czwartek, 30 września 2010

Gacie na wieszaku czyli mężczyzna zorganizowany.

Nie nalezę do osób wyjątkowo pedantycznych, brudu nie cierpię ale lekki rozgardiasz wcale mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie czuje się wtedy bardziej domowo. Wylizane i wysterylizowane pomieszczenia przypominają mi szpital albo muzeum. Przed wyjazdem na wakacje każde z nas przygotowuje swoja listę rzeczy niezbędnych do zabrania. Potem porównujemy je i sporządzamy jedna główną i kilka pomocniczych jakby częściowych duplikatów do codziennego noszenia przy sobie. Na dwa tygodnie przed wyjazdem p. oznajmił dumnie, ze jest gotowy. Ja nawet nie pomyślałam jeszcze jakie ciuchy wezmę a on miał już wszystko wyprane i starannie ułożone na polce w szafie. Namioty i cały sprzęt kempingowy przejrzany i zmagazynowany w jednym miejscu. Do wyjazdu dwa dni a ja w zupełnym proszku. Teoretycznie wiedziałam co zabieram ale do wyjazdu jeszcze tyle czasu i nie ma pospiechu. Pierwszy wakacyjny nocleg pokazał cala prawdę o naszej pamięci. P. nie wziął maszynki do golenia ale piankę tak, razem zapomnieliśmy o „myjkach” pod prysznic i kilku drobnych mniej ważnych przedmiotach. Następnym razem wystarczy tylko jedna lista zatytułowana „To co zwykle zapominamy”, będzie o wiele łatwiej. Dobrze, ze nie pojechaliśmy na bezludna wyspę i sklepy dostępne były w zasięgu reki. Dokupiliśmy to co skleroza zatrzymała w domu i w pełni wyposażeni mogliśmy kontynuować nasze wakacje. Auto duże i wygodne ale zapchane dokumentnie. Nawet najstaranniej poukładane bluzki pogniotły się koncertowo. Po tygodniu zawitaliśmy do motelu i radością wyrzuciłam cala zawartość moich toreb na łóżko. Narobiłam takiego bałaganu, ze wydawało mi się, ze ktoś dorzucił zawartość przynajmniej jednej z nich. Trzeba przygotować ubranie na jutro a resztę znów do toreb. Pokój był bardzo mały i wpadłam na genialny pomysł aby to co na jutro powiesić na wieszakach. Uwinęłam się szybko i z wielka przyjemnością zniknęłam w łazience na dłuższą chwile. 
Umyta i odprężona weszłam do pokoju. Pokój ten sam ale jeden szczegół o mało co nie powalił mnie na podłogę. Mam te swoje parę lat i nie jedno już w życiu widziałam jednak majtki na wieszaku obok koszuli i spodni potrafiły mnie zadziwić. Postanowiłam podzielić się tym widokiem ze światem.

sobota, 25 września 2010

Świeczka w dyni.


Już niedługo Halloween czyli celtyckie czczenie duchów.

Zabawa na całego w której uczestniczą wszyscy dorośli i dzieci.



Słyszałam, ze i w Polsce zaczyna się przyjmować ten przedziwny zwyczaj. Czy macie jakieś doświadczenia lub przeżycia z tym związane? Chciałam poprosić Was moi drodzy abyście napisali krotki post na ten temat. Czy takie komercyjne szaleństwo w przeddzień Wszystkich Świętych nie razi? Czekam na wasze opinie. Zapraszam również Waszych znajomych.


czwartek, 23 września 2010

Las Vegas 5

Kiedyś szalałam po kasynach jak wściekła, dziesięć minut w jednym i zaraz szybko do innego w poszukiwaniu szczęścia. Całość była męcząca a efekt już wiadomy. Teraz postanowiłam przesiedzieć noc w jednym miejscu najwyżej będę zmieniała maszyny. 
Las Vegas jest bardzo pogodne i kolorowe. Gdy zachodzi słonce wtedy jak nietoperz miasto to budzi się ze snu. Światła dodają uroku budynkom hoteli, są jakby bogatsze i zarazem ciekawsze.
Główna ulica Las Vegas nosi taka sama nazwę jak miasto aby nikt nie zapomniał gdzie się znajduje, dla mnie trochę bez sensu ale jak wspomniałam wcześniej tutaj wszystko jest możliwe i nikogo to nie dziwi.
Najbogatsze i najwspanialsze hotele znajdują się właśnie tutaj. Przy każdej kolejnej wizycie odkrywam jakieś nowe kasyno i zastanawiam się czy ta ulica nie jest przypadkiem z gumy i inwestorzy rozciągają ja do woli. Ciągle tutaj coś się buduje a nowe budynki są coraz wyższe i większe. 
Ta ulica  przypomina trochę zabudowę starówki gdzie dostęp do ulicy jest najdroższy i dlatego frontony są przepysznie kolorowe i wspaniale zaprojektowane aby skusić przechodnia, nie za szerokie a reszta budynku hotelowego i kasyno ciągną się w nieskończoność w poprzek ulicy. Wydaje się, ze na głównej ulicy brakło chwilowo miejsca na nowe kasyna ale rozbudowa Las Vegas trwa bezustannie.
Obecnie po zachodniej stronie autostrady biegnącej prawie w centrum miasta widać nowe hotele a ilość okien w jednym z nich (nie liczyłam i nie wiem ile) skojarzyła mi się z gigantycznym plastrem miodu. W takim olbrzymie mogły by zamieszkać dwie wsie albo trzy.
Ponoć kryzys na świecie i ludzie biednieją ale bliskość Los Angeles zapewnia ciągły dopływ bogatych graczy i tych co liczą na łut szczęścia.
Zatem Las Vegas ciągle funkcjonuje i zaprasza wszystkich przyjezdnych bardzo serdecznie. Widok miasta w dzień jest tak różnorodny od jego nocnego oblicza jak modelka przed i po makijażu.
Chociaż usytuowane w sercu pustyni, miastu nie brakuje wody. Wybudowana tama (Hoover Dam) na rzece Colorado pozwala by przed kasynami tryskały fontanny, hodowano tropikalna roślinność albo mieć małą Wenecję z gondolami i mostkami.
To miejsce zaliczamy do grupy „niezapomnianych”, nie ze względu na oszałamiający urok ale na nasza nieroztropność. Podczas kolejnej wizyty przysiedliśmy na kawę aby trochę odsapnąć. Na zdjęciu poniżej, po prawej stronie. Kawa była bardzo dobra i nic nie zapowiadało dramatycznego finału. Gondole pływały sobie kanałami, sączyła się włoska muzyka i było bardzo przyjemnie. Male filiżanki espresso wystarczyły na kilka łyków i poprosiliśmy o rachunek bardzo uprzejmego kelnera. Powrócił nienagannie szybko i położył skórzane etui na krawędzi stolika.
Jak elegancko to elegancko, p. postanowił zapłacić i zamarł w bezruchu. Pokazał mi karteczkę z suma przekraczającą 60 dolarów. Chwila nieuwagi przy wyborze kafejki i bankructwo murowane.
Stratosfera (iglica po srodku zdjecia) jest starym kasynem znajdującym się na północnym końcu głównej ulicy Las Vegas, dalej już zupełnie nic ciekawego.
Za to na południe od niego usytuowane są główne atrakcje jak Paris, Venetian, Ceasars Palace, Treasure Island i wiele innych przecudownych hoteli.
Rozpoczęłam zmagania ze szczęściem. Po dość krótkim czasie zauważyłam, ze coś jest nie tak, ze czegoś mi brakuje. Drinki jak zwykle są darmo, palić jeszcze można ale jakoś było nieprzytulnie i nieswojo. Zaskoczyłam, ze nie mogę się skoncentrować bo nie wiem czy ktokolwiek tu wygrywa. Dawniej brzęk monet oznajmiał, ze ktoś przed chwila wygrał i dawał poczucie szansy na wygrana a teraz nie wiadomo kto wygrywa jeżeli w ogóle.
Bardzo mi się wtedy podobało bo zawiązywała się nic współzawodnictwa pomiędzy graczami, przy kolejnej lawinie bilonu każdy z pobliskich graczy mimowolnie spoglądał na szczęśliwca i myśl, ze za chwile przyjdzie jego kolej zagrzewała go do boju. p. zajął miejsce obok mnie i wyjaśnił, ze nie ma zamiaru spuścić ze mnie oka bo inaczej zasilimy grono żebraków.
- Bardzo dobrze, siedź i patrz jak się wygrywa milion dolarów. - Mniej nie wchodziło w rachubę bo widok okrągłej sumki za szkłem ciągle mi stal przed oczami. Zabrałam się ostro do pracy i już po chwili wszystko przegrałam. Maszyna była zupełnie nieczuła na moje usilne prośby i groźby. Kolejny banknot zniknął i w zamian za to otrzymałam kolejna szanse odegrania się i wygrania.
- Może ty spróbujesz i pograsz, może akurat tobie trafi się trochę szczęścia. - Z lekkim oporem ale bez zbytniego ociągania p. pozbył się kolejnej porcji dolarów. Dobrze, ze wcześniej ustaliliśmy limit wydawania i mogłam jeszcze dofinansowywać kasyno z czystym sumieniem.
- Kiedyś zacznie płacić tylko nie wiadomo kiedy a może to dziś nie nastąpić. - Komentarz był zupełnie zbyteczny bo sama widziałam, ze ilość pieniędzy wyświetlana na ekranie malała jak kostka lodu na Saharze w samo południe. Zacisnęłam zęby aby nie wdawać się w niepotrzebna dyskusje i popijając kolejna margarite trwoniłam majątek. Zmieniałam miejsce jeszcze wielokrotnie ale miliona nie mogłam znaleźć. Zaczynało mi już w głowie się kręcić od drinków i niewyspania kiedy lekko zaczęłam się odgrywać. p. podążał za mną jak anioł stróż i błagał abym już skończyła ta nierówną grę.
- Chodźmy, ledwo zipie a ty jakby nowo narodzona. Nie chce ci się spać?
- Nie, nie chce. - Odparowałam błyskawicznie i kłamałam nieprzykładnie. - Przykro mi ale nie mogę z tobą rozmawiać bo się rozpraszam i znów jestem na minusie
- Tylko nie mów, ze to moja wina. - p. był lekko załamany. 
- A czyja? No dobrze jeszcze tylko jedna maszyna i już możemy iść sobie gdzie chcesz. Przegram to co mam i koniec. O!
- Co?  
- Tamta będzie dobra. - Znowu przeniosłam się razem z moim centem i aniołem do ostatniego automatu. Nie było tak źle ale nie wygrywałam i to mnie smuciło. Było późno i nie dziwiłam się p., ze ma tego wszystkiego dość. Ja jutro nie będę prowadziła samochodu bo margarity nie zdążą ze mnie wyparować. Takiej dziwacznej maszyny jeszcze nie widziałam. Nie zastanawiając się długo uruchomiłam ostatnie zapasy energii. Litościwy, stojący za mną jak kat p. wsunął w maszynę swoja karteczkę zasilając moje konto. Od razu jakby bardziej go pokochałam. Chciwa nie jestem ale lepiej mieć więcej pieniędzy niż mniej. Teraz w ruch poszedł cały nasz limit i zarządzałam całością. Znowu raz na wozie a raz pod, kulawa ta fortuna jakaś bo ani nie mogłam wygrać ani przegrać aby w końcu pójść do hotelu. 
- Daj zapalić bo szlag mnie trafi na miejscu i wrócisz do domu z trupem, wtedy będziesz bogaty bo czeka tam moja polisa na życie. - Obracające się walce zatrzymały się i wskazywały takie same symbole. - Wygrałam? - Mój głos samą mnie zadziwił. Cyferki na ekranie nie zmieniły się i wskazywały poprzednia sumę. - I co teraz? Wygrałam czy przegrałam nic nie rozumie. - Patrzyłam na nie mniej zdumionego p. szukając w nim odpowiedzi.  - Jeszcze nie. Teraz musisz zakręcić kołem fortuny. 
- Co takiego? Co? - Nie zrozumiałam ani słowa. Jak są trzy takie same napisy czy figury to jest główna wygrana. - Jakie kolo? - Zniecierpliwiony moim nagłym zanikiem intelektu p. przycisnął pulsujący czerwonym światłem przycisk. Rozległy się fanfary i kolo, na które nikt z nas nie zwrócił wcześniej uwagi, zaczęło się obracać. Serce przestało mi bić, usta jak w gabinecie dentystycznym a wzrok utkwiony w zapadkę przeskakującą po rożnych numerach. Daje słowo, ze widziałam milion i nic innego. Kolo zwalniało i czułam, ze mój duch opuszcza rozdygotane ciało. Jeszcze sekunda i kolo stanie, zapadka zatrzymała się o jeden ząbek przed milionem.
- I co? Mi.... - Widziałam milion obok i nic nie mogłam pojąc. Dobrze, ze nie patrzyłam na p. bo pewnie spoglądał na mnie z politowaniem, pobłażaniem i niedowierzaniem.
- Nie, nie milion. Nie uwierzysz ale wygrałaś tyle ile wydaliśmy. Jesteśmy na zero. Dokładnie na zero. Nie do wiary! - Teraz powinnam zagrać, pomyślałam ale było już za późno. Bezlitosny kat wydrukował wygrana i poprowadził mnie do kasy aby odebrać pieniądze. Wychodziliśmy z lekkim niedosytem i z taka sama ilością pieniędzy jak przy wejściu. Trzymałam p. za ramie i szliśmy w stronę parkingu. - Wcale nie takie zero. - Pomyślałam i ścisnęłam mocniej w dłoni szczęśliwego centa.

Las Vegas 4

  W czasie obiadokolacji temat wygrywania zszedł na dalszy plan i skoncentrowaliśmy się na serwowanych smakołykach. Po kempingowych potrawach zjadany obiad w wykwintnej restauracji wydawał się nam iście królewski. Znaleziony cent leżał obok mojego talerza. Nie wzięłam ze sobą torebki zupełnie świadomie aby nie rozpraszac się podczas zmagań o wielka wygrana a sukienka nie miała kieszonki. 
  Spróbowałam ukryć go za dekoltem ale przemyślna konstrukcja stanika uniemożliwiła mi ten zabieg. Przed wyjściem ofiarowałam go p. na krotka chwile. Najedzeni i zadowoleni stanęliśmy przed dylematem które kasyno pochłonie nas na resztę nocy. Same kasyna są do siebie podobne a różnica polega głownie na kolorze dywanów i ścian. Po chwili przestają one być ważne bo atrakcja numer jeden staja się stoły ruletek, black jacków lub automatów. Moje obuwie na wysokim obcasie i pełny brzuch zadecydowały o wyborze. Zostajemy tu gdzie jesteśmy. Można tu wygrać tak samo dobrze jak gdzie indziej. Jak łatwo poszło z kasynem to wybór maszyny, która miała zaskoczyć mnie wysokością wygranej przerodził się w problem. Powierzchnia kasyna olbrzymia a ilość stołów, maszyn i stolików do gry w karty nie do policzenia. Malo tego, ze nie wiedziałam w którym kierunku są te które dają kasę, bo zdecydowałam się na jednorękiego bandytę, to różnorodność automatów spotęgowała mętlik w głowie. Nieograniczony wybór możliwości zakrawał na kpinę, postawiłam na ślepy los i zasiadłam przed ekranem przeznaczenia. Aby zacząć cala zabawę w wygrywanie trzeba najpierw zainwestować. Maszyna przywitała mnie swoja melodyjka po połknięciu banknotu, poprosiłam aby p. oddal mi mojego znalezionego centa i wrzuciłam go do rynienki jak za starych dobrych czasów, niech chociaż jedna moneta znajdzie się tam gdzie powinna. 

sobota, 18 września 2010

Las Vegas 3

Szczęście na pstrym koniu jeździło i raz po raz mnie opuszczało. Z kubełka ubywało jednak jednostajnie. Dookoła rozlegała się jakby muzyka tworzona przez grających na automatach. Każdy jednoręki bandyta grał swoja monotonna muzykę bardzo rzadko wzbogacana przez brzęk wygrywanych pieniędzy. 
Och „to były piękne dni” kiedy można było używać bilonu. Serce się cieszyło gdy napełniała się rynienka i z radością wsypywało się monety do swojego pojemnika. Przy naszej kolejnej wizycie XXI wkroczył do kasyn na całego i odebrał im historycznego ducha, już nie gra się w pieniądze tylko w kartki i wyświetlane sumy. Jak wygrałeś i chcesz zabrać ze sobą pieniądze to maszyna wypluwa z siebie bilecik z wydrukowana suma i w kasie dostajesz gotówkę. Obecnie w kasynach jest cicho i nijako. Brakuje mi prawdziwej atmosfery hazardu nierozerwalnie kojarzącej się z brzękiem monet. Każde kasyno miało swoje firmowe kubełki i przechodząc z jednego do drugiego można było na ulicy pochwalić się swoja wygrana dumnie dzierżąc kopiasty pojemnik. W tym roku jako stały bywalec rozpustnego miasta nie spodziewałam się nieokiełznanych emocji. Poprzednie nasze wizyty kończyliśmy jako przegrani i zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Przyjechaliśmy do Las Vegas w niedziele wieczorem i wydawało się, ze ludzi jakby mniej niż zwykle. Właśnie dziś wypadały moje urodziny wiec postanowiliśmy rozpocząć swawole od późnego obiadu w Stratosferze. W końcu to moje święto wiec niech będzie bogato i nietuzinkowo. Wskoczyłam w nieśmiertelny klasyk czyli małą czarna a p. wybrał styl safari. Zupełnie jedno do drugiego nie pasowało ale w tym mieście nic nie pasuje do siebie a całość zachwyca i nie razi. Siedzieliśmy przy stoliku oczekując na zamówione potrawy. Popijaliśmy sobie wino i oderwałam się od rzeczywistości, uśmiechnęłam się mimowolnie do swoich myśli bezustannie krążących wokół głównej wygranej w kasynie. Czy to możliwe, ze to miasto ma aż taki wpływ na człowieka, ze zmienia nawet jego myśli. Niezrozumiały i niewytłumaczalny czar tego kiczowatego miasta zawładnął mną bez końca. Siedzimy sobie we dwoje w restauracji, p. złożył mi bardzo mile życzenia a ja bezwiednie uciekłam do niespełnionego kochanka, do jednorękiego bandyty. Chyba dopuściłam się nieświadomej zdrady.
  Wreszcie po chwili mój mozg zaczął odbierać bodźce zewnętrzne i zobaczyłam centa na podłodze obok mnie. Przysięgam, ze nie mam zeza i pomimo to, ze patrzyłam wprost przed siebie na wpatrzonego we mnie p. to widziałam również monetę przy moim krześle. Podniosłam centa i wiedziałam, ze dzisiaj powinnam wygrać bo już pieniądze idą do mnie. Wcześniej przegrywaliśmy ale kiedyś fortuna powinna spojrzeć na mnie przyjaznym okiem i pozwolić mi wygrać. Przecież to szczególny dzień dla mnie i w dodatku jeszcze ten cencik na zachętę. Podzieliłam się moimi spostrzeżeniami z p. i oczekiwałam od niego potwierdzenia mojej teorii. Uśmiechnął się po wąsem i z niedowierzaniem pokręcił głową. 
- Przegrana w Las Vegas to jakby oplata za prąd, temu miastu to się należy. - Powiedział po namyśle. Wiele w tym stwierdzeniu było prawdy. Hazard można przecież potraktować jak zabawę a cale miasto jak niekończący sie spektakl w teatrze. Przegrana jako bilety wstępu. 

piątek, 17 września 2010

Las Vegas 2

...rozległą dolinę zalana światłem miliarda lamp. Auto zwolniło i delikatnie zjechało na pobocze. Czy sen może być bardziej nierealny niż rzeczywistość? Tak, oczywiście tylko w Las Vegas. Ktoś podciął mi struny głosowe bo ani jedno słowo nie wyrwało mi się z ust zakrytych dwoma moimi dłońmi aby serce ze mnie nie wyskoczyło. Jedno jest pewne, ze nie mrugałam przez piec minut. Gapiłam się na odległą pożogę doliny bo nie mogłam rozróżnić poszczególnych budynków lub ulic bezwstydnie pławiącego się w świetle miasta. Po prostu osłupiałam na widok światła a przecież już wcześniej widziałam żarówkę i znam efekt jej działania tylko nigdy nikt wcześniej nie włączył wszystkich wyprodukowanych żarówek na raz. Po chwili przyszło opamiętanie i udało mi się nakręcić kilka minut filmu. Nastał czas upragnionej wizyty w wymarzonym miejscu. Zachwyt nie mijał gdy zbliżaliśmy się do miasta. Wręcz przeciwnie, autostrada wchodzi prawie w centrum miasta i nowe duże  kasyna widać jak na dłoni. No trudno niech tak będzie, ze najpierw hotel a potem szaleństwo. Ze znalezieniem miejsca noclegowego nie było problemu bo Las Vegas nie może sobie pozwolić na odprawę z kwitkiem nawet jednego przybysza. Tu zawsze znajdziesz miejsce dla siebie jak przy wigilijnym stole. Po ekspresowej kąpieli i zmianie ciuchów ruszyliśmy po wielka wygrana. Pierwszym w moim życiu prawdziwym kasynem było MGM Grand. 
 Widok niekończącej się sali wypełnionej urządzeniami do wysysania pieniędzy przyprawił mnie o zawrót głowy. No cóż trzeba zacząć wygrywać pieniądze jak się jest właśnie tutaj. Tyle filmów pokazywało jak można wygrać miliony w kasynach i postanowiłam, ze ja tez wyjadę na wozie wypełnionym fortuna. Mała wygrana oczywiście nie wchodziła w rachubę i wcale o niej nie myślałam. Chciałam rozbić bank i tylko tyle i nic więcej. Trzymałam się p. bo dostałam gumowe nogi i nie mogłam kontrolować kolejnych kroków. Od kasjera po wymianie papierowych dolarów dostałam plastikowy garnuszek bez ucha wypełniony  ćwierćdolarówkami. Byłam szczęśliwa, ze już tyle mam i teraz tylko wystarczy wrzucać do maszyny, pociągnąć za wajchę i wygrywać, wygrywać bez końca.  

czwartek, 16 września 2010

Las Vegas 1

   Miałam o tym nigdy nie pisać bo bałam się takich wielkich tematów. Joter tak dala czadu z brzęczącymi monetami sypiącymi się strumieniem do rynienki jednorękiego bandyty, ze nie mam wyjścia. No i stało się, dzięki komentarzom ulegam.
Jechaliśmy z Arizony głęboką nocą w stronę Nevady, tam gdzie króluje Las Vegas. Przez pofalowana i skalistą pustynie zmierzaliśmy w stronę kolejnego punktu naszej wyprawy. Noc rozświetlana była tysiącem gwiazd na niebie i światłami mijających nas aut. Z otaczającej nas ciemności spoglądały na nas nagie, ostre skały pocięte przez autostradę, dalej tylko nieprzenikniona czerń. Czułam, ze jesteśmy niedaleko bo p. jakoś wiercił się w fotelu kierowcy i rosnące emocje już nie dały się ukrywać. Dużo zakrętów, podjazdów i zjazdów aż wreszcie teren się lekko wygładził. Wyjechaliśmy na otwarta przestrzeń i teren lekko pofalowany pozwolił na spojrzenie na rozgwieżdżony horyzont. Wiedziałam tyle, ze do Las Vegas musimy wjechać z północy i o północy. Usiłowałam wycisnąć z p. chociaż ciutke więcej ale jak z zeschłej cytryny nie wycisnęłam ani kropelki. 
- To już za chwilkę, przygotuj aparat fotograficzny i kamerę bo będzie co fotografować i nagrywać -  poinformował mnie p.. Jeżeli byłam zmęczona to teraz czułam się jak w południe i nic nie wskazywało na zbliżającą się dwunasta w nocy. Atmosfera podniecenia stawała się nieznośna i nie mogłam poprzestać na siedzeniu i oczekiwaniu nieznanego. Pytałam i pytałam bez końca. Chciałam wiedzieć jak to miasto wygląda i gdzie będziemy spać i czy na pewno pójdziemy od razu do kasyna. 
- Tego miasta nie da się opisać. - Marszcząc czoło skwitował p. - To trzeba zobaczyć i przeżyć.- Dodał jakby w zamyśleniu. Już od dawna wiedziałam, ze poślubiłam choleryka a tu raptem przy mnie siedzi anioł. Wyrozumiały jakiś i zupełnie nieznany osobnik. Niczego bardziej nie pragnęłam jak już tam być w tym szalonym mieście i patrzeć i patrzeć. Teraz wiem, ze całość została wspaniale przemyślana i przygotowana. Już od chwili jechaliśmy pod gore i w dali widziałam łunę wielkiego miasta. Wyciągałam szyje aby szybciej zobaczyć to co przed nami. 
- Przygotuj się bo tego widoku nigdy w życiu nie zapomnisz. -  Czułam, ze każda sekunda trwa lata lub wieki, kiedy w końcu wjedziemy na szczyt tego niekończącego się pagórka. Dzięki przemyślnym i dla mnie niezrozumiałym poczynaniom p. za nami nie było żadnego samochodu. Wjechaliśmy na szczyt i zobaczyłam...

sobota, 11 września 2010

10 ulubionych rzeczy

      Zabawa w dziesięć rzeczy, które najbardziej lubię zatacza coraz szersze kręgi. Obserwuje jak zaproszeni do niej blogowicze chętnie w niej biorą udział. Nie myślałam, ze i ja stanę się jej uczestnikiem. Joter bardzo zręcznie przekazała mi pałeczkę w tej sztafecie i nie mogę zawieść moich poprzedników więc rzucam się na klawiaturę i oto poniżej wynik działania:
  
    1. Spanie – lubię to mało powiedziane ja po prostu kocham wylegiwać się w łóżku do godzin popołudniowych. Budzić się na poranna kawę i z premedytacja zapadać po raz kolejny w sen. Bardzo często mam sny o których nie śniło się nawet najlepszym psychoanalitykom. Są kolorowe i czasami tak abstrakcyjne, ze sama się zastanawiam skąd to się u mnie bierze, takiej wydawałoby się normalnej osoby.
  
    2. Kochać i być kochana – z wielkim dystansem odnoszę się do mieszkańców tej planety. Kiedyś za młodu byłam bardziej otwarta do ludzi i wydawalo mi się, ze wszyscy są moimi przyjaciółmi. Upływające lata nauczyły mnie życia na tyle, ze wyrosły mi kolce na ciele i tez potrafię odstraszać nieznajomych. Cos jednak pozostało nieskażonego i kocham ludzi i życie, nawet gdy pokonać muszę skały i lasy by dotrzeć do celu. Wszystko oddam za to coś w oczach ukochanego co przekonuje mnie, ze jestem jego jedyna.
  
    3. Czytanie – to dopiero jest zboczenie! Potrafię czytać wszędzie ale bronie się przed ekstremalnymi posunięciami jak np. czytanie przy świeczce pod kocem. Teraz preferuje czytanie przy lampce nocnej otulona pięcioma poduszkami i dwoma pierzynami. Za oknem noc rozgwieżdżona albo slota. Po kolejnym rozdziale gdy odrywam wzrok od  łzami zroszonego romansidła widzę wstające słońce i w popłochu zamykam oczy aby zdrzemnąć się choć godzinkę.
  
    4. Kino, muzyka, TV – nie wspomniałam o komputerze rozmyślnie bo mój komputer dziwnym i niewytłumaczalnym sposobem zespolił się z moim DNA i zawsze go mam pod ręką włączonego. Zawsze lubiłam kino, już samo wyjście z domu na film bardzo mnie ekscytowało. Srebrny ekran przyciaga mnie jak magnes. Delikatnie saczaca się muzyka pozwala mi odizolowac się od otaczajacego mnie swiata, latwiej mi wtedy rozmyslac i skoncentrowac się. TV, hmm, TV jest zawsze i wszedzie oprócz lazienki i pralni nad czym bardzo ubolewam.
  
    5. Gotowanie – niezbyt czesto ale tak. Cos dorzucę, coś pomieszam trochę tego i tamtego i danie gotowe. Nie trzymam się sztywno przepisów kulinarnych, które studiuje regularnie. Wyniki moich kulinarnych eksperymentów bardzo często zbierają same pochwały. Wtedy jestem dumna jak paw a gdy upichcę coś niejadalnego to domagam się pochwal, ze smakuje ale trochę inaczej. Jak wspomniałam przed sekunda przeważnie talerze zostają wylizane po obiedzie ale w garach zostaje jedzenia dla całego statku wygłodniałych marynarzy. Skąd to się bierze nie wiem bo przecież gotuje tylko dla trzech osób. Wszelakie Święta czy uroczystości nie stanowią dla mnie problemu. Gotuje jak co dzien a wystarcza dla dziesięciu osob. W poprzednim wcieleniu byłam pustelnikiem albo szefowa kuchni wielkiej karczmy. Lubie jeść a najbardziej mi smakuje  śledzik i setka w zadymionym barze.
  
    6. Wakacje – jest to tak oczywiste, ze nie wymaga jakiegokolwiek komentarza. Bez względu na miejsce potrafię się zrelaksować na nadchodzące dni codzienności. Żyjąc z tak nieodpowiedzialnym mężem jak p. mogę być pewna, ze po wakacjach powinnam mieć skierowanie do sanatorium dla seniorów, ciche miejsce, z którego wszędzie jest daleko i można nic nie robić najchętniej monastyr w Meteora.
  
    7. Zbierać starocie – włóczę się czasami po sklepikach i lombardach bez wytyczonego celu. Oczy wtedy mam bardziej ruchliwe niż ochroniarz prezydenta. Cos zawsze wypatrzę (niestety) i kolejna porcelanowa figurka czy ozdobny talerz wzbogacają już i tak przeładowaną serwantkę. Meble mamy proste i współczesne ale tylko dlatego, ze brak nam kasy na fotele, sofy i arrasy.
  
    8. Biżuterię – to domena kobiet, korale, broszki, kolczyki, pierścionki (najchętniej z brylantami), bransolety, wisiorki, łańcuszki dosłownie lubię wszystko bo nie wiadomo co kiedy się przyda. Niestety przydaje się rzadko na co dzien we współczesnym świecie ale od święta proszę bardzo jest w czym wybrać.
  
    9. Jazdę samochodem – może dlatego ze, poruszanie się z taka prędkością jest naturze ludzkiej obce i dlatego wyzwala tyle emocji.
  
    10. Wtykam nosa nieproszona, wchodzę nawet nie otwierając drzwi, pora dnia czy nocy nie ma znaczenia. Panowie i Panie ja ubóstwiam blogowanie!!!


Do gry bardzo uprzejmie zapraszam:
Margo, Obiezyswiatka, Rinka, Sophe, Taita, Tirena, Wildrose, Zielona, zaznaczam, ze kolejność alfabetyczna wymienionych osób nie wskazuje na osobiste preferencje.

czwartek, 9 września 2010

Juz w domu

Wrocilismy z wakacji cali i zdrowi, zmeczeni i ledwo zywi. Przydalby sie teraz urlop na Florydzie.
Dziekuje wszystkim za komentarze,  ale nie moge odpowiedziec aby nie zdradzic tajemnicy o ktorej napisze pozniej. Obiecuje, ze  w przyszlym tygodniu rozpoczne  opis naszej wyprawy. Moge zdradzic jedynie, ze w Las Vegas po raz pierwszy nie przegralam.
Gdyby nie p. siedzialabym obok tego pana.

wtorek, 7 września 2010

... z trasy 5

Nie wiem jak wy ale ja czekam, p.

poniedziałek, 6 września 2010

... z trasy 4

 Malownicza i zdradliwa Pustynia Smierci kusi smialkow swoimi widokami. Dziesiec minut na sloncu pozwolilo mi znalezc wytlumaczenie tej nazwy.
Zupelnie wykonczona fizycznie dotarlam do Racetrack, tam gdzie ruszaja sie kamienie, te ktore pozostaly.
Na dwa dni dajemy sobie wolne od natury. Ruszamy na podboj Las Vegas. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.

sobota, 4 września 2010

... z trasy 3

Poranna kawa i internet to zbawienie po wielu dniach postu. Wczoraj w nocy Hollywood a dzisiaj rano dla odmiany Hollywood. Wszystko idzie zgodnie z planem ale bez dziwnych sytuacji nie obylo sie.

To nie zabawka!