X - jak skrzyżowanie (crossing)
Gdzie może być ta ulica? Krążymy po miasteczku już dziesięć minut i nie możemy znaleźć dojazdowki do rezerwatu. To chyba pierwszy raz w historii naszych wypraw. Na mapie jest numer drogi ale rzeczywistość lubi platać figle. Pytamy zablakanego przechodnia o drogę i dostajemy wskazówki jak dojechać. Tam gdzie dojechaliśmy okazuje się, ze to nie ta droga która chcemy jechać. Wracamy do centrum(?). Szukamy tym razem urzędu miasta w nadziei, ze oni powinni mieć dokładne mapy terenu. Nikt nie wie gdzie jest droga o takim numerze, chyba nie wyparowała. Urzędniczka zrobiła oczy jak latające spodki z dawno nieistniejącej już galaktyki gdy usłyszała o szczegółowej mapie okolicy. Spoglądała dookoła jakby szukała pomocy pośród regałów i stolika z komputerem. Dokładna mapa terenu może istnieje ale nie dla turystów i w dodatku z dziwnym akcentem. Tyle nasłuchała się o terrorystach, ze jest pewna iż widzi dwojga z nich. Wymijająco pyta skąd jesteśmy i już wiem, ze za chwile znów p. odpali bombę atomowa. To jego staly i wyprobowany numer. Z Polski, odpowiada, przyjechaliśmy z Chicago i chcemy dojechać do rezerwatu indiańskiego... Oczy słuchaczki staja się podnosić ku niebiosom i zachodzą ledwie dostrzegalna mglą. Tyle informacji w ciągu minuty miesza jej zmysły i czuje jak świat wali się pod jej nogami. Stoję obok i obserwuje cala sytuacje bardzo uważnie, chce poznać ten kraj od podszewki i udaje mi się to. Pewna jestem, ze nazwa Poland nic jej nie mówiła i pominęła to jak źle wypowiedziane przekleństwo, Chicago natomiast przełknęła bez zmrużenia oka. Znała to słowo, słyszała jego brzmienie w zakamarkach swej duszy ale za cholerę nie mogla skojarzyć tej nazwy. Chicago, Chicago było w filmie... no tak on uciekał przed policja i udało mu się jakoś uciec i nic innego nie mogla już sobie przypomnieć. Przecież tyle filmów w życiu widziała. Wysłuchała nas jednak w spokoju i dala nam mapę. Na pierwszy rzut oka widać było, ze nasza jest dokładniejsza. p. smyrał jej kobieca słabość swoimi uśmiechami i wzrokiem nastolatka. Już chciałam wybuchnąć ale popatrzylam sobie jak facet potrafi robić z siebie idiotę i pójdzie na całość gdy mu na „czymś” zależy. Pozwoliłam mu brnac dalej ta wyświechtaną dróżka. On ja oczarował, magia slow i gestów przynosiła skutek. Ćma leciała wprost do światła świecy. Do jasnej cholery czy ja tez byłam taka głupia? Jeżeli tak to ja miałam siedemnaście lat a nie czterdzieści. Każda z nas łapie się jednak na przemyślne sztuczki samców bez względu na wiek. Bałam się odpowiedzieć sobie na zadane pytanie ale jednak czułam, ze tak. Mimowolnie wzdrygnęłam się na myśl o tym i znów skoncentrowałam się na osobie dzierżącej nie lada fuchę w tej dziurze. Biedna kobieta przyniosła stertę papierów i próbowała nam pomoc. Mapy pokazywane przez nią to istna porażka p., dobrze mu tak, pomyślałam. Po chwili przyszło opamiętanie, jesteśmy w środku totalnego zadupia (przepraszam za nazwę ale nic lepszego mi nie przychodzi do głowy gdy w promieniu 150 kilometrów nie ma nawet miasta tylko preria i nic więcej) wiec musimy jechać w ustalonym kierunku bo inaczej skończymy tutaj bez paliwa i możliwości noclegu. Tutaj nie ma nic oprócz suchych traw, indiańskiego rezerwatu do którego nie ma wjazdu i policji. Policji! Mam pomysł oni powinni nam pomoc. Zwróćcie uwagę na słowo „powinni” a nie „muszą” pomoc. Juz pogubiłam się w żałosnych komplementach skierowanych jak tsunami w kierunku urzędnika państwowego i nie wiedziałam w jakim momencie przerwałam ten stek bzdur. Moje słowa wydały mi się czymś zupełnie nieznanym. Syk jadowitej zmiji mógł uchodzić za kołysankę śpiewana przez matkę dwumiesięcznego dziecka. Zapytaj o policje!!!! Chyba szepnęłam, tak mi się wydawalo, po sekundzie gdy p. odwrócił się do mnie na piecie i ujrzałam jego maślane i złe oczy, zrozumiałam, ze to moja ostatnia chwila życia. Uśmiechnął się w podzięce i zauważyłam, ze teraz jego nos prawie dotykał nosa urzędniczki. Teraz on syczał jak wygłodniała dwumetrowa kobra, wbil się swoim wzrokiem zza okularów w ofiarę i wiedziałam, ze to już koniec, wygraliśmy. Pani z latającymi spodkami zapytana gdzie jest posterunek policji bez zastanowienia, (widać, ze chociaż to wie), powiedziała: za rogiem. Oczywiście, ze za rogiem, sami byśmy do tego doszli po zastanowieniu. To miasteczko ma tylko jedno skrzyzowanie i cztery rogi a za którymś musi być policja.





