1

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tennessee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tennessee. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 lutego 2014

Nashville

   Nie mamy szczęścia do Nashville albo to miasto nas nie lubi. Oddalone od Chicago o siedem godzin jazdy jest na tyle blisko, że odwiedzić je można w ciągu jednego dnia. Dla miłośników muzyki country to istna mekka gdyż Nashville jest stolicą tego gatunku. Nasze plany zwiedzenia miasta zawsze ulegają zmianie i tak naprawdę to nigdy nie udało się nam być w nim dłużej niż pół godziny. Zawsze przejazdem i w podróży zatrzymywaliśmy się w nim na tankowanie lub jedzenie ale nigdy na tyle długo aby pójść na koncert do sławnego Grand Ole Opry lub przynajmniej knajpki z muzyką na żywo.
Również tym razem nasza wizyta miała mieć taki charakter ale wybłagałam aby oprócz zatrzymania się na stacji benzynowej zerknąć do środka miasta i chociaż przejechać przez jego centrum. 
- Jakie tam znowu centrum? Tu nie ma centrum. - p. zupełnie bez entuzjazmu podszedł do mych pragnień. 
- Jak to nie ma centrum! A to? - Wskazałam palcem dwa wieżowce. 
- No chyba nie chcesz oglądać betonu. - Nie chciałam bo jak wieżowce to Hong Kong albo Nowy Jork. Źle się wysłowiłam bo chciałam zobaczyć Music City które jest kulturalnym centrum a nie wieżowcowe centrum.
Po długiej i mało kreatywnej konwersacji udało się nam wypracować kompromis polegający na obejrzeniu „po łebkach” miasta. To już było coś w porównaniu z kilkukrotnym, całkowitym omijaniem miasta. Aby nie zagłębiać się w szczegóły rozmowy ustaliliśmy, że podjedziemy pod ciągle trudno dostępne dla zwiedzających najsławniejsze studio nagrań RCA Victor oraz krótką wizytę w Grecji.
Właśnie w tym miejscu powstawały nagrania takich sław jak Elvis Presley, Everly Brothers, Roy Orbison, Don Gibson, Charley Pride, Dolly Parton, Jim Reeves aby wymienić tylko kilku z nich. Studio B powstało w 1957 roku i dzisiaj jest obiektem muzealnym. Z biegu nie można go zwiedzić więc zadowoliliśmy się widokiem z zewnątrz co w zupełności nam wystarczyło gdyż perspektywa ciepłej Florydy była tak kusząca, że ciężko było myśleć o czymś innym. Chcieliśmy dotrzeć do ciepełka jak najszybciej więc zimowe i za razem zimne kraje chcieliśmy opuścić jak najszybciej.
Obecnie działające studia nagraniowe niewiele się różnią od muzealnego zabytku tak wyglądem jak i stanem technicznym budynków. Trochę liznęliśmy atmosfery wielkiego świata muzyki i aż wierzyć się nie chce, że w takich domkach dokonywane są nagrania znane na cały świat. Wiele nieznanych jeszcze artystów ściąga do Nashville aby grac do kotleta albo do kolejnego kufla piwa marząc, że kiedyś zostaną odkryci przez producenta który zaoferuje nagranie srebrnego krążka CD.
 Jeden z takich nieodkrytych talentów podpierał ścianę pod Carnival Music i zanosiło się, że będzie tam stał do końca świata.
Lekko zawiedzeni brakiem przepychu wokół bardzo dobrze prosperującego biznesu pod nazwą Country Music udaliśmy się do świątyni Ateny aby wymodlić dobrą pogodę na dalszą część naszej podróży. Gdyby ktoś nie wiedział to w USA jest jeszcze jeden Partenon i to w doskonałym stanie a nie jakieś ruiny w Grecji.
Po co jechać do Europy gdy pod ręką jest wierna kopia greckiego zabytku. Tutaj dopiero p. ulżył sobie na amerykańskim wygodnictwie i marnotrawieniu pieniędzy. 
O sensowności i celowości takiego budynku w parku nie było nawet mowy bo nie doszukaliśmy się żadnej z nich.
Owszem obeszliśmy dookoła całą replikę i pogłaskawszy lwa po nosie wróciliśmy do samochodu aby kolejny przystanek w Południowej Karolinie zatrzymał nas na dłużej.

piątek, 19 października 2012

Elvis Presley (dla Rinki)



 Posługując się mapą i w obrębie miasta drogowskazami zmierzaliśmy prosto do Graceland, domu Elvisa Presleya. Ktoś w środku auta przycisnął elektryczny zamek w drzwiach i zostaliśmy zablokowani przed otaczającym nas światem zewnętrznym. Okolica przez która przejeżdżaliśmy do złudzenia przypominała te których wystrzegamy się od lat. Zamiast opisu niech zdjęcia przemówią swa magia bo ja mogłabym dodać coś za dużo lub za mało i obraz byłby zniekształcony.

Na parkingu było jeszcze mało pojazdów i wybraliśmy miejsce w cieniu drzewa aby po powrocie wsiąść do w miarę chłodnego auta. Zupełnie jakby tylko dla nas zbudowali to wejście ale jak na mój gust to brakło czerwonego dywanu po którym mogłabym stąpać jak wielka gwiazda.
Cennik wyraźnie wskazywał, ze nie załapujemy się na zniżkę ani dla dzieci ani dla starców więc z bólem serca płacimy za ta najkrótszą trasę i przymusowo zostaliśmy uwiecznieni na zdjęciach które będą gotowe po skończeniu zwiedzania. Pamiątkowe zdjęcie jest w cenie biletu i mało kto nie podda się dobrowolnie takiemu miłemu przymusowi.
Zaraz za fotografem stoi minibus do którego wskoczyliśmy na pierwsze miejsce aby lepiej widzieć trasę dojazdowa. Ku mojemu zdziwieniu zostaliśmy przetransportowani na druga stronę ulicy gdzie mieści się Graceland. Całość trasy to jakieś 400 metrów!
Totalny bezsens, za taka kasę powinien być ruchomy chodnik w ładnym rękawie ponad ulicą. Takie coś przecież istnieje i nie zatruwa środowiska śmierdzącymi i rakotwórczymi oparami Diesla. Według badan Światowej Organizacji Zdrowia spaliny silnika wysokoprężnego są tak samo niebezpieczne jak łuszczący się azbest.
Trudno mi jednoznacznie odnieść się do domu Elvisa Presleya bo już dawno zmieniły się standardy mieszkań czy luksusu. Widać, ze niebotyczne sumy do dziś zachwycają i wiele pomysłów sprzed lat można uznać za nowatorskie w naszych realiach. Czy to wszystko ładne czy brzydkie pozostawiam do osadu oglądającym.
Mnie całość podobała się ze wskazaniem na kolekcje złotych płyt i szałowych ubiorów boskiego Elvisa.
Rozmarzona Ataner dalszą podroż z chęcią kontynuowałaby takim właśnie samolotem ale niestety całą trasę pokonaliśmy własnym samochodem i ta perspektywa nie odebrała nam dobrego humoru co udało nam się uwiecznić na zdjęciu poniżej.
Już teraz zapraszam na relację z bagnistej Louisiany!

piątek, 2 marca 2012

Wiosna zimą.

Zima i wagi przybywa wraz z centymetrami dodającymi się właśnie tam gdzie nie trzeba. Każde z nas wysiaduje długie wieczorne godziny przed ekranem swojego komputera.
- Jak długo tak jeszcze można. - Zapytałam któregoś wieczora.
- Nie nadążam za twoimi myślami. - Usłyszałam bardzo ładny wykręt.
- Co byś powiedział abyśmy ruszyli nasze osiem liter i pojechali do Wieśki. - Spodziewałam się spontanicznej odpowiedzi ale zostałam zupełnie zaskoczona.
- Kiedy?
- Pojutrze. Mam wolne pod koniec tygodnia i nic nie stoi na przeszkodzie abyśmy wykorzystali ten wolny czas inaczej niż przez ostatnie trzy miesiące. Wrócimy w niedziele, zobaczysz będzie fajnie.

- Do Tampy jest dwadzieścia godzin jazdy, przecież usnę w połowie drogi.
- Nie przejmuj się pomogę ci. - Starałam się złagodzić niedogodności dalekiej podroży.
- W czym? W spaniu czy kierowaniu? - p. najwidoczniej nie był zachwycony moim spontanicznym pomysłem. "Sarkastyczny dziad" pomyślałam sobie ale uśmiech rozświetlił moje lica a wzrok zakochanej nastolatki zapewne poruszyłby nawet olbrzymi
ą skałę. Okazało się, ze poruszył dobre serce p. i zgodził się na wariacki wypad. 
- Zdajesz sobie sprawę z tego, ze to istna harówka a nie przyjemność.
- Dziękuję ci kochanie. - Po opuszczeniu stanu Illinois przywitała nas zupełnie nieśmiała wiosna. W Indianie nie było dużej różnicy ale w Kentucky trawa jakby zieleńsza za to w Tennessee temperatura zmusiła nas do włączenia ochładzania.
Georgię zobaczyliśmy dopiero gdy słońce wstało znad horyzontu i zmusiło nas do przerwy na złapanie oddechu i trochę ruchu aby pozbyć się samowolnego zamykania się oczu. Do Florydy jeszcze tylko sto mil a do celu jakieś pięć godzin, może krócej jak nie będzie tłoku. Dookoła jakoś mało zachęcająco i wcale nie chciało mi się ruszać w stronę ponurego lasu. Nie miałam wyboru bo to przecież mój pomysł i nie mogłam teraz nie pójść na krotki rekonesans. Była to jedyna szansa aby wejść do lasu zanim to uniemożliwią krzewy i klujące pnącza.
Właśnie rozpoczął się ich okres wegetacji a kolorowe kwiaty wydawały się bardzo nie na miejscu pośród jeszcze uśpionych drzew. Ponuro i nieprzyjemnie było w tym lesie. Rozglądając się dookoła znaleźliśmy (prawdopodobnie jedno z wielu) drzewo na którym pnącze odcisnęło swoje piętno. Jak silnie musiało ono oplatać konar drzewa aby tak go zniekształcić. Przyroda jednak, ciągle kryje wiele tajemnic.
Brzydkie to miejsce i myślałam, ze lepszym wyjściem było pozostanie w aucie i krótka piętnastominutowa drzemka. Jednakże nigdy nie wiadomo co w trawie piszczy i po kilkunastu krokach po zeszłorocznych liściach znaleźliśmy skorupę zabłąkanego żółwia. 
Pozostałości po żywym organizmie okazały się wręcz frapujące dla p. Zaczął oglądać skorupę i czułam, ze nie rozstaniemy się z nią wioząc ja na Florydę i z powrotem do domu.
- Musisz to świństwo szczelnie zapakować jak ma jeździć z nami.
- Zrobię z tego super doniczkę, będzie trochę trudno podlewać ale coś wykombinuję. - Pełen zapału p. nadział paskudztwo na kij i ruszyliśmy niestety dalej choć ja nie miałam najmniejszej ochoty przeciskać się przez martwe jeszcze krzewy. Szłam zatem jak potępiona dusza nie rozglądając się dookoła kierując się na plecy zdobywcy. To chyba taka atawistyczna cecha, mężczyzna idzie pierwszy a za nim podąża jego kobieta. Właśnie zaczęłam rozmyślać o tym, ze chłop poluje a baba gotuje gdy z rozmyślań wyrwał mnie ostrzegawczy głos przewodnika.
- Uważaj bo jak tu wpadniesz to już koniec z tobą. - Stanęłam jak Niobe zaklęta w głaz. Powolutku ogarnęłam okolice wzrokiem i dostrzegłam przed nami studnie. Chyba raczej studzienkę kanalizacyjna albo coś podobnego. Ostrożnie zbliżyliśmy się do krawędzi studni i zajrzeliśmy do jej wnętrza. Na małej wysepce utworzonej ze starych liści i wpadającej tam ziemi siedziała żaba skazana na niechybną zagładę.
- Biedna żaba. - Tak zupełnie mimo woli ulitowałam się nad stworzeniem.
- Zejdziesz ja uratować?
- O! Nie nie ma mowy nawet po ciebie nie zeszłabym do tej dziury. - Zagalopowałam się w roztaczaniu wizji dylematu ale najwidoczniej p. był za bardzo zajęty uwieziona żabą aby roztrząsać moja "bezgraniczną" miłość do niego. Pomyliłam się.
- Bo ja do ciebie przez ognie piekielne, najwyższe góry i najgłębsze morza bym podążył. Nie ma takiej przeszkody której bym nie pokonał aby cie chronić. Nawet smoki i czarodzieje ...
- Dla ciebie weszłabym. - Przerwałam jego potok slow zapewniających mnie o jego uczuciu. Kobiecie naprawdę niewiele potrzeba; milion euro na osobistym koncie i kilka razy dziennie zapewnienie o miłości ukochanej osoby. Poczułam się o wiele raźniej i ruszyliśmy w stronę łąki migoczącej pośród drzew i krzewów. Gdy otwarta przestrzeń była kilka kroków od nas uczucie przytłoczenia przez jeszcze śpiący las minęło.
- Jak to dobrze, ze wychodzimy z tego lasu pełnego trupów i zasadzek. To iście diabelski las. - Tam gdzie słońca trochę więcej rośliny już obudziły się z zimowego letargu i radosną zielenią obwieszczały, ze wiosna już w pełni. Przynajmniej tutaj. Zwróciłam twarz w stronę słońca zamykając oczy. Przez chwile zapomniałam o otaczającej mnie zimowo-wiosennej okolicy i ułudne obrazy gorącej plaży i palm wykreowałam jak na zawołanie. Gorący piasek i ciepła woda poludniowego morza omywająca me stopy ...
- Miałaś racje są tu i diabły. Popatrz. - Szum morza i lekki chłodzący wiaterek zniknęły w ciągu ułamka sekundy. Otworzyłam oczy i promienie ledwo co wzeszłego słońca spowodowały chwilową ślepotę odbierając mi zmysł wzroku. Rozejrzałam się dookoła nic nie widzącymi oczami.
- Gdzie? - W diabły nie wierze ale tyle nasłuchałam się o nich w młodości, ze nigdy nie wiadomo. Sa przecież na obrazach i w książkach. Ostrożności nigdy nie za wiele.
- Szły tam gdzie my szliśmy przed chwil
ą. Tutaj są odciski ich kopyt. - Moje oczy powędrowały za utkwionym w jednym punkcie wzrokiem p. Przed nami w mokrej gliniastej ziemi jak na dłoni odciśnięte były ślady diabelskich racic.
Nie zastanawiając się długo chwyciłam pod pachę p. i pociągnęłam go na otwartą przestrzeń tam gdzie diabły nie chadzają. Łąka zupełnie byle jaka ale o wiele przyjemniejsza niż pełen niespodzianek ponury las. 
To dopiero wczesne przedwiośnie ale dokładnie przyglądając się trawie znaleźliśmy dowody na to, ze to już koniec zimy.
Zima nie powiedziała swego ostatniego słowa w tym roku i może okazać się, ze wielu z nas będzie cieszyć swoja duszę białymi krajobrazami dłużej niż chcielibyśmy. Zima też ma swoje uroki o czym zapewniam z głębi serca wraz z autorem poniższego zdjęcia.
Dzięki uprzejmości pana Edwina Krauze