygrana i poprowadził mnie do kasy aby odebrać pieniądze. Wychodziliśmy z lekkim niedosytem i z taka sama ilością pieniędzy jak przy wejściu. Trzymałam p. za ramie i szliśmy w stronę parkingu. - Wcale nie takie zero. - Pomyślałam i ścisnęłam mocniej w dłoni szczęśliwego centa.

13 komentarzy:

  1. To w sumie niezle, nie wygraliscie ale i nie straciliscie nic, uwazam, ze najwazniejsze byly emocje, ktore Wam towarzyszyly! Bo to dla nich chyba czlowiek decyduje sie czasem wszystko co ma w kieszenie zastawic i grac :)
    Szkoda tylko tych 60 $ na kawe... koniec swiata takiej drogiej nigdzie nie pilam!!!

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rany, ale stres. Ja bym chyba padła. Ale z tego, co opisujesz, to fajnie było :)
    A kawka drooooga;)
    Buziaki Ataner!
    O.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wildrose - mysle, ze nie ustanowilam rekordu swiata w cenie za kawe. Po kasynowych szalenstwach nie mialam ochoty juz na nic a na pewno nie na kawe w Las Vegas:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Obiezyswiatko - stres byl ale jak odpoczne to na pewno zawitam do lokalnego kasyna. W koncu kiedys musze wygrac:)

    OdpowiedzUsuń
  5. niesamowita historia z wygraną i kawą za 60 dolców :D ewanahandbikeu2.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajnie przy twojej pomocy poszalałam w Las Vegas .Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Ewo - szczerze mowiac myslalam , ze tym razem uda mi sie wygrac duza kase. Niestety nie udalo sie, musze jechac do Las Vegas jeszcze raz :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tirenko - to miasto jest stworzone do tego i oferuje przerozne szalenstwa. Ciesze sie, ze chociaz przez chwile moglas w nich uczestniczyc. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jade z Toba! Przeglad automatow zrobiony. Probna wygrana zalatwiona. Czas na duuuuze fanfary!
    A zgrabna i ładna ta nasza Ataner!
    Nic się nie dziwie, ze pan p. zeby sie Nia pochwalic, zaprasza do lokali z kosztowna kawusia,!

    OdpowiedzUsuń
  10. Joter - ta kawa to byla wielka pomylka. Ciekawa jestem czy on tak traktuje mnie jak wlasnie ta kawe.

    OdpowiedzUsuń
  11. Wnosze po Twoim wygladzie (jestes kwitnaca!) to pan p. traktuje Cie wlasciwie! Mam nadzieje!
    Caluje

    OdpowiedzUsuń
  12. Joter - pan p. podglada i z usmiechem na twarzy serdecznie Cie pozdrawia. Tak ogolnie to traktuje mnie ok, ale zawsze mozna sie do czegos doczepic.

    OdpowiedzUsuń
  13. Wiem, ze to stara notka, ale nie moge sie oprzec chceci napisania komentarza:))) Kocham Las Vegas!!!! Zreszta bralismy tam slub i z calego 6 dniowego pobytu spalam w samolocie do i z powrotem:)) Cala reszte szalelismy po kasynach:))) Z tym, ze to ja dzialam bardziej wstrzemiezliwie niz Wspanialy, ten potrafi puszczac setke za setka w jedej maszynie, ale tez on czesciej wygrywa:)) wiec licho wie jaka metoda lepsza.

    OdpowiedzUsuń