1

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Illinois. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Illinois. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 sierpnia 2017

Zaćmienie

 Przygoda nas kocha a my lubimy przygodę. Już od samego początku coś wisiało w powietrzu. Pomimo tego, że wyjechaliśmy o wyznaczonym wcześniej czasie to i tak nie dojechaliśmy tego samego dnia na miejsce z którego mieliśmy obserwować zaćmienie słońca. Zupełnie nieprzewidziane okoliczności zmusiły nas do spędzenia nocy jakieś 100 kilometrów wcześniej. Nie przewidzieliśmy, że chętnych będzie aż tylu, że zapchają autostradę na wiele mil. Mieliśmy pokonać trasę w ciągu 5 godzin a okazało się, że po siedmiu godzinach byliśmy właśnie 100 kilometrów od celu. Gdy dzień zamienił się w noc postanowiliśmy dojechać nad jezioro rankiem aby po nocy nie błądzić po wiejskich drogach.
Tylu chętnych wyległo na drogi USA, że zablokowali miasta i miasteczka w pasie całkowitego zaćmienia. W mieście Marion policjanci sterowali ruchem aby można było wyjechać z autostrady. Czegoś podobnego nie doświadczyłam jeszcze w życiu. Ja chyba nie byłam jedyną zaskoczoną osobą bo ludziska z innych aut również jak my wznosili oczy w stronę ku niebu ale jakoś pomoc nie przychodziła od wszechmogącego, auta stały w korkach długich na 80 kilometrów.
 Dodatkowym utrudnieniem były roboty drogowe. Wystarczyło zamknięcie jednego pasa ruchu aby spowolnić ruch kołowy do zera.  
Tak się złożyło, że upał dopisał jak nigdy w tym roku. 36 stopni w cieniu, zamieniło się w ponad 40 na rozgrzanym asfalcie. Wszędobylska wilgoć dodała swoje kilka stopni i w środku pojazdu panowała atmosfera pralni piekielnej. Klimatyzacja dmuchała zimnym powietrzem z wylotów w desce rozdzielczej i po godzinie musiałam założyć koszulę z długim rękawem co wręcz zakrawało na szaleństwo. Zimne powietrze skierowane gdzieś z dala od mojego ciała, tylko sobie znaną drogą owiewało mój kark. Byłam tak umęczona, że było mi już wszystko jedno jaką ilość potu wydzieli moje ciało ale nie mogłam pozwolić sobie na letnie przeziębienie. Jest to chyba najgorsza forma tej choroby bo nie ma, teoretycznie, jak się wychorować.
Poranek przywitał nas bezchmurnym niebem i raźnie świecącym słońcem. Temperatura podnosiła się o jeden stopień na pół godziny i o godzinie dwunastej dojście do nasłonecznionego miejsca z którego mieliśmy oglądać to wyjątkowe zjawisko wymagało ode mnie zagryzania zębów na języku aby nie wrzeszczeć z obrzydzenia. Jak można lubić spacer gdy każdy oddech może zakończyć się śmiercią przez utonięcie. Wdychać tyle wilgoci może tylko ryba a nie człowiek!
Przez liście drzewa podglądaliśmy czy przypadkiem nie nastąpił początek wielkiego zaćmienia.
To była dobra kryjówka bo po porannym spacerze mieliśmy wrażenie, że naszym ciałom  zaaplikowaliśmy trzydniową porcję słońca.
Gdy księżyc stanął na drodze promieni słonecznych byliśmy gotowi. Skryci w cieniu wielkiej gałęzi i uzbrojeni w aparaty oraz domowej roboty filtry. Jestem wielką miłośniczką blogów i prawdopodobnie nie zamienię bloga na fejsa. Blog daje większy kontakt z osobami zostawiającymi komentarze. Tutaj nadarza się okazja do podziękowania Pellegrinie za podzielenie się prostym i zarazem genialnym pomysłem na oglądanie Słońca. Zdobycie kliszy z prześwietlenia okazało się wyzwaniem ponad możliwości współczesnych szpitali. Po poruszeniu wszystkich sznurków które mogły mieć cokolwiek wspólnego ze szpitalem okazało się, że dzisiaj już nie używa się kliszy fotograficznej do prześwietleń. Po wykonanym prześwietleniu jego wynik od razu jest dostępny na ekranie komputera. Kasety z filmami i wywoływanie zdjęć poszły w zapomnienie. Jako cud uważam znalezienie czterech prześwietlonych zdjęć w garażu jednego z naszych znajomych. Pojechały z nami i p. podczas oczekiwania na zaćmienie wyciął “profesjonalny” filtr. Do jego zamocowania użył mikroskopijnych gumek recepturek stosowanych w ortodoncji. Patrzyłam na to wszystko z powątpiewaniem w pomyślny efekt super fotografii. Jednak jego zadowolona i pewna mina świadczyła o tym, że wie co robi. Nie byłam jednak zupełnie przekonana o cudownych możliwościach amatorskiego sprzętu i delikatnie, tak od niechcenia poruszyłam ten temat. Otrzymałam solenne zapewnienie o pozytywnym wyniku eksperymentu ale na moje “co będzie jeśli zdjęcia się nie udadzą”, p. westchnął głęboko i z mało wesołą miną oświadczył.
- Jeżeli spierniczę robotę dzisiaj to za dwa lata, 2 lipca powtórzymy tę sesję w Chile lub Argentynie. Jeżeli i tam coś się nie uda to będziemy koczować w Andach do 14 grudnia 2020 roku. - Pierwszą myślą która mi zaświtała było utopienie aparatów w pobliskim jeziorku. Od razu jednak odrzuciłam ją w zapomnienie bo druga myśl goniąca tą pierwszą to był widok topionej Ataner przez p.. A niech tam zrobi zdjęcia ale nie takie super o jakich marzy bo wycieczka w Andy bardzo przypadła mi do gustu.

Jak widać moje prośby trafiły w przestrzeń kosmiczną bo filtr Pellegriny zadziałał wprost idealnie i zdjęcia na mój gust są bardzo dobre.
 Kolejne fazy zaćmienia nie fascynowały nas tak bardzo jak oczekiwanie na moment gdy Księżyc zasłoni całe Słońce.
Gdy pozostał cienki rogalik rozżarzonej bomby atomowej na niebie, ziemię opanował przedziwny mrok. Zrobiło się zimno i jednocześnie przerażająco. p. dostał gęsiej skórki i włosy stanęły mu dęba.

Sądzę, że to częściowo z przejęcia i częściowo z nagłego ochłodzenia. To nie była noc do której organizm przygotowuje się wraz z nadejściem zmierzchu.
Przed zaćmieniem...
i podczas dwóch minut zaćmienia.
 Raptowny brak promieni słonecznych i ciemność w południe wywołały we mnie lekki niepokój. Nie jestem w stanie opisać co czułam poza zachwytem nad zjawiskiem które trwało zaledwie niepełne dwie minuty.

 Promienie słoneczne znów zaczęły docierać do powierzchni Ziemi i mogłam przekonać się jaką energię niosą ze sobą. Znów zrobiło się upalnie i po chwili świat wrócił do normy.
Zabraliśmy statyw i nie bacząc na strugi potu płynące nam po plecach żwawym krokiem ruszyliśmy aby jak najprędzej obejrzeć zdjęcia.
 Gdy znaleźlismy się w naszym domu na kołach od razu wgraliśmy zdjęcia do komputera. Nikt nie mógł doczekać się zdjęć korony słonecznej podczas całkowitego zaćmienia. 
 Jednak najbardziej lubię to zdjęcie poniżej gdy Księżyc wreszcie pozwolił Słońcu na dominację w ciągu dnia.
 Rozumiałam lekkie zdenerwowanie p. bo przecież obiecał...
 Dech w piersiach nam zatkało bo efekt naszych poczynań przeszedł najśmielsze oczekiwania. Zdjęcia wyszły fenomenalnie!!! Nawet lepsze niż na stonie Canona (http://learn.usa.canon.com/resources/articles/2017/solar-eclipse/solar-eclipse-photography-intro.shtml) i jedne z lepszych jakie oglądaliśmy w internecie przed wyjazdem.
 To są najcenniejsze zdjęcia w naszym zbiorze którymi mogę się pochwalić i z przyjemnością pochwalę p. za naukowe podejście do tematu i perfekcyjnie wykonaną pracę. 
- I co z koczowaniem? - p. wpatrzony w ekran laptopa dopiero po dłuższej chwili spojrzał na mnie niewidzącym wzrokiem. Poczekałam z uproszczoną wersją pytania mając nadzieję, że p. powróci do realnego świata w miarę szybko. Nic nie wskazywało, że wie o co go pytam. - Co z kolejnym zaćmieniem w Argentynie?
- No tak. Nie, nie. - Długa pauza wskazywała, że zaćmienie Słońca w jakiś cudowny sposób przyćmiło inteligencję męża. - Zdjęcia są OK ale czuję niedosyt. Minuta z groszami to wyzwanie ponad moje siły. Sądzę, że mogłyby być lepsze. 
 - Czy dwa lata ci wystarczą na lepsze przygotowanie się do zdjęć?
- Pewnie, że tak przecież to szmat czasu a jak znajdziemy miejsce na pustyni w Argentynie gdzie nie ma grama wilgoci w powietrzu i widoczność jest o wiele lepsza niż tutaj to ... - p. już tam był i nawet nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze nawet nie dotarliśmy do domu z tej wyprawy.
- To może Chile, gdzieś tam, wysoko w górach...
- Jeszcze nie wiem ale jedno jest pewne. - p. zamilkł i zapadła cisza urozmaicana jedynie brzękiem cykad. Wydawało się, że temat jest skończony a ja nie istnieję. 
- Jedziemy? - Nie mogłam doczekać się jednoznacznego stwierdzenia czy ma zamiar podjąć rękawicę i walczyć o lepsze zdjęcia, było mi obojętne gdzie ta walka będzie miała miejsce, czy w Argentynie czy w Chile.
- Oczywiście, że jedziemy nawet na rowerach dojedziemy na czas. 
 Co bardziej niecierpliwi natychmiast wsiedli do aut aby zatłoczonymi drogami dotrzeć do domu. 
Minęło pół godziny zachwytu przed ekranem komputera i również ruszyliśmy w drogę powrotną. Autostrada w przeciwnym kierunku była zupełnie pusta. Podążaliśmy na północ a wraz z nami mieszkańcy północnych stanów. Poniedziałek 21 sierpnia 2017 roku udowodnił, że Ameryka oszalała na punkcie zaćmienia słońca i miliony szaleńców do których i my się zaliczamy było w stanie poświęcić trzy czy cztery dni aby znaleźć się w pasie całkowitego zaćmienia.
Zmęczeni koszmarną drogą w obydwie strony i paskudnym upałem nawet nie rozmawialiśmy. Każde z nas przeżywało wydarzenie wczesnego popołudnia i pewna jestem, że p. myślał jak ja; warto było. Zobaczenie dwuminutowego spektaklu kosmicznego warte było poświęcenia czasu i pieniędzy. Zapewniają was o tym; Renata i p.

sobota, 14 stycznia 2017

Drewno w drutach.

 Pięć lat temu zostaliśmy zaskoczeni widokiem kawałków drewna wrośniętych w druty telefoniczne albo kablówki na stałe. Zaskoczenie było duże ale wprawnym ruchem jednej ręki dosięgnęłam aparat i udało mi się uwiecznić ten zupełnie abstrakcyjny widok.
 W tym roku znaleźliśmy się w okolicy drewna w drutach i specjalnie pojechaliśmy sprawdzić czy abstrakcja ciągle uatrakcyjnia życie mieszkańcom podróżującym tą ulicą.  Wiszą jak przed laty.
Z daleka udało się nam wypatrzyć kawałki pni drzew wyciętych przed laty i unoszących się jakby w powietrzu. Do dziś są dowodem na dbałość serwisantów o stan techniczny linii przesyłowej.
Zastanawiające jest to ile lat upłynęło aby drzewo wrastające w druty uzyskało takie rozmiary pnia i ile lat kawałki te wisiały zanim je sfotografowałam pierwszy raz.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Niezły początek.

 Jest szósta rano lub szósta pięć a my już na starcie gotowi do rozpoczęcia wakacji. Tym razem ma to być trochę zwariowany początek gdyż naszą podróż rozpoczynamy ciężarówką. 
Z okolic Chicago będziemy podróżować do Denver długaśnym zestawem na 18 kołach. Przede mną 1000 mil oglądania znanej mi już drogi z innej perspektywy. Porównując wysokość to tak jakbym siedziała na dachu normalnego auta. Zapewne będzie widać o wiele lepiej ale nie spodziewałam się jakiś cudownych widoków bo podróżując przez Illinois, Iowa i Nebraskę niewiele będzie się działo.
  Już sama podróż w takim dziwacznym pojeździe będzie atrakcją, najpierw jednak trzeba cały turystyczny ekwipunek pomieścić w kabinie ciężarówki. Zwykle podróżując naszym autem nie mamy problemu z miejscem dla namiotów, śpiworów, materacy itd. Nieduże kombi z łatwością połyka każdą ilość toreb, pojemników i wszechobecnych worków foliowych. Podczas pakowania się do auta zrodziły się obawy czy wszystko to pomieści się w zupełnie nieprzystosowanej do turystycznych eskapad kabinie „Siwego” jak nazwaliśmy nasz nowy dom na kółkach.
 Nie obyło się bez ponownego przemieszczania pakunków ale w końcu cały majdan zabierany autem znalazł swe miejsce w ciężarówce i dało się siedzieć i spać ale co z jazdą? Potrzebowaliśmy chwilę wytchnienia zanim ruszymy więc pojechaliśmy do Dunkin' po kawę. 
- I jak się czujesz? - Zapytałam gdy z dzioba przykrywki styropianowego kubka rozlała się po organizmie gorąca i słodka kawa. 
- Nie wiem, jestem w szoku a najgorsze jest to, że dopiero najgorsze ma wkrótce nastąpić. - p. jakoś zmalał i nie tryskał wspaniałym humorem przed czekającymi nas wakacjami przepełnionymi niezapomnianymi wrażeniami. Jeżeli on miał obawy to co powiedzieć o mnie i moim strachu. Kolejnych kilka łyków kawy jakby przywróciło nam lepszy humor i nie mogliśmy odwlekać już dłużej naszego wyjazdu. 
Tylko dlatego, ze Siwy jest pojazdem dla samotnika to drzwi pasażera otwierały się tak ciężko, ze musiałam wytężać swe mizerne muskuły aby je ruszyć z martwego punktu. Siwy ma tylko jedno łóżko na parterze i jest niższy niż inne. Gdy p. zajął się wypełnianiem papierów o których nie mam pojęcia ja zaczęłam walczyć z pasem bezpieczeństwa. 
- Nie zapinaj go, przerzuć przez siebie i zablokuj, o tam na górze. - Wszystko tu inne i obce ale przecież auto-podobne. Posłuchałam i nauczyłam się wielu rzeczy zanim ruszyliśmy. Silnik się rozgrzał warcząc jak lokomotywa, jeszcze tylko kontrola wskaźników i ruszyliśmy. 
Baza firmy ma dużo miejsca dla ciężarówek więc gdy wyjeżdżaliśmy z niej na ulice miasta doznałam wrażenia, ze wszystko jest za wąskie i na 100% nie zmieścimy się na jednym pasie ruchu. O skrętach, zakrętach i wywijasach gdy za nami 16 metrowa naczepa nie wspomnę bo okazałabym się panikarą. Na autostradzie było o wiele spokojniej i zaczęłam się przystosowywać do nowego życia. Gdy emocje opadły moje zainteresowanie ukierunkowało się w stronę łóżka. Trzeba przecież spróbować wszystkiego więc teraz kolej na drzemkę. W zamierzeniu krótka drzemka zamieniła się w długi sen na bardzo wygodnym łóżku. Szumiało i kołysało. Chłodne powietrze w sypialni pozwoliło mi zakopać się w pościel i słowne budzenie nie przynosiło skutku do momentu rękoczynów. Na parkingu p. na różne sposoby starał się przerwać moje bujanie w sennych obłokach. 
- Tak to mogę podróżować! - Z zadowoleniem stwierdziłam gdy dowiedziałam się gdzie jesteśmy. Jakże mogłoby być inaczej gdy w czasie snu „pokonałam” 500 mil.
Jeszcze tylko kilka godzin i zatrzymaliśmy się na nocleg. Mogliśmy od razu paść bez życia na łóżko ale, że wakacje już oficjalnie rozpoczęte więc wypadałoby poszukać przygody. Na rano pozostawiliśmy sobie 200 mil więc zakotwiczyliśmy pod koniec Nebraski opodal Kolorado. Tuż obok Siwego polna droga skręcała za kępą drzew i przecież nie mogłoby być inaczej gdyby nasze stopy nie powiodły nas nią w nieznane.
Słońce barwiło świat na cudowną czerwień i spacer zapowiadał się bajecznie. Pośród łąk dotarliśmy nad małą rzeczkę podziwiając rosnące gdzie niegdzie kaktusy. 
Nie mogę się nadziwić, że te ciepłolubne rośliny egzystują z powodzeniem w takim klimacie który srogimi zimami nie jednego zjadacza chleba może przerazić. Właziłam więc w pobliże klujących roślin nierzadko przez wysokie trawy. Węży się nie obawiałam bo było za chłodno dla zimnokrwistych jadowitych potworów.
Księżyc na niebie przypominał o śnie ale chcieliśmy poczekać aby słońcu nad horyzontem powiedzieć dobranoc. Kilka chwil relaksu w ciszy po podróży dość głośną ciężarówką uspokoiło mój system nerwowy. 
Siedząc na fotelu pasażera czekałam aż p. poukłada materace tak aby nie przeszkadzały nam podczas snu.
***Wrzask obdzieranej ze skóry, oszalałej ze strachu Ataner podciął mi nogi i padłem na łóżko. Przed chwilą jeszcze bezpiecznie siedziała na fotelu wpatrzona w dal. Odwrócony tyłem do niej nie moglem pojąć co niebezpiecznego wydarzyło się tak raptownie. Prawie skręciłem kostkę w prawej nodze stawiając ją w nieodpowiednim miejscu, na małym pojemniku z kosmetykami, aby spieszyć z pomocą. Wyprostowana jak struna w wiolonczeli, Ataner wpatrywała się w prawe udo tak intensywnie, ze aż wydłużył się jej nos na pięc centymetrów. W uszach wibrowało górne „c” i cała ciężarówka drżała jak podczas trzęsienia ziemi. Dłonie miała skierowane w tą samą stronę co wzrok a palce wykrzywione tak jak to robią stuletnie czarownice rzucając zaklęcie w kamień. Dookoła wszystko jak przed dziewięcioma sekundami i nie zauważyłem zagrożenia życia. Nic się nie zmieniło. 
Kleszcz! Kleszcz! 
Ataner zapiała tak rozpaczliwie, że jeszcze żadna śpiewaczka operowa nie osiągnęła takich wysokich tonów. Jej krzyk przerażenia przeszył mą czaszkę nieznośnym poziomem decybeli aż przymknąłem oczy z bólu.***
Tak to odebrał p. a ja chyba podobnie jak przypomnę sobie tą sytuację. Po prawej nodze odzianej w czarne leginsy posuwał się przeogromny kleszcz. Boże jak ja nienawidzę insektów a kleszczy w szczególności. Na samą myśl, że powinnam wziąć to paskudztwo w palce prawie oszalałam. Z odsieczą pospieszył p. i to on po krótkiej i dramatycznej walce wreszcie zdjął go ze mnie. Z ciężko otwierającymi się drzwiami pasażera uporałam się bez przeszkód i wyskoczyłam z ciężarówki. Trzepałam po sobie dłońmi aby wytrząść z siebie potencjalnego, kolejnego kleszcza. 
- Uspokój się kobieto, nie ma na tobie już więcej kleszczy. 
- Skąd wiesz? Przeszukaj mnie dokładnie. - W panicznym strachu widziałam ich setki łażących po mnie. Po chwili uspokoiłam się bo nie było podstaw do paniki. Jeden takich olbrzymich rozmiarów płaski paskudnik wystarczył aby opuściła mnie ochota na sen.

środa, 14 sierpnia 2013

Syrena kontra Posejdon.

Bez względu na pogodę Syreny jak to mają w zwyczaju podpływają w pobliże bezludnej plaży aby rozkoszować się piaskiem i słońcem. Syreny uwielbiają ciepłe akweny gdzie łatwo je spotkać przy odrobinie szczęścia. Dzisiaj taka właśnie okazja nadarzyła się w pobliżu Chicago gdyż jezioro Michigan, o dziwo, było ciepłe jak nigdy.
Samotna plaża wydawała się bezpieczna na tyle, że mogłam wyczyniać najdziksze harce nie bacząc czy nie zatopię jakieś zabłąkanej motorówki czy skutera wodnego. Do weekendowego szaleństwa na wodzie dzieliły mnie dwa dni. Czwartkowy wypad na plażę zrodził się przy porannej kawie i wszedł w czyn zaraz po jej wypiciu.
Chmury na niebie przysłaniały słońce za co byłam im bardzo wdzięczna. Nie musiałam zakładać kombinezonu nurka aby ochronić me ciało przed upieczeniem promieniami UV i oddawałam się frywolnej kąpieli w niezbyt czystej wodzie jeziora. Miała ona wyjątkowy, bardzo zielony kolor. Dalej od brzegu wydawała się czystsza i podążyłam na glebie aby to sprawdzić.
Zła sława Syren nie przysparza im wielbicieli bo ponoć psotne to stworzenia i niebezpieczne dla człowieka. Nie wszystkie są takie a jedna z nich nie czyni krzywd i wręcz pragnie towarzystwa.
Narobiłam trochę hałasu swym śpiewem w wodzie aby wystraszyć z bliskiego sąsiedztwa ryby, kraby i żaby. Nie lubię świadomości, ze coś obok mnie pływa lub pełza po dnie a niespodziewane dotkniecie takiego stwora może mnie zatopić natychmiast i pomoc ratownika o silnych ramionach byłaby wtedy mile widziana.
Syrena czuła się dzisiaj wspaniale. Wyskakując ponad powierzchnie wody robiła duże zamieszanie wokół siebie tworząc fale a bąbelki powietrza zatrzymane przez wodę tworzyły białą piane.

 - Całe jezioro jest moje! Tylko moje. - Może to samolubne i niegrzeczne takie przywłaszczanie ale, że nikomu to nie szkodziło i nie było wokół mnie nikogo mogłam sobie wyobrazić siebie jako jedyną właścicielkę niezmierzonej dali i głębi. Co za rozkosz gdy nie ma na plaży i w wodzie ani jednej żywej duszy, no może jest jedna ale trzyma się na uboczu pilnując aby zdradzieckie prądy nie zniosły mnie do Wisconsin, Michigan albo do Kanady.
Zbadawszy okolice Syrena na głos oznajmiła o zawładnięciu całego jeziora na własność. Zapomniała, ze władca wszystkich akwenów wodnych może ją usłyszeć. Po chwili woda zaczęła się jakby gotować, powstały wyraźne fale rozchodzące się z jednego miejsca. Zainteresowana tym zjawiskiem Syrena zrobiła tak jak to jest w syrenim zwyczaju, podpłynęła bliżej. Jej zdumienie przemieniło się w przerażenie gdy raptem wszystko zamarło w bezruchu. Jeszcze przed chwilą wzburzona woda uspokoiła się gdy wynurzył się wszechpotężny Posejdon. Syrena zamrugała oczami ze zdziwienia bo nie spodziewała się Władcy Mórz w słodkowodnym jeziorze i w dodatku w takiej odległości od Morza Śródziemnego. Bez słowa Władca uniósł slup wody w gore, spojrzał wymownie na Syrenę która w mgnieniu oka zrozumiała swój błąd, głupią zachciankę posiadania choćby kawałka własności Posejdona.

 - Idź sobie stad, przepadnij! Jezioro jest moje i ja tu rządzę. Ty zajmuj się morzami. - Syrena posłała w stronę Posejdona olbrzymią kulę wodną burząc słup wody i przepędziła Władcę Mórz ogromną falą.
  Przez jakiś czas będzie znów spokojnie na Jeziorze Michigan ale nikt nie wie kiedy znów Ataner za
łoży bikini bo sezon kąpielowy jeszcze się nie skończył.

czwartek, 22 marca 2012

Zachłanność

Przyroda kusi i nęci. Temperatura już drugi tydzień utrzymuje się w zupełnie nienaturalnie wysokich granicach. Pobiliśmy rekord z 1938 roku i wczoraj mieliśmy +31C. Szybko zieleniąca się trawa i malutkie listki na niektórych drzewach stały się przysłowiową kropka nad i zmuszając nas do wypadu nad jezioro. Środa to dzień pracy więc nie spodziewaliśmy się jakichś tłumów na plaży i wyjechaliśmy po 9 rano aby uniknąć tłoku na autostradzie. O 11 rano tylko nasze auto było na parkingu i objęliśmy cały teren we władanie. To nasza pierwsza wizyta w tym roku nad brzegiem jeziora i zwodzona ciepłymi promieniami słońca założyłam nawet kostium kąpielowy. Jezioro Michigan nie słynie z gościnności i woda w nim jest zimna jak w Bałtyku. Latem czasami nie da się wejść do wody ale pomimo tego, ze wiedziałam o znikomej szansie na kąpiel kostium może się przydać np. do opalania. Pierwsze kroki skierowaliśmy prosto w stronę wody i zrzuciwszy sandały w pospiechu zbadaliśmy temperaturę wody stopami.
A! Ale zimna, wytrzymać się nie da nawet przez dłuższą chwile. W kostkach łupało jakby ktoś wrzucił właśnie w tym miejscu kostki lodu. Chyba za wcześnie na kąpiel. Zdecydowanie za wcześnie. Po chwili salwowałam się ucieczka i pozostał nam spacer po suchym piasku w bezpiecznej odległości od wody. Zupełnie zimny wiatr od strony jeziora chłodził nasze ciała i nie było wcale upalnie a powiedziałabym, ze bluza z polaru okazała się bardzo przydatna. Przy samej wodzie mogło być w okolicach 20C.
Przeszło tedy jakieś tornado albo regularne jesienne sztormy połamały drzewa. Przecież Chicago nie bez powodu nosi miano „Wietrznego miasta”. Dookoła widać było jak na dłoni, ze wiosna już jest ale do pełnego jej rozkwitu brakuje przynajmniej miesiąca.
Z opalania tez nici bo jako naturalna blondynka skórę mam białą i zupełnie nieodporna na promienie słońca. Wysmarowana anty-opalaczem kryłam twarz pod daszkiem czapki. Reszta ciała musi się przyzwyczajać do morderczych promieni UV. Z lekka zazdrością podziwiałam dziewczyna siedzącą sobie nad książką. Wystawiła plecy na słońce i ukryta przed wiatrem oddawała się lekturze kolejnego romansu. Zaczytana w książce nawet nie zauważyła, ze być może jej obiekt pożądania minął ja tuz obok.

piątek, 2 marca 2012

Wiosna zimą.

Zima i wagi przybywa wraz z centymetrami dodającymi się właśnie tam gdzie nie trzeba. Każde z nas wysiaduje długie wieczorne godziny przed ekranem swojego komputera.
- Jak długo tak jeszcze można. - Zapytałam któregoś wieczora.
- Nie nadążam za twoimi myślami. - Usłyszałam bardzo ładny wykręt.
- Co byś powiedział abyśmy ruszyli nasze osiem liter i pojechali do Wieśki. - Spodziewałam się spontanicznej odpowiedzi ale zostałam zupełnie zaskoczona.
- Kiedy?
- Pojutrze. Mam wolne pod koniec tygodnia i nic nie stoi na przeszkodzie abyśmy wykorzystali ten wolny czas inaczej niż przez ostatnie trzy miesiące. Wrócimy w niedziele, zobaczysz będzie fajnie.

- Do Tampy jest dwadzieścia godzin jazdy, przecież usnę w połowie drogi.
- Nie przejmuj się pomogę ci. - Starałam się złagodzić niedogodności dalekiej podroży.
- W czym? W spaniu czy kierowaniu? - p. najwidoczniej nie był zachwycony moim spontanicznym pomysłem. "Sarkastyczny dziad" pomyślałam sobie ale uśmiech rozświetlił moje lica a wzrok zakochanej nastolatki zapewne poruszyłby nawet olbrzymi
ą skałę. Okazało się, ze poruszył dobre serce p. i zgodził się na wariacki wypad. 
- Zdajesz sobie sprawę z tego, ze to istna harówka a nie przyjemność.
- Dziękuję ci kochanie. - Po opuszczeniu stanu Illinois przywitała nas zupełnie nieśmiała wiosna. W Indianie nie było dużej różnicy ale w Kentucky trawa jakby zieleńsza za to w Tennessee temperatura zmusiła nas do włączenia ochładzania.
Georgię zobaczyliśmy dopiero gdy słońce wstało znad horyzontu i zmusiło nas do przerwy na złapanie oddechu i trochę ruchu aby pozbyć się samowolnego zamykania się oczu. Do Florydy jeszcze tylko sto mil a do celu jakieś pięć godzin, może krócej jak nie będzie tłoku. Dookoła jakoś mało zachęcająco i wcale nie chciało mi się ruszać w stronę ponurego lasu. Nie miałam wyboru bo to przecież mój pomysł i nie mogłam teraz nie pójść na krotki rekonesans. Była to jedyna szansa aby wejść do lasu zanim to uniemożliwią krzewy i klujące pnącza.
Właśnie rozpoczął się ich okres wegetacji a kolorowe kwiaty wydawały się bardzo nie na miejscu pośród jeszcze uśpionych drzew. Ponuro i nieprzyjemnie było w tym lesie. Rozglądając się dookoła znaleźliśmy (prawdopodobnie jedno z wielu) drzewo na którym pnącze odcisnęło swoje piętno. Jak silnie musiało ono oplatać konar drzewa aby tak go zniekształcić. Przyroda jednak, ciągle kryje wiele tajemnic.
Brzydkie to miejsce i myślałam, ze lepszym wyjściem było pozostanie w aucie i krótka piętnastominutowa drzemka. Jednakże nigdy nie wiadomo co w trawie piszczy i po kilkunastu krokach po zeszłorocznych liściach znaleźliśmy skorupę zabłąkanego żółwia. 
Pozostałości po żywym organizmie okazały się wręcz frapujące dla p. Zaczął oglądać skorupę i czułam, ze nie rozstaniemy się z nią wioząc ja na Florydę i z powrotem do domu.
- Musisz to świństwo szczelnie zapakować jak ma jeździć z nami.
- Zrobię z tego super doniczkę, będzie trochę trudno podlewać ale coś wykombinuję. - Pełen zapału p. nadział paskudztwo na kij i ruszyliśmy niestety dalej choć ja nie miałam najmniejszej ochoty przeciskać się przez martwe jeszcze krzewy. Szłam zatem jak potępiona dusza nie rozglądając się dookoła kierując się na plecy zdobywcy. To chyba taka atawistyczna cecha, mężczyzna idzie pierwszy a za nim podąża jego kobieta. Właśnie zaczęłam rozmyślać o tym, ze chłop poluje a baba gotuje gdy z rozmyślań wyrwał mnie ostrzegawczy głos przewodnika.
- Uważaj bo jak tu wpadniesz to już koniec z tobą. - Stanęłam jak Niobe zaklęta w głaz. Powolutku ogarnęłam okolice wzrokiem i dostrzegłam przed nami studnie. Chyba raczej studzienkę kanalizacyjna albo coś podobnego. Ostrożnie zbliżyliśmy się do krawędzi studni i zajrzeliśmy do jej wnętrza. Na małej wysepce utworzonej ze starych liści i wpadającej tam ziemi siedziała żaba skazana na niechybną zagładę.
- Biedna żaba. - Tak zupełnie mimo woli ulitowałam się nad stworzeniem.
- Zejdziesz ja uratować?
- O! Nie nie ma mowy nawet po ciebie nie zeszłabym do tej dziury. - Zagalopowałam się w roztaczaniu wizji dylematu ale najwidoczniej p. był za bardzo zajęty uwieziona żabą aby roztrząsać moja "bezgraniczną" miłość do niego. Pomyliłam się.
- Bo ja do ciebie przez ognie piekielne, najwyższe góry i najgłębsze morza bym podążył. Nie ma takiej przeszkody której bym nie pokonał aby cie chronić. Nawet smoki i czarodzieje ...
- Dla ciebie weszłabym. - Przerwałam jego potok slow zapewniających mnie o jego uczuciu. Kobiecie naprawdę niewiele potrzeba; milion euro na osobistym koncie i kilka razy dziennie zapewnienie o miłości ukochanej osoby. Poczułam się o wiele raźniej i ruszyliśmy w stronę łąki migoczącej pośród drzew i krzewów. Gdy otwarta przestrzeń była kilka kroków od nas uczucie przytłoczenia przez jeszcze śpiący las minęło.
- Jak to dobrze, ze wychodzimy z tego lasu pełnego trupów i zasadzek. To iście diabelski las. - Tam gdzie słońca trochę więcej rośliny już obudziły się z zimowego letargu i radosną zielenią obwieszczały, ze wiosna już w pełni. Przynajmniej tutaj. Zwróciłam twarz w stronę słońca zamykając oczy. Przez chwile zapomniałam o otaczającej mnie zimowo-wiosennej okolicy i ułudne obrazy gorącej plaży i palm wykreowałam jak na zawołanie. Gorący piasek i ciepła woda poludniowego morza omywająca me stopy ...
- Miałaś racje są tu i diabły. Popatrz. - Szum morza i lekki chłodzący wiaterek zniknęły w ciągu ułamka sekundy. Otworzyłam oczy i promienie ledwo co wzeszłego słońca spowodowały chwilową ślepotę odbierając mi zmysł wzroku. Rozejrzałam się dookoła nic nie widzącymi oczami.
- Gdzie? - W diabły nie wierze ale tyle nasłuchałam się o nich w młodości, ze nigdy nie wiadomo. Sa przecież na obrazach i w książkach. Ostrożności nigdy nie za wiele.
- Szły tam gdzie my szliśmy przed chwil
ą. Tutaj są odciski ich kopyt. - Moje oczy powędrowały za utkwionym w jednym punkcie wzrokiem p. Przed nami w mokrej gliniastej ziemi jak na dłoni odciśnięte były ślady diabelskich racic.
Nie zastanawiając się długo chwyciłam pod pachę p. i pociągnęłam go na otwartą przestrzeń tam gdzie diabły nie chadzają. Łąka zupełnie byle jaka ale o wiele przyjemniejsza niż pełen niespodzianek ponury las. 
To dopiero wczesne przedwiośnie ale dokładnie przyglądając się trawie znaleźliśmy dowody na to, ze to już koniec zimy.
Zima nie powiedziała swego ostatniego słowa w tym roku i może okazać się, ze wielu z nas będzie cieszyć swoja duszę białymi krajobrazami dłużej niż chcielibyśmy. Zima też ma swoje uroki o czym zapewniam z głębi serca wraz z autorem poniższego zdjęcia.
Dzięki uprzejmości pana Edwina Krauze