1

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Florida. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Florida. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2019

Floryda i kufel piwa

 Ten wieczór miał być najbanalniejszym sposobem zabicia czasu. Spacer po plaży w oczekiwaniu na zachód słońca. Taplanie się w mokrym piasku co chwila zalewanym falami. Klasyka starców i dzieci. Każdego to cieszy bez względu na wiek. 

Lubię wybrzeże i widok morza po horyzont. Zatoka Meksykańska nie ma ładnych plaż poza kilkoma wyjątkami ale jest ich tak mało i w większości prywatne, że lepiej dołożyć stówkę lub dwie i jechać nad ocean, na wschód Florydy. Takie jest moje zdanie i gdy mamy już jechać na Florydę to tylko na wschód. Nie wszyscy jednak tam się zmieścili więc zaludnili każdy kawałek dostępnej plaży w USA. Nasz kolega mieszka na północ od Tampy i jego miasteczko ma właśnie taką plażę. Jakieś zielsko jeszcze zielone dopóki jest w wodzie ale gdy większa fala wyrzuci je na piasek to zamienia się w brunatne mało atrakcyjne resztki.

Dla nas to żadna atrakcja ale jak widać mewy były odmiennego zdania i zawsze znajdowały coś smacznego do jedzenia. Jakieś muszki lub małe ślimaki sprawiały, że ptaki ciągle przeglądały zawartość brunatnej warstwy.
Gruntownie zmielone muszelki tworzyły białą plażę miękką i przyjemną. Zdarzały się również miejsca gdzie można było nadepnąć na dość duże muszle, takie miejsca wydobywały syk bólu bo drobne i ostre muszle kłuły bez litości nieprzystosowane stopy. 
Do zachodu słońca mieliśmy około pół godziny co wydało mi w sam raz aby nacieszyć się wodą i widokiem zachodzącego słońca. Okazało się, że to jednak zbyt dużo gdy ktoś utyskuje i narzeka przez cały ten czas. Nasz kolega przez cały czas marudził o piwie. Nie zachwycał się widokami lecz gadał bez przerwy o kolegach i koleżankach którzy właśnie teraz piją piwo w jego ukochanej knajpce. Ani ja ani p. nie jesteśmy piwoszami więc nie byliśmy w stanie zrozumieć tęsknoty za piwem. Spacer zamienił się w udrękę gdy do zachodu pozostało kilka minut. Temat piwa stał się tak gorący, że postanowiłam odejść na tyle daleko aby nie słyszeć ani jednego słowa na temat braku piwa w organizmie. Każde z nas miało aparat i postanowiłam sama zmierzyć się z dość trudnym tematem jakim jest zrobienie dobrego zdjęcia czerwonej kuli topiącej się w wodzie zatoki. 
 Czułam się oszukana i zawiedziona dzisiejszym wieczorem. Miało być romantycznie i spokojnie a wyszło na nerwówkę w oczekiwaniu na utopienie Słońca i natychmiastowy odwrót z plaży aby po drodze do domu wpaść na kufel piwa. Na wakacje jeździmy zawsze sami bo łatwiej dojść do porozumienia pomiędzy dwoma osobami niż trzema lub czterema. Z biegiem lat małżeństwo dociera się a nasze doszło do takiej formy zrozumienia, że czasami nawet słowa nie są potrzebne aby w danej chwili zareagować identycznie. Panowie szli nieśpiesznie więc mogłam wyobrazić sobie, że jestem sama na plaży i przez chwilę zapomnieć o niedogodnościach idących za mną. 
Plaża brzydka, towarzystwo do niczego więc zajęłam się obserwacją przyrody. Często zerkałam pod nogi bo jak wspomniałam dużo było zdradliwych muszelek na które nie chciałam nadepnąć przez nie uwagę. Gdy zobaczyłam obrzydliwstwo na które mogłam nadepnąć to już z dwojga złego wolałabym ostrą jak nóż muszelkę niż takiego ślimaka pod stopą. 
Idąc plażą nie wiadomo co żyje w wodzie zaledwie kilkadziesiąt metrów od linii brzegu. Wydawać by się mogło, że nic tam nie ma bo przecież nic nie widać. Skoro nie widać to nic nie ma i już. Jednak z perspektywy piechura nie widać wszystkiego tym bardziej, że ludzkie oko jest mało doskonałe w porównaniu z innymi mieszkańcami Ziemi. Ptaki z reguły mają "sokole oko" i widzą zadziwiająco dużo z nieosiągalną dla ludzi głębią ostrości. Przykładem były mewy które z łatwością wypatrywały pokarm tuż pod powierzchnią wody. Ich widowiskowe nurkowanie chyba tylko mnie zainteresowało bo jak okiem sięgnąć nikt na nie nie zwracał uwagi. Ich spokojny lot raptownie zmieniał się w pionowe pikowanie zakończone nurkowaniem i przeważnie owocował upolowaniem ryby.
Wreszcie nadszedł czas gdy wszyscy zwrócili swe twarze w stronę zachodu. Czerwień przyciągała jak magnes. Zamiast błękitu który królował przez cały dzień na niebie teraz wszystko uległo zmianie. Do niedawna białe chmury przybrały odcień różu a te w pobliżu Słońca aż raziły czerwienią. Błękit trochę poszarzał jakby nie chciał konkurować z czerwienią. Teraz jedyną atrakcją był całkiem ładny zachód Słońca. 
  Jeszcze wpatrywałam się w miejsce po Słońcu gdy do mych uszu dotarły słowa, że wreszcie czas na wizytę w browarze. Zdziwiło mnie, że w browarze bo ponoć miało być jedno piwko a nie zwiedzanie browaru. Z resztą chyba było zbyt późno aby po browarze oprowadzać wycieczki. Nie chciałam zgadywać co mnie czeka i nie chciałam pytać bo lubię niespodzianki.
Do pubu, piwiarni lub knajpy, jak kto woli, dotarliśmy już o zmroku. Zaraz po zachodzie słońca zawładnęła światem noc. Nie mogę się nadziwić jak szybko człowiek przyzwyczaja się do otaczającego go świata i jak szybko zapomina. U nas po zachodzie ściemnia się stopniowo zanim zapanują egipskie ciemności. Na południu następuje to raptownie i wraz z ostatnimi promieniami słońca kończy się dzień aby dosłownie za chwilę nastała noc. NIe wiem dlaczego ale właśnie dziś zaskoczyło mnie to zjawisko. Byliśmy na samym końcu Florydy i tam też doświadczaliśmy nagłej nocy bez jakichkolwiek emocji. Może dlatego, że spodziewałam się nudy przez kolejną godzinę podczas której będę przyglądała się pijakom którzy mają białe wąsy po odjęciu szklanki od ust.
Drzwi były otwarte bo tam ciepło, w środku i na zewnątrz taka sama temperatura.  Ludzi pełno przy barze i przy stolikach. Trochę mnie to zbiło z tropu bo nie spodziewałam się aż takiego tłumu. Prawdziwą niespodziankę zafundował nam kolego swą osobą. Połowa towarzystwa rzuciła się na nas aby się przywitać. Miałam nadzieję, że uda mi się umknąć gdzieś na bok aby nie zostać poturbowana. Guzik z moich zamiarów, kolega przedstawił nas swoim kolegom i zaczęło się witanie i pozdrawianie. Upłynęło parę długich chwil gdy mogliśmy, lekko rozpychając towarzystwo, dotrzeć do baru. 
To miejsce było rzeczywiście browarem i wybór piw wprawił mnie w totalne zdumienie. Obok baru na ścianie wisiała biała tablica cała zapisana czarnym mazakiem. Cztery kolumny zawierały nazwę piwa, procentową zawartość alkoholu, cenę i coś jeszcze ale nie pomnę co.
Wybór oszałamiający, nazwy dziwne i nie wiele mówiące. Jedyne co przemawiało do rozumu to ilość procentów w kwaśnej wodzie. Tak, urżnę się dzisiaj bo smakiem nie będę się delektowała. Zamówiłam więc to najmocniejsze. Według barmanki miało być wiśniowe i wiecie co było rzeczywiście o posmaku wiśniowym i druga szklanka już mi smakowała. Wszystkie piwa były wlasnej produkcji i o wiele mocniejsze niż te sklepowe. Już wiem czemu tyle ludzi chadza w to miejsce. Na miękkich nogach poszliśmy za kolegą który chciał pokazać nam gdzie produkuje się piwo. W przyległym pomieszczeniu dopiero było nastrojowo, półmrok rozjaśniały kolorowe plamy świetlne. Ale czad, zupełnie jak na dyskotece w latach osiemdziesiątych.
Jeszcze kilka kroków i dotarliśmy do serca tego miejsca. Rurki, stoliki i wielkie kadzie ze stali strzegły tajemnicy sukcesu tego mało okazałego miejsca.
Tajemnicze, nikomu nie zdradzane receptury sprawiają, że ludzie lgną do takich miejsc aby napić się prawdziwego piwa. Piwa o zdecydowanym smaku i mocy. 
Trzecia szklanka piwa o mocy 13% zaszumiała mi w głowie i z radością usłyszałam, że już pora jechać do domu bo rano nasz kumpel musi stawić się w pracy, wypoczęty i trzeźwy. 
Nie przekonałam się do piwa ale rozumiem ludzi którzy lubią ten napój i jestem w stanie stwierdzić, że w szklance piwa jest ukryty zachód słońca tuż przed jego zaśnięcien do kolejnego poranka.

poniedziałek, 21 października 2019

Ośmiornica mnie udusi

 p. nie lubi chodzić po knajpach bo zawsze coś mu nie pasuje. To, że nie wolno palić, że nie ma krzeseł i normalnej wysokości stołu, że śmierdzi starym tłuszczem, że ubranka kelnerek wyglądają jakby nosiły znamiona nadużycia itd, itp. To wszystko moja wina bo rozpieściłam dziadygę i teraz każde danie porównuje z tym co jadł w domu, o dziwo w 90% wygrywam ze sprzedawcami jadła.
 Zdziwione trzy twarze rozglądały się wokół zatłoczonej jak portowa knajpa restauracji. Ani jednego wolnego miejsca a stolików chyba trzydzieści jak nie więcej. 

Wiem o tym, że ludzie niechętnie gotują i są w stanie pójść do knajpy w piątek po całym tygodniu ciężkiej pracy. Niech sobie idą w sobotę aby oderwać się od codziennego przebywania w domu ale w środę? Kto włóczy się po knajpkach w środę o dziewiętnastej. A jednak takich ludzi nie brakuje. Pomijam nas bo akurat leń mnie opanował ale żeby aż tyle leni było na małym skrawku ziemi nie miałam pojęcia. To chyba jakaś zaraza panująca na południu USA.
 Hostessa miłym uśmiechem powitała nowych gości choć powinna jęknąć na widok kolejnych klientów. Za chwilę się ściemni i pora iść do domu a tutaj kolejne głodomory wtargnęły pod dach. Wiadomo, że najciemniej pod latarnią bo nikt z nas nie zwrócił uwagi na pusty stolik o który właśnie się wsparłam. Taki przy samych drzwiach przytulony do ściany. Trzy osoby da się posadzić ale jak pomieścić przekąski, danie główne, aparat fotograficzny, reklamówkę z dużym pudłem przeróżnych ciastek, no i ta gąbka i moja torebka i jeszcze mała torba naramienna p. która zastępuje kieszenie spodni. 
Gdy nasze ciała zetknęły się z siedziskiem siedzenia wiedziałam, że długo tutaj nie zabawimy. Bliskość drzwi bardzo niekorzystnie wpływa na usposobienie męża co opisałam wcześniej i nie chciałam dopuścić do tego aby pierwotne instynkty lub zagubione geny doszły do głosu. Torba z ciastkami wylądowała na samym środku stołu zajmując 80% jego powierzchni. Swoją torebkę położyłam na kolanach co od razu wprawiło mnie w zakłopotanie bo wysokość krzesła była taka, że moje uda uczyniły równię pochyłą i torba zjeżdżała pod stół. 
Pomyślałam, że porwę jakąś kość pozostawioną na cudzym talerzu i wybiegnę na ulicę. Wszyscy wokół zadowoleni i uśmiechnięci wkładają sobie do ust pokarm a ja za chwilę zacznę pić marihuanę z głodu.  Steki, krewetki i małże na talerzach sąsiednich stolików sprawiły, że byłam w stanie zamówić całą kartę dań nie pomijając ani jednej potrawy. Kelnerka pojawiła się prawie natychmiast przynosząc trzy karty dań i już miała kłopot aby je położyć przed każdym z nas. Zamówiliśmy coś do picia jak to zwykle bywa gdy rozszyfrowujesz skład wymyślnych nazw prostych dań. Miałam mętlik w głowie bo “rumcia ciumciagumcia” mogła kryć rybę albo jagnięcinę w swej nazwie. Dlaczego nie ma prostych nazw jak na przykład kawałek krowy opiekany nad palnikiem gazowym. Wtedy obyłoby się bez rozczarowań, prosto i spójnie. Tylko kto by za to zapłacił? Zamknęłam menu i trzasnęłam nim p. w przedramię. Nie dlatego aby obudzić w nim dawno już uśpione amory ale po knajpie przechadzał się mężczyzna z papierosem. Chciałam zwrócić na niego uwagę męża. “Ciekawe czy tu wolno palić” rzuciłam w zaskoczone oblicze. p. patrzył na mnie zdumiony. Nigdzie nie wolno palić bo ponoć to szkodliwe a narkotyki raptem są zbawienne. Bystre oko męża dostrzegło palacza a lewa dłoń chwyciła przechodzącą kelnerkę za fartuch. Dziewczyna zatrzymana w miejscu o mało nie runęła na glebę z zamówionymi porcjami jedzenia. Cudem, zdolna kelnerka, utrzymała równowagę nie wylewając ani kropli sosu na głowę naszego gospodarza bo to nad nim balansowały talerze wypełnione po brzegi. Usłyszeliśmy proste i oczywiste “tak w sali obok” w odpowiedzi na pytanie czy wolno tutaj palić. Ruchem głowy wskazała kierunek bo obydwie ręce w nieznany sposób ciągle utrzymywały sześć talerzy. Natychmiast poderwaliśmy się z miejsc i ruszyliśmy w nieznane strefy restauracji. Jakby w drugiej części litery “L” stały stoliki i bogato zaopatrzony bar. Miejsca pod dostatkiem. 
Od razu zawojowaliśmy dwa stoliki bo jeden przeznaczyliśmy na nasze tobołki a przy drugim wygodnie zasiedliśmy jak królowie. Ta część była bez okien bo komu potrzebne okna na Florydzie. Przewiew, smrodu spalenizny z kuchni i z papierosów nie czuć, istny raj. Nasza kelnerka odnalazła nas w innym miejscu i w innym nastroju. Zamówiliśmy trzy margarity aby uczcić greków którzy nie ulegli antypapierosowej polityce i rozmawiając skróciliśmy sobie czas oczekiwania na posiłek. Zamówione trzy różne dania które przyjechały na zgrabnym stoliku wyposażonym w kółka bo chyba wieść o tym, że ten z koczkiem łapie za spódnicę lotem błyskawicy rozniosła się pośród personelu. Myślę, że prawda była zupełnie inna i najwygodniej było przywieźć talerze w najbardziej oddalony zakątek restauracji. Płonące sery powitaliśmy głośnym “oopa” i natychmiast zniknęły z talerzyków. Widać, że nie tylko ja goniłam resztkami sił. Trzy różne dania zmieniały właścicieli bo każdy chciał spróbować tego co miał inny. Jesteśmy tak zaprzyjaźnieni, że mogliśmy sobie pozwolić na grzebanie widelcem w talerzu sąsiada. Druga kolejka margarity wydawała się niezbędna do poprawienia trawienia a trzecia wręcz wymagana. Jedzenie było na średnim poziomie więc nazwy knajpy nie wymienię aby nikogo nie wypuścić w maliny. O mały włos mąż mnie nie udusił. Gdy spróbował ośmiornicy którą zamówiłam wyraził bardzo niepochlebną opinię o kucharzu i zalecił oddanie potrawy. Byłam tak głodna, że braki w przygotowaniu dania byłam w stanie wybaczyć, tak bardzo nie przeszkadzało mi, że jest niedogotowana. Uwielbiam stwory morskie a uchybienia kucharzy głód cudownie wytłumaczył. Właśnie wzięłam do ust pokaźny kawałek macki ociekającej przepysznym sosem. Może ciut za duży ale, że zęby jeszcze mam to niech w końcu sobie popracują bo dzisiaj oprócz śliny nic nie gryzły. p. był zdegustowany i oświadczył, że czegoś takiego nie powinno się wydawać z kuchni. Nie dość, że wykrzywił się w niesmaku na widok ilości jaką miałam włożyć do ust to jeszcze podniósł brwi w zdumieniu. Zrozumiałam niemy przekaz “nie jedz tego, to cię zabije.” p. jadł jakieś mięso o zupełnie obojętnym smaku. Co innego może jeść neandertalczyk? Mięso i mięso i na deser mięso. Dobrze, że nie pije krwi a tylko zwykły alkohol. Już miałam mu wygarnąć, że nie wszystkim zostało dane rozkoszować się frutti di mare i ubolewam, że to właśnie on jest jednym z nich gdy kawałek ośmiornicy wpadł mi do gardła. Widać że zęby działały szybko ale niedokładnie. Słyszałam głosy, nie te zza światów ale z lewej i prawej, czyli kolegi i męża. Nie rozumiałam słów bo taka głupia sytuacja skupiła mą uwagę na samej sobie. Skoncentrowałam się na odkrztuszeniu ale jak przemóc chęć przełykania gdy jest się głodną. Musiałam przybrać jakieś mało atrakcyjne kolory bo p. poderwał się z krzesła i zaczął podnosić rękę do góry aby uderzyć mnie w plecy. Ponoć taka metoda pomaga ale wolałam umrzeć przez uduszenie. Wiedziałam, że jak mnie trzaśnie w plecy to pękną żebra i wbiją się prosto w serce. Śmierć nastąpi szybciej ale upluję się krwią z przebitych płuc. Podniosłam ręce w obronnym geście i wredna macka ośmiornicy znalazła właściwą drogę do żołądka. Uff, muszę żyć bo przecież jutro jedziemy oglądać zachód słońca.

sobota, 28 września 2019

Światowa stolica gąbki

 Nie sposób chociażby słowem nie przybliżyć historii tego miasta. Uzyskało prawa miejskie w 1887 roku i spisano 52 dusze obywateli. W latach 1890 zaczęto wydobywać gąbkę z dna zatoki. Z roku na rok wydobycie zwiększało się nie nadążając za popytem i już wtedy notowano milionowe zyski ze sprzedaży. Osiedlający się Grecy okazali się wspaniałymi żeglarzami i jeszcze lepszymi nurkami. W 1905 roku w Tarpon Springs było 500 nurków pracujących na 50 łodziach. Nurkowie byli wyposażeni w gumowe kombinezony aby mogli dłużej przebywać pod wodą. Gąbka robiła zawrotną karierę oraz osiągała zawrotną cenę. Rosło jej wydobycie do tego stopnia, że przez trzydzieści lat “gąbczany” interes był największym na Florydzie. Przynosił on większe zyski niż owoce cytrusowe i turystyka. Małe miasteczko niedaleko Tampy stało się “Światową Stolicą Gąbki”.
W 1940 jakieś choróbsko dopadło gąbki które masowo wymierały. Plaga ta doprowadziła prawie do całkowitego upadku wydobycia w roku 1950. Jak to w życiu bywa po deszczu jest słońce i karta odwróciła się sprzyjając Tarpon Springs. W latach 1980 odkryto nowe zasoby gąbek a miasteczko powróciło na pozycję lidera w produkcji naturalnej gąbki.


        Po drodze mijaliśmy sklepy z “chińskimi ciupagami” czyli pamiątkami nie mającymi nic wspólnego z tradycją miejsca więc nawet nie zwolniliśmy kroku aby jak najszybciej dojść do jadłodajni. 
Natrafiliśmy jednak na przeszkodę którą nie sposób było ominąć. Na naszej drodze po drugiej stronie ulicy była inna restauracja i ciastkarnia.
 Cukier działa na p. jak narkotyk a zamknięty w ciastku zniewala go zupełnie.  Sklep był dość duży jak na ciastkarnię a wybór tak bogaty, że nie wiadomo było na czym zawiesić oko. Ludzi tak dużo jakby z całej Florydy zjechali tutaj smakosze (niby) greckich przysmaków. Przestępowałam z nogi na nogę bo akurat tutaj nic mnie nie ciekawiło. Zamiast ciastka o podejrzanie wściekłym kolorze wolałabym setkę pod śledzika. Zostawiłam męskie towarzystwo w kolejce a sama udałam się tam gdzie mężczyznom wstęp wzbroniony. Okazały z zewnątrz budynek restauracji w środku był istnym labiryntem który wciągnął mnie na dobrych kilka chwil. Zrelaksowana po wizycie w toalecie skręciłam nie w tą stronę z której przyszłam i od razu zaczęłam zwiedzanie od podszewki szukając drogi powrotnej. Blondynka potrafi zabłądzić wszędzie i zginąć na dziesięć minut zupełnie tak od niechcenia. Zatroskane oczy męża wywołały uśmiech na mej twarzy i zanim cokolwiek powiedział pogoniłam starych chłopców do marszu.
  Zagadałam ich mówiąc o panicznym głodzie i o tym, że jeżeli w ciągu pięciu minut nie usiądę przy stoliku to zemdleję. Nie musiałam zatem opowiadać, że zamiast wrócić do sklepu przeszłam przez kuchnię i zobaczyłam zaplecze całego przedsiębiorstwa. W końcu ktoś uprzejmy wskazał mi drogę do sklepu. Może nie byłam jedyną zgubą w tym sezonie?
 Gdy już uporaliśmy się z wyborem słodyczy, wyszliśmy z miejsca rozpusty smakowej aby wreszcie coś zjeść. Zwykła droga do zaspokojenia głodu okazała się usiana przeszkodami konsumującymi dość pokaźną ilość czasu. Oprócz kutrów i gąbek ciastka zajęły nam najwięcej czasu.
 Już widziałam restaurację w której miliśmy zapełnić żołądki, już czułam zapach smażonych potraw, już prawie widziałam ośmiornicę na talerzu aż tu raptem kolejny przystanek.
 Chciałam wrzasnąć do łasuchów coś w stylu, “co znowu ciastka?”, bo widziałam przed sobą miejsce ze słodyczami. Kolejna ciastkarnia stała się wrogiem numer jeden i nie miałam zamiaru wejść do środka i gapić się na lukrowane cudeńka. To nie cukier przykuł uwagę p., obok był sklep z podkoszulkami który sprzedawał marihuanę w postaci olejeku z konopii. Jak nie kupić zakazanego produktu który nie jest zakazany na Florydzie. Targowanie zajęło nam kilka minut bo nie dość, że buteleczki różniły się mocą zawartego w nich ekstraktu to na dodatek olejek pochodził z trzech różnych firm. Zagadnięta sprzedawczyni uczepiła się mnie pomijając panów i zaczęła tłumaczyć mi zbawienne działanie marihuany. Wkurwiłam się natychmiast bo widocznie babsko uznało mój wygląd za ledwo słaniający się na nogach okaz długotrwałej choroby. Dręczona i udręczona zakupiłam dwa opakowania narkotycznego płynu i chudsza o stówkę wyszłam ze sklepu. Mimo zapewnień, że rekreacyjna lub lecznicza marihuana nie ma nic wspólnego z prawdziwą marihuaną postanowiłam jej nie używać. Skoro taka zdrowa i niby nie narkotyk to czemu w połowie stanów jest narkotykiem? W Illinois dopiero w przyszłym roku narkotyk przestanie być narkotykiem ot tak gdy pojawi się nowy rok. Zmieni się kartka w kalendarzu i zmieni się status prawny. Totalna szajba przypominająca mi komunistyczne nakazy i zakazy. Świat jak widać tak bardzo się nie różni pomimo zapewnień i całego paplania o wolności.
Już nic nie powstrzyma mnie przed wejściem do restauracji. Żadne sklepiki świata nie zatrzymają mych nóg poganianych burczeniem głodnego żołądka. Nic.

środa, 18 września 2019

Lenistwo i gąbka

Muszę powrócić do pobytu na Florydzie bo już wkradł się bałagan i za chwilę nie będzie wiadomo co, gdzie i kiedy.

 Gdy p. był zajęty ulepszaniem wnętrza naszego podróżnego domu ja po prostu spędzałam czas na lenistwie. Jest to bardzo męczące zajęcie bo pod koniec dnia byłam tak samo zmęczona jak on. Zupełnie nie do wiary, że nieróbstwo może tak wycieńczać organizm. Skoro robotnik i nierób są tak samo zmęczeni to już wolę być tym drugim. Do miasta nas nie ciągnie a cudownych widoków nad zatoką nie uświadczysz więc nigdzie nie podróżowaliśmy. Wystarczało nam to co było pod ręką czyli ciepło i spokojnie. Przedmieścia każdego większego miasta są leniwe i życie płynie tam zupełnie wolno. Ja również poddałam się tej atmosferze i pewnego dnia tak wolno się poruszałam, że nie przygotowałam nawet najprostszego obiadu. Ale od czego są knajpki które karmią głodnych? Gospodarz nie był zdziwiony moim karygodnym postępowaniem i zaproponował grecką obiadokolację. Z przyjemnością przyjęłam zaproszenie bo rano mogę nic nie jeść ale wieczorem po całym dniu lenistwa byłam wtedy głodna jak wilk. 

Wydałam zakaz robienia mi zdjęć bo przecież nie miałam kiedy upiększyć się na tyle aby jakikolwiek aparat nie zepsuł się przy pierwszej próbie uwiecznienia mej osoby. p. oczywiście wziął aparat ale obiecał kierować obiektyw z dala ode mnie. Robaki i krokodyle na pewno okażą się milszymi obiektami niż moja zmęczona twarz. Pojechaliśmy do Tarpon Springs które słynie z wydobycia naturalnej gąbki. Miasteczko zasiedlone przez greków aż tak bardzo nie różniło się od innych ale tradycja wydobycia gąbki z dna morza pozostała i jest kultywowana do dziś.
 Jak nigdy do tej pory nie interesowało mnie nic oprócz jedzenia. Czułam, że połknę największą porcję bez wybrzydzania, że ja gotuję lepiej. W porcie zacumowane kutry jednak zainteresowały mnie na tyle, że zapomniałam o głodzie.

Chciałam wleźć na jeden z nich ale gdy nikogo nie ma na pokładzie to taka samowola prawdopodobnie nie uszłaby uwadze przechodniów i wzbudziła zainteresowanie. Trudno jak nie wolno to nie.
Gdyby był jakiś majtek na pokładzie to pewnie pozwoliłby mi na postawienie stopy na pokładzie i zbliżenie się do atmosfery pracy nurków. Pozostało mi patrzenie i podziwianie, że takie łupinki wypływają z załogą narażać życie aby przywieźć tak prozaiczną rzecz jak naturalna gąbka. Nie jest to przedmiot luksusu i zarobek musi być marny. Mogłam się o tym przekonać bo trzy kroki od miejsca w którym stałam były sklepiki ze złowionymi trofeami.
Moje kolejne ostrzeżenie “tylko nie rób mi zdjęcia” ostudziło zapał p. do fotografowania i dziś żałuję, że mamy tak mało zdjęć z tej wycieczki. Postanowiłam wziąć się za siebie i nie rozsiewać degrengolady wokół bo mąż zbyt łatwo jej ulega.
Nie obyło się bez lekkiej utarczki słownej gdy przyszło do zakupu chociażby małej gąbki. Ja nie chciałam bo mam swoją myjkę z plastiku która mi w zupełności odpowiada a p. uparł się jak dzieciak, że powinniśmy mieć taką tutejszą a nie z Filipin czy Chin. To co było wystawione na zewnątrz sklepu to tylko namiastka okazów znajdujących się w środku sklepu. Tak wielkich okazów w życiu nie widziałam, nawet na filmach przyrodniczych w TV. Zdjęć oczywiście nie mamy bo za każdym razem gdy p. unosił aparat do góry ja syczałam jak jadowita i rozwścieczona kobra. “Tylko nie rób mi zdjęć” syczały usta a oczy wysyłały tuziny piorunów zdolne podpalić tą drewnianą konstrukcję pełną cudownych gąbek. Musicie uwierzyć na słowo bo zdjęć oczywiście nie ma! Niektóre były tak duże jak fotel a kształty zachwycały i zdumiały za razem. O cenach nie wspomnę bo te superowe były w okolicach setki albo nawet dwóch za sztukę. Czy ktoś wcześniej wspomniał o lichym zarobku poławiaczy? Gdybym nawet miała tyle kasy aby kupić coś podobnego to i tak nie wiedziałabym co zrobić z monstrualnie wielką gąbką. Ale w wielkim domu mogłabym ją gdzieś wyeksponować, tylko domu brakuje. Bystra sprzedawczyni uczepiła się p. bo od razu widać, że turysta. Blady jak nie tubylec, aparat wisi na brzuchu i rozgląda się wokół jakby nigdy nie był w sklepie z pamiątkami. W sekundzie znalazłam się przy nich aby usłyszeć “to ja chcę właśnie tę”. W zwykłej balii jaką mogły używać nasze prababki do prania bielizny moczyły się gąbki. Miało to być na ludowo i przypominać Grecję. Aż takimi turystami nie jesteśmy aby nabrać się na tanie tricki. O tym, że mokra gąbka jest miękka wiedzą wszyscy a balia wcale nie przypominała mi Grecji.
p. trzymał w dłoni średniej wielkości mokrą gąbkę która służyła jako okaz na pokaz. Cholera wie ile dni kisła w burej wodzie i ile dłoni ją dotykało. Już miałam syczeć, że nie chcę żadnej używanej gąbki ale było za późno. Mąż oznajmił, że kupuje to co trzyma w łapie i już. Kształt wręcz idealnego stożka wulkanicznego. Idealnie odcięta tak, że mogła stać na półce w łazience nie przeszkadzając nikomu. Sprzedają tam na wielkość a nie na kształty więc zapłaciliśmy dosłownie kilka dolarów ale pani zza lady nie miała uszczęśliwionej miny bo drugiego takiego “cycka” nie miała w kolekcji. Do zakupu została dołączona instrukcja obsługi w postaci ładnego karteluszka i żegnani życzeniami miłego wieczoru wyszliśmy ze sklepu aby je zrealizować w restauracji.

piątek, 9 sierpnia 2019

Neandertalczyk

 W końcu zapadła decyzja, oczekiwana od dawna, jedziemy z dala od domu bo groziło nam wariactwo. Ileż to można siedzieć w chałupie i zastanawiać się jak zamocować talerze w motorhome aby nie potłukły się w czasie jazdy? Gdzie umieścić noże i widelce aby nie brzęczały? Ruszyliśmy do znajomego który od lat mieszka niedaleko Tampy. Ślimak czyli nasza chałupka na kołach powinien sprawdzić się na autostradzie więc czemu nie pojechać na Florydę do kolegi. Pakowanie było zupełnie uproszczone bo niby miejsca dużo a postanowiliśmy zabrać jak najmniej potrzebnych rzeczy. W końcu jedziemy do cywilizowanego miejsca a nie na pustkowie. Podróż zajęła nam raptem trzy dni bo jechaliśmy wolno i statecznie jak na podróż „ślimakiem” przystało.
Nieskrępowani miejscem na nocleg zatrzymywaliśmy się tam gdzie kolejne mile wydawały się nie do przejechania.
Cześć, cześć jak się macie i kolega pomknął do pracy zostawiając nam dom do użytku. Po dwóch dniach ostrej aklimatyzacji wspomaganej alkoholem uznaliśmy, że pora na zrobienie zakupów bo pan domu miał zapasy i owszem ale jakoś bardzo się skurczyły gdy zamiast jednego żołądka trzeba było zapełnić trzy. Warzywa i owoce kupicie o w tym sklepie, kolega pokazywał na mapie a p. skrupulatnie oznaczał to miejsce czerwonym serduszkiem na googlowskiej mapie. Po trzecim serduszku uznaliśmy, że już wszystko wiemy o zaopatrzeniu w pobliskiej okolicy. Kolega pojechał do pracy a my ruszyliśmy szlakiem czerwonych serduszek aby w lodówce wystraszyć echo.
- Popraw mi włosy bo dostanę szału.- Od pewnego czasu p. zapuszcza włosy i obecnie ich długość jest zupełnie nieprzyzwoita. p. obecnie ma dłuższe kudły niż moje.   Początki były trudne i na głowie pojawiały się różnego rodzaju precyzyjne zaczesywane włosy, były palemki mini kucyki i aby to wszystko utrzymać w porządku w domu pojawiły się pomady, olejki i odżywki. Mąż wyhodował długie i o dziwo bardzo zdrowe włosy więc postanowiłam i ja skorzystać z dobrodziejstwa kilkunastu medykamentów choć wcześniej byłam sceptycznie nastawiona do wcierania oleju we włosy. W łazience mamy chyba wszystkie odżywki dostępne na amerykańskim rynku i nie wiadomo która z nich czyni włosy miękkimi i lśniącymi bo i ja używam ich naprzemiennie. Polecam wszystkim. jakieś siedem centymetrów od końca włosy p. zamieniły się z siwych w jasny blond.Wygląda to jakby od dawna nie farbował włosów. Na domiar złego wkurzają go włosy na karku i nie może wytrzymać bo smyrają go po szyi. Zatem kucyk odpada i na jego głowie pojawił się staromodny i zupełnie zapomniany kok. Śmieję się w duchu gdy widzę go walczącego z upinaniem bo wprawy nie ma żadnej i podchodzi do fryzjerstwa zupełnie nieporadnie. 
- Nie sądziłem, że z włosami może być tyle zachodu. Tobie to tak sprawnie idzie, rach ciach i już fryzura gotowa.
- Nigdy nie zwracałeś uwagi na to ile mi czasu schodzi na takie jak określiłeś rach ciach. Nabierzesz kiedyś wprawy.

Stanęłam na wysokości zadania i upięłam mężowskie kudły w bardzo zgrabny kok który najbardziej lubi. Blond końcówki powiewały na wietrze znad zatoki i uznałam, że kobiecie dodawałyby fantazji.
Czekał nas jeszcze jeden sklep a w bagażniku jakoś miejsca mało. Dostaliśmy do użytku zbędne auto kolegi, ludziom to się powodzi, które tutaj trzeba nazwać małym. Ostrzeżeni, że w piekarni do której się udawaliśmy jest zawsze świeży, gorący chleb, postanowiliśmy umieścić go na tylnym siedzeniu aby mógł spokojnie przetrwać drogę powrotną do domu. p. już od dekad nie jada pieczywa bo mu nie smakuje. Ja natomiast ciągle poszukuję. Ostatnio odkryłam niemiecki chleb w rosyjskim sklepie, jest smaczny i ma chrupiącą skórkę ale na drugi dzień twardnieje do takiego stopnia, że trzeba byłoby użyć piły łańcuchowej aby ukroić kromkę. Na hasło chleb orkiszowy mąż dostaje ataku drgawek i dłońmi zakrywa uszy.

Na parkingu przed sklepem ani jednego wolnego miejsca. Trochę zdezorientowana nie wiedziałam czy w lewo czy w prawo szukać miejsca odrobinę oddalonego od sklepu. Najchętniej wjechałabym do środka nie opuszczając samochodu. Dziesięć metrów dalej miejsca było pod dostatkiem i nawet uczeń szkoły jazdy mógłby zaparkować bezpiecznie i bez stresu, że uszkodzi swoje czy inne auto. Dziesięć metrów niby mało ale serce boli gdy widzisz, że inni zaparkowali na wprost drzwi.
W środku małe pomieszczenie zapchane po ściany głodującymi klientami. Na pierwszy rzut oka jeszcze dwie osoby nie miały szans na wejscie do środka. Jednak Polak potrafi a tym bardziej głodny. Zapach ciepłego pieczywa chyba w każdym człowieku pobudza apetyt nawet wtedy gdy przed chwilą skończył obfity obiad. Od razu wkurzyłam się niemiłosiernie bo p. wepchnął mnie do środka i docisnął do stojącej przede mną usmażonej na rurach blondyny. Jej mizerne, tlenione włosy leżały na jej plecach i przez mój marny wzrost gdy zaczerpnęłam tchu aby opieprzyć małżonka jej kłaki dostały się do moich ust. Pomyślałam, że nigdy więcej nie pojedziemy razem na zakupy. Zaczęłam panicznie wyciągać obcą fryzurę broniąc się przed uduszeniem lub niekontrolowanymi wymiotami. Wyzwoliłam rękę szturchając przy tym   stojącego obok pana i poczęłam wyciągać włosy z ust. Robiłam to w panice i nie zwracałam uwagi na to, że szarpię stojącą przede mną kobiete za włosy. W ciągu sekundy wzburzona blondyna odwróciła się i złajała mnie jak sztubaka. Moje przeprosiny zostały przyjęte ale twarz poszkodowanej wyraźnie mówiła, że przy najbliższej okazji jeżeli takowa sie nadarzy, pani owa podstawi mi nogę abym runęła jak długa. Wokół mnie jakby zrobiło się trochę luźniej gdyż prawdopodobnie ogół uznał mnie za jednostkę niebezpieczną od której lepiej trzymać sie na dystans tak duży abym nie mogła mieć z nikim kontaktu. Mąż również oddalił się na bezpieczną odległość i spoglądał na mnie z rozbawieniem. Nie stał w kolejce obok mnie ale znalazł sobie miejsce przy drzwiach i patrzył na puszki stojące na pułkach regału. Stał tyłem do drzwi i tak wciśnięty, że każdy kto wchodził lub wychodził musiał go uderzyć drzwiami. Co trzeci klient go przepraszał co najwidoczniej go bardzo zadowalało. Nie mogłam zrozumieć, że można być takim...
Akurat kolejka zakręciła i widziałam to zdarzenie bardzo dokładnie. Kolejny raz mąż dostał drzwiami tak mocno, że aż go ruszyło o krok.
Musiało zaboleć, pomyślałam z zadowoleniem. Do sklepu wparował człowieczek mojego wzrostu czyli jak na chłopa to karzełek. Chłopina spojrzał na siwe włosy i już miał kajać się w pokłonach i przeprosinach gdy raptem p. odwrócił się w jego stronę.  
Swoje młode lata mam już za sobą i choć do czytania książek potrzebne mi są okulary to na odległość jest ciągle dobrze bez szkieł na nosie. Zatem widziałam wszystko dokładnie i każdą sekundę zajścia obserwowałam jak na zwolnionym filmie. Klatka po klatce. Ten co wszedł miał na twarzy skruchę, że uderzył siwą, starszą osobę. p. natomiast miał minę znudzoną i delikatnie mówiąc mało zadowoloną jaką powinien mieć człowiek dobrowolnie poddający się katuszom obijania nerek. Mąż nie jest sadystą aby czerpać z tego przyjemność ale teraz już nie jestem tego pewna. Mały człowieczek, przysięgam, przestraszył się mego męża i rozdarł się na cały sklep. Ręce wzniósł w górę chcąc dłońmi obronić się przed atakującym go diabłem. Stęknął jakby ugodziła go dzida rzucona z wielką siłą i zasapał wydychając oprócz dwutlenku węgla również i duszę. W p. wstąpiła najdziksza z dzikich furii. Pochylił głowę do przodu i wysunął dolną szczękę a wąsy zaczęły sterczeć jak kolce na jeżu. Błyskawiczna przemiana również i mnie zaskoczyła. Biedak który wszedł przed chwilą do piekarni trafił do jaskini neandertalczyka ludożercy. Usłyszałam nie tylko ja bo p. rozdarł się na cały sklep. Obelżywe przekleństwo w tłumaczeniu na język polski brzmi dość przyzwoicie więc go nie przetłumaczę. Co za para? Żona żre włosy wyrywając je klientkom w sklepie a mąż chce zabić człowieka na oczach dwudziestu dziewięciu osób. Z miną mordercy p. ruszył w kierunku ofiary która cudem wmieszała się w tłum. Niedoszła ofiara jęczała ze strachu i spoglądała na męża z niedowierzaniem. Nie doszło do rękoczynu bo po prostu nie było miejsca na jatkę. 

- Co dla Pani?
- Co dla Pani? - Kątem oka zauważyłam, że przede mną już nie ma nikogo. Co ja miałam kupić? 
Wyszłam ze sklepu nie przyznając się do wilkołaka ale na zewnątrz dałam upust magazynowanej energii. p. stał milczący co uspokoiło mnie szybciej niż bym chciała. 
- Wziął cię za kobietę a gdy się odwróciłeś dostał szoku. - Zakończyłam. - Zrozum, że z tyłu wyglądasz trochę inaczej niż z przodu. 
Otworzyłam drzwi auta pilotem i wręczyłam go mężowi. 
- Zawieź mnie do domu bo zupełnie straciłam głowę przez twoje zachowanie i nie wiem jak wrócić. Jutro na plaży proszę nie odzywać się do nikogo. Zgoda?

niedziela, 2 lipca 2017

Latająca łódź.

 Jeżeli jeszcze pamiętacie nasze kupowanie biletów na łódkę ze śmigłem podczas poprzedniej wizyty to nie zdziwicie się, że i tym razem nie poszło jak po maśle. Pojechaliśmy tam gdzie łapownictwo nie popłacało. Miejsce jakieś wyludnione i być może właśnie przez to wyglądało mało przyjaźnie. Pomimo tego, że byliśmy jedynymi klientami nasza wizyta nie wywołała zachwytu na twarzy sprzedającego bilety. Zwykle, gdy potencjalny kupujący przekracza próg sklepu to witany jest szerokim uśmiechem, tak szerokim, że bez szczególnego przyglądania się widać szóstki w uzębieniu. Uśmiech numer sześć jest bardzo często stosowany przez sprzedających i mile widziany przez kupujących. Tutaj było inaczej. Znad książeczki z sudoku spojrzały na nas zamyślone oczy. Książka z łamigłówkami była otwarta gdzieś po środku co wskazywało niezbicie, że pan z ogryzionym ołówkiem w prawej dłoni jest w trakcie czegoś bardzo ważnego. Dodawanie i odejmowanie miał najwidoczniej dobrze opanowane bo przecież był już w połowie drogi do ostatniej strony tego frapującego wydawnictwa.
- Chcieliśmy dwa miejsca na małą łódkę. - Trochę wstyd tak przeszkadzać w pracy ale gdy już nieopatrznie wtargnęliśmy w życie nieznajomego przekraczając próg tego miejsca to po zwyczajowym przywitaniu powinnam zeznać bezwłocznie dlaczego tu jestem.
- Najbliższy wyjazd za godzinę. - Głos odpowiadającego był pozbawiony emocji. Przypominał nagranie powitania na poczcie głosowej.
- Acha. - Błysnęłam zębami w niemym uśmiechu. Nie wiedziałam czy powinniśmy być zadowoleni czy natychmiast znaleźć się po drugiej stronie drzwi. Zwróciłam głowę w stronę p. aby uzgodnić dalsze postępowanie bo sama nie byłam w stanie podjąć decyzji. Twarz męża była odbiciem twarzy pana za ladą. Jego emocje a raczej ich kompletny brak ział grozą znudzenia i beznadziei. p. spojrzał na mnie szklanym wzrokiem kamery przemysłowej i wolno wycedził krótkie słowo. Zaakcentował każdą literę z osobna i usłyszałam tyle niechęci w słowie “d-u-p-a”, że lekki mróz musnął mój kark. Wszystko proste. Decyzja podjęta.
- Dziękuję bardzo. - Wrodzona grzeczność w stosunku nawet do mało przyjaznych osób zadziwiła i mnie bo przecież wystarczyłoby samo dziękuję.
- Jeżeli będzie komplet. - Słowa skierowane w naszą stronę znad łamigłówki odebrały mi resztkę optymizmu którym tego dnia mogłabym zarazić nie jedno małe miasteczko. Jeszcze patrzyłam na znudzone lico p. i dlatego mogłam przekonać się, że w tej chwili nikt nie chciałby mieć takiego męża. Obawiałam się reakcji na “olewnictwo” ze strony obsługiwanego klienta. Chwyciłam p. za połę koszuli i pociągnęłam go w stronę drzwi.
- Przyjdziemy później. - Skłamałam gdy przekraczałam drzwi tego zapyziałego miejsca. Nie będę rozpisywała się na temat naszych dywagacji i dogłębnych przeżyć związanych z wizytą pod mało uprzejmą strzechą. Jedynie skwituję to zupełne nieporozumienie jednym już wcześnie przytoczonym słowem. Tym na cztery litery i zaczynającym się na “d”.

Jak to w życiu bywa czasami ponosimy porażki które dają nam kopa do działania. Ruszyliśmy dalej do następnego miejsca, tam gdzie kilka lat wcześniej orżnęłam kasjera bez mrugnięcia powieką. Drzwi do budynku były otwarte i panująca tam pustka rozprzestrzeniała się od przeciwległej ściany do samego wejścia. Żywej duszy w środku nie uświadczysz która przywitałaby nas serdecznie, za to na zewnątrz siedziało trzech mężczyzn gawędząc sobie w najlepsze. Poruszali jakiś ciekawy temat bo nasza obecność nie przerwała rozmowy i zdawało się, że nas nie zauważają. Znowu przyszła kolej na chwilę gdy czujemy się jakbyśmy mieli popełnić wielki nietakt przerywając pogaduszki. Tym razem p. podjął się tego niemiłego zadania. O dziwo po przywitaniu panowie zareagowali bardzo uprzejmie na propozycję zawiezienia nas daleko w nieprzebyte bagna. Wyszło na to, że mamy trzy możliwości podróżowania. Wybraliśmy jednak swoją wersję a nie jedną z oferowanych. Po przedstawieniu oferty brzmiącej jak żądanie i lekkim jej zmodyfikowaniu przez właściciela łódki zapłaciliśmy za godzinę jazdy bez innych pasażerów. Usta wyginały się nam w uśmiechu aż zabolały nas dawno nieużywane mięśnie policzków. Zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie i byliśmy gotowi do drogi.
Naszym kapitanem był bardzo sympatyczny dredziarz z Jamajki co nie zdziwiło nas zbytnio bo obecnie Indianie w USA mają mało indiańskie rysy. Zanim huk śmigła ogłuszył nas na tyle, że i myśli zdawały się nieme, kapitan ostrzegł nas, że nie będzie wygłupów w stylu obrotów o 360 stopni co przyjęłam za dobrą monetę bo ryzyko wywrotki w takim terenie jeżyło mi włosy na karku. 
Zanim rozpoczęliśmy bagienną przygodę tuż obok nas woda zawirowala i obserwator z bandy aligatorów ukrył się pod powierzchnią wody. Tych wodnych morderców jest wszędzie pod dostatkiem.
 Silnik naszej łodzi zaskoczył o dziwo od pierwszego razu i obawa, że to grat zupełny rozpierzchła się gdy sto decybeli uderzyło mnie obuchem w głowę. Mało zgrabna, płaskodenna łódź raźnie ruszyła do przodu i zgodnie z umową zaczęliśmy płynąć zdecydowanie zbyt szybko. Zadowolony p. odwrócił głowę w moją stronę i powiedział coś co mogłabym zrozumieć, że wreszcie płyniemy jak przystało na przeżycie przygody. 
Gdy zobaczyłam, że jego włosy wiatr zaczesał na tył głowy, mocniej nacisnęłam czapkę aby nie stracić jedynej ochrony przed słońcem.
Godzinna przejażdżka minęła szybciej niż się spodziewałam. Może dlatego, że kapitan urozmaicał nam każdą chwilę manewrami które mogłyby mnie wyrzucić za burtę gdybym nie trzymała się mocno siedzenia i nie zapierała się szeroko rozstawionymi nogami.
Chwila przerwy aby rozprostować nogi okazała się zbawienna aby wyrównać oddech. Podczas szalonej jazdy więcej pracy wkładałam w wydychanie powietrza wtłaczanego do moich płuc niż w jego zaczerpnięcie. Teraz, gdy stanęłam na ziemi wreszcie mogłam pooddychać normalnie.

Na spotkanie z nami przypłynęła córka starej znajomej sprzed lat. Dowiedzieliśmy się, że aligatory strzegą swego terytorium i żaden obcy nie ma prawa przebywać tam gdzie wcześniej zamieszkał inny. Ten teren był w posiadaniu dwóch pań i ta młodsza podpłynęła na nasze spotkanie. 
Mało ruchliwe aligatory są wbrew pozorom bardzo szybkie. Chwilowo mogą osiągnąć prędkość 24 mil na godzinę co równa się 38.5 km/godz. Tak szybko mogą się poruszać na lądzie jak i w wodzie. Atak jest natychmiastowy i następuje bez żadnego ostrzeżenia więc lepiej nie ufać naszym szybkim nogom i trzymać się z daleka od ospale wyglądających aligatorów. 
W drodze powrotnej wprawne oko kapitana dostrzegło aligatora który bardzo szybko ukrył się pośród traw i teren znów wydawał się niezamieszkały przez ludzi i zwierzęta.
Gdy powróciliśmy do miejsca wyjazdu bardzo serdecznie podziękowaliśmy za miłą i lekko zwariowaną wycieczkę wręczając suty napiwek uśmiechniętemu kapitanowi.

 
*** 
Duże zdjęcia znajdziesz tutaj.
Więcej zdjęć z bagien możesz obejrzeć w poście Śmigło i zęby.

sobota, 20 maja 2017

Relaks w znanym terenie.

 Nie mogliśmy oprzeć się pokusie aby jeszcze raz nie pojechać rowerami trasą najeżoną aligatorami. Tam gdzie szczęśliwie zakończyła się wycieczka przed dwoma latami rozpoczęliśmy obecną. Aby mieć lepsze rozeznanie w temacie proponuję najpierw przeczytać “Prawie śmiertelny relaks” z czerwca 2014 roku.
Przed wjazdem do parku sprawdziliśmy czy potwór który chciał pozbawić mnie życia ciągle na mnie czeka. Oczywiście oczekiwał mnie, sprytna bestia usadowiła się dla niepoznaki po drugiej stronie kamora. Tym razem nie podchodziłam blisko bo znając jego negatywne nastawienie do mojej skromnej osoby przywitałam go z daleka nie podchodząc na odległość z której mógłby potraktować mnie jako przekąskę. Wszystko wydawało się znajome nawet rowery do wynajęcia były w takim samym opłakanym stanie jak wcześniej.
Gdy uporaliśmy się z wyregulowaniem wysokości sidełek i wybłaganiu koszyka na kierownicę dla mojego pojazdu byliśmy gotowi do rozpoczęcia pełnego okrążenia pośród bagien.
Pośród liści wodnych roślin żyjących w bezpośrednim sąsiedztwie drogi przy której wylegiwały się dorosłe osobniki, baraszkowały maluchy. Wyglądały zupełnie niegroźnie a ich igraszki zatrzymały nas na dłuższą chwilę. Wykorzystaliśmy tę okazję na uspokojenie oddechu i otarcie potu z czoła. Pogoda dopisała na szczęście i na złość. Nie padało co zapewniło nam rozkoszowanie się ciepłem ale właśnie to ciepło zaskoczyło nasze leniwe do tej pory ciała.
Gdy tętno wskazywało na uspokojenie się organizmu ruszyliśmy dalej ale po kilku minutach leniwego pedałowania oczekiwał nas kolejny odpoczynek którego sprawcą był wielki aligator, zupełnie nietypowo zwrócony głową w stronę drogi. Wydawało się, że chce przejść na drugą stronę.
Tak się utarło, że ja jadę pierwsza i nadaję tempo a p. osłania tyły. Przypadło mi do gustu takie rozwiązanie bo nie muszę gonić uciekającego męża i mogę rozkoszować się niezmąconym widokiem horyzontu. Takie udogodnienie ma jednak również złe strony. Jako pierwsza spotykam niebezpieczeństwo czyhające na przejezdnych. Tak właśnie było tym razem. Szykujący się do przekroczenia asfaltu aligator obserwował mnie i przez ułamek sekundy rozważałam możliwość udzielenia mu pierwszeństwa. 

Nacisnęłam mocniej pedały i przejechałam obok niego bacznie zezując w jego stronę. Jadący za mną p. chyba nie miał zamiaru ustępować gadowi bo nie usłyszałam aby się zatrzymał. Gdy szczęśliwie minęłam domniemane zagrożenie krew zagotowała się w okolicy mego serca.
- Łaaaa! Goni mnie!!! - p. darł się w niebogłosy. Zatrzymałam się tak raptownie jak pozwalały na to słabe hamulce roweru. Gotowa byłam walczyć nawet ze smokiem a nie tylko z byle aligatorem. Odwróciłam głowę gdy moje nogi dotknęły ziemi. Z rozdziawioną w uśmiechu paszczą właśnie mijał mnie mój mąż. Minął mnie i pojechał dalej uradowany udanym psikusem. Właśnie wtedy stuletni okaz ruszył na drugą stronę.

- Wracaj!!! - Teraz ja bardzo głośno starałam się zawrócić p. aby wspomógł moje zamiary sfilmowania aligatora w ruchu na powierzchni. W godnej podziwu pozycji z rowerem pomiędzy nogami i obrócona od pasa w górę o 180 stopni nagrywałam jak krok za krokiem, niespiesznie aligator szedł w stronę widocznego mokradła. Dosłownie po sekundzie pojawił się obok mnie p., z aparatem wycelowanym w sunącego aligatora.
 {Zdjęcia jakoś nam wychodzą ale kręcenie przez nas filmów jest polem porosłym dobrze ukorzenionym perzem. Ciągle za szybko ruszamy aparatami jakby to mogło ożywić nieruchome obiekty. O innych błędach już nie wspomnę bo i tak całość naszej twórczości nie nadaje się do publikacji na blogu. Jednak postaram się zamieścić krótki film o naszych przeżyciach na bagnach na deser, po postach ze zdjęciami. Proszę przeto o cierpliwość bo musimy nauczyć się sklejania poszczególnych kawałków w całość. Film będzie i będzie w nim właśnie ten stwór.}
 Urokliwe choć i osobliwe to miejsce. Opisywanie go może być długie i szczegółowe a i tak nie odda całkowicie atmosfery jakby z innej planety. Nie dość, że zwierzaki są na swobodzie to uwielbiają pokazywać się turystom. Opis może być krótki i zwięzły ale wspomożony zdjęciami i właśnie zwolenniczką tej drugiej wersji jestem. Zatem niech zdjęcia przemówią same za siebie.

Zbliżenie oka aligatora ze zdjęcia powyżej, w nim widoczna postać fotografującego obok znaku na dwóch podporach i Słońce około drugiej po południu.
Uwaga na przyrodę, nie tylko zerwanie kwiatka ale nawet źdźbła trawy kosztuje 5000 dolarów! Poprzednim razem nie mieliśmy czasu aby wejść na wieżę obserwacyjną. Ścigaliśmy się z czasem aby oddać rowery przed zamknięciem wypożyczalni. Teraz z wielką przyjemnością poszliśmy na krótki spacer. Widok z wysoka jedynie wzmógł poczucie odosobnienia bo gdzie okiem sięgnąć widać niewysoką trawę i kępki krzewów.
Teraz czeka nas dłuższa część trasy podczas której jakby nic się nie działo. Gdzie okiem sięgnąć trawy porastające bagna sprawiały uczucie, że jesteśmy sami ale kto wie ile głodnych par oczu śledziło nasz każdy krok.
Po opłaceniu wynajęcia rowerów żegnaliśmy Shark Valley zadowoleni i zmęczeni. Czy przyjedziemy tu ponownie nie wiadomo bo co przyniesie jutro tak na prawdę nikt nie wie.
***
Zdjęcia większej rozdzielczości znajdziesz tutaj.