1

czwartek, 5 sierpnia 2010

Mule Canyon - Kanion Muła

 Rozpoczęliśmy dzień niespodziewaną wizytą na górze a teraz czeka nas wspaniała wędrówka po kanionie.
  Mamy do wyboru bardziej i mniej cywilizowaną drogę aby dojechać do Kanionu Muła. Tym razem wybraliśmy tą dla normalnych ludzi ze względu na to, ze już parę godzin nam umknęło z naszego planu. Patrząc na mapę zauważyliśmy, ze będziemy przecinać pasmo skal ciągnące się przez wiele mil. Nikt z nas nie przypuszczał aby było co oglądać tym bardziej, ze kanion do którego zmierzaliśmy miał nas oczarować. Nasz osąd był jednak przedwczesny. 
  W miarę zbliżania się do pasma skal okazało się, ze jest to tektoniczny uskok. Bardziej obrazowo tłumacząc to jakby talerz pękł na pół i jedna cześć unosiła się nad drugą pod niewielkim katem. 
  Ucieszył mnie kawałek pobocza gdzie mogliśmy zatrzymać się aby zrobić zdjęcia. Chcemy jak najszybciej dojechać do celu naszej dzisiejszej wycieczki wiec ruszamy z kopyta. 
  Pozostawiając za sobą przecinkę w skale podążamy do wymarzonego celu. Raptem p. zatrzymał się, mówiąc co widzi we wstecznym lusterku, abyśmy i my mogli to zobaczyć. 
  Wjazd do kanionu przejechaliśmy, a jakże, mało widoczna dróżka nie zwrocila naszej uwagi. Szukaliśmy czegoś monumentalnego. Nasze elektroniczne uradzenia wskazywały, ze jesteśmy za daleko ale my nie widzieliśmy żadnego zjazdu. Wracaliśmy dużo wolniej i raptem okazało się, ze jest zjazd ale bardzo wąski i pod bardzo ostrym katem. Wreszcie jesteśmy na właściwej drodze do fotograficznego raju. Widoki miały nas powalić na kolana i oczy wyłaziły nam jak ślimakom. Przejechaliśmy przez mały mostek i tym razem nie przegapiliśmy tablicy informacyjnej. Wynikało z niej, ze właśnie tutaj jest kanion. Niech mnie wściekła ges kopnie jak to jest to czego oczekiwaliśmy. Wyschnięty potok z kilkoma drzewami nie wzbudził w nas innego uczucia jak zdziwienia. 
- To ma być obiekt naszego zachwytu? - Z niedowierzaniem burknął p. Tablica uparcie informowała o tym, abyśmy zostawili pojazd i ruszyli dnem rzeki. P. rzucił się na mapę i prawie dotykał ją nosem. 
- Jak pojedziemy dalej wzdłuż kanionu to trafimy – tu wskazał palcem jakiś punkt na mapie – na środek kanionu i może tam będzie coś do zobaczenia. - Pytająco spojrzał na mnie. 
- Wszystko inne będzie lepsze niż to co widzę, jedziemy. - Stanowczo podjęłam decyzje bo przecież już jesteśmy na miejscu, które niestety rozczarowało nas dokumentnie. Nikt z nas nawet nie pomyślał o aparacie fotograficznym. Doprawdy nie było gdzie skierować obiektywu, kicha totalna. Jedziemy zatem wzdłuż kanionu oddaleni od niego o jakieś pół kilometra, droga piaszczysta i kamienista ale jeszcze jest znośnie. 
  Po obydwu stronach rosną ledwo żywe krzewy i drzewa. Sucho tutaj i upalnie. Wspinając się ciągle w gore dotarliśmy do miejsca gdzie droga zaczęła sprawiać nam trudności. Wyjechaliśmy na jakieś wzgórze i p. koniecznie musiał pobiec „na strone”. Widok doskonały ale nie na kanion. W dali dostrzegłam namiot i kempingowy VW bus. 
  Z aparatem zaczęłam dokumentować co widziałam. Moją uwagę zwrócił zając olbrzymich rozmiarów siedzący jakby w dziupli pod drzewem, dziwnym drzewem.
  Zupełnie niedaleko rosły kaktusy o kolcach długich jak ludzki palec. 
 Pustynne, małe jukki, które w Ameryce noszą nazwę Joshua Tree jakby prosiły o szklankę wody. 
 Dalsza część trochę nas zaskoczyła gdy okazało się, ze tym samochodem dalej nie pojedziemy. P. był wściekły i pomstował na wszystko dookoła. Otaczający go świat zrobił mu na złość. - Ale wybrałeś trasę. - Sarkastyczny ton, który niechcący wyrwał mi się z ust doprowadził p. do szału. Wszystko było nie tak, za ciepło, gdzie są te widoki zapierające dech w piersiach, dalej tylko piechotą a jest już dość późno. 
  Największą radochę miał Wik bo położył się na drodze i powiedział, ze spokojnie możemy go rozjechać. P. mruczał, syczał aż wreszcie wymamrotał: – Po powrocie kupie Jeepa. - I rzeczywiście kupił. Później okazał się najbardziej znienawidzonym pojazdem na świecie.
Minęła nam ochota na zwiedzanie kanionu tym bardziej, ze jesteśmy dużo wyżej i rzeka tutaj musi być jeszcze węższa niż tam przy mostku. W ten oto sposób nasz wyjazd zakończył się totalnym fiaskiem. Nasza noga nie spoczęła w Kanionie Muła. Do Moab wróciliśmy na pózną kolacje, zamiast relaksu czekała nas pracowita niespodzianka ukryta w namiocie.

środa, 28 lipca 2010

Bear Mountain -Niedźwiedzia Góra

Dzisiaj mamy w planie relaks i wizytę w Mule Canyon. Taka zupełnie krotka wycieczka bo nie każdego dnia stać nas na najwyższe obroty. 
- Pojedziemy rano, wcześniej wrócimy i po południu znajdziemy jakaś knajpkę. - Wizja zupełnie przyjemna i z chęcią przystałam na taka formę odpoczynku. Po trzeciej kawie jestem już zdolna do działania i nawet szybko zebraliśmy się do wyjazdu. Do Kanionu Mula mamy jakieś trzy godziny jazdy. Zupełnie nie źle, trzy na powrót i nie więcej jak dwie na miejscu, taki wynik to pestka. Z tego co wiemy to Kanion Mula jest bardzo malowniczy i zalecane są piesze wycieczki z aparatem fotograficznym. Nie zawadzi poruszać mięśniami. 
Po godzinie wjechaliśmy w dolinę otoczona przez góry porośnięte karłowatymi, wiecznie zielonymi drzewami.  Wakacje w naszym przypadku to poszukiwanie i przeszukiwanie terenów obok utartych szlaków turystycznych. 
- Może skoczymy na tamtą górę? Jest droga. - Zanim przytaknęłam rzeczywiście skoczyliśmy na pozbawiona nawierzchni dróżkę. Zatrzęsło tak, ze zacisnęłam zęby aby plomby mi się nie poluzowały. Kamienie złowrogo zadudniły pod kolami i p. zwolnił ku mej uciesze. Góra o nazwie Bear Mountain (Niedźwiedzia Góra) w oddali wyrastała ponad inne. Zboczyliśmy  z trasy i patrząc raz przed siebie, raz na mapę czułam, ze dwie następne godziny mamy z głowy walcząc z przeciwnościami terenu. Przejechaliśmy cala nizinę bez większych emocji nie licząc chwilowych ostrych hamowań i raptownych skrętów przy omijaniu dziur i większych odłamków skalnych. 
- Ale jazda! - Radośnie oznajmił p. Ja widziałam i przeżywałam chyba coś zupełnie innego niż on i nie czerpałam przyjemności z brutalnego traktowania mojego ciała. Niedźwiedzia Góra zbliżała się do nas i nabierała coraz większych rozmiarów. Zaczęliśmy piąć się po coraz to gorszej drodze. Było wąsko ale bez zakrętów. 
Jechaliśmy przez cały czas jednym stokiem i mogłam podziwiać zielona dolinę, którą wcześniej jechaliśmy. 
Pomijam niewygodę podróżowania w takich terenach ale osiągniecie szczytu nagradza trud cudnym widokiem. Rozumiem cliffhangerow i alpinistów, ich upór i wysilek włożony w zdobycie szczytu. Mnie wspięcie przyszło o wiele łatwiej, byłam zachwycona.
 Bardzo grzecznie poprosiłam o więcej i p. ochoczo pojechał dalej. Droga zaczęła niknąć i dalsza jazda stała się niemożliwa dla naszego auta. 
Gdybyśmy mieli czołg to pewnie jeszcze do dziś zdobywalibyśmy kolejne szczyty. Spojrzałam na zegarek, niewiele się pomyliłam w oszacowaniu długości naszej dodatkowej wycieczki. Teraz prosto do obiecanego Kanionu Mula.

sobota, 24 lipca 2010

Dolina Bogów

Moab, Moab, Moab śpiewam sobie jeszcze nie napisana piosenkę. Znów jesteśmy w Utah i zaczynamy szaleć po zakątkach tego uroczego Stanu.
Pogoda wspaniała, jest bardzo ciepło ale nie ma wilgoci i radośnie spoglądam na zupełnie przeciętne miejsce na namiot. Rozkładamy nasze obozowisko na czerwonym piasku i kurzu, o zielonej trawie można tylko pomarzyć. Umęczeni po podroży jeszcze dobrudzimy się przygotowując nocleg a później kąpiel i ognisko. Ochoczo podreptaliśmy (o biegu nie było mowy) pod prysznice. Nie wiem dlaczego ale ja zawsze jakoś dłużej się kąpie niż p., może dlatego, ze mam dłuższe włosy? Niech tak zostanie bo jest to bezpieczna wersja na określenie tego co potrafię wyczyniać w kąpieli. Gdy wróciłam do naszej "zagrody" p. już przygotował istna ucztę. Mokre włosy zaraz wyschną wiec natychmiast muszę je rozczesać bo później wszystkie powyrywam. Jest chyba dziesiąta w nocy i lekko się ochłodziło ale o marznięciu nie ma mowy. Lampka się świeci i przyciąga nocne latające stworzenia. Nie ma komarów bo jest za sucho a ćmy są ogromne i koniecznie chcą przebić szkło ochraniające żarnik lampy gazowej, takiej z koszulkami, jak sto lat temu.
W czasie naszych pobytów na kempingach próbowaliśmy oświetlenia elektrycznego ale baterie szybko się wyczerpują i na odludziu raz pozostaliśmy bez światla. Później kupiliśmy latarnie na korbę do doładowania akumulatora w niej umieszczonego ale efekt był do niczego, p. siedział i kręcił jak galernik a prądu wystarczało na naście minut. Mała turystyczna butla gazowa wystarcza na długo i można ja wykorzystać do gotowania i zasilania lampy. Już jestem gotowa i koncentruje się na stole, jestem głodna, dopiero teraz czuje, ze żołądek sam siebie strawił. Ponoć serów nie powinno się jadać na noc bo są ciężkostrawne ale na wakacjach wszystko jest dozwolone. Ognisko płonie ale dzisiaj nie mamy ochoty na kiełbasę, z samochodowej lodówki wyciągamy domowe jedzenie. Mamy ser Camembert z dżemem wiśniowym oraz pokrojony w kosteczkę ser Le Gruyere z kaparami i zielonymi oliwkami nadziewanymi czerwona papryka. Takie nic tam ale najadać się nie musimy bo późno. Ważne aby zagłuszyć donośne ssanie dochodzące z brzucha. Jakie to cudowne uczucie tak znaleźć się z dala od codziennego życia i nie dbać nawet o to, ze to zbrodnia pic Jasia Wędrowniczka z Coca-Cola. Ja tak lubię pic i będę, tak samo jak lubię chodzić w dużej męskiej podkoszulce w majtkach i bez stanika. Sa wakacje i wariuje z tej okazji, wreszcie mogę! Rano ruszyliśmy na całodniowy wypad nad granice z Arizona. Trasę wytyczyliśmy przed wyjazdem z kempingu gdy słońce zaczęło wesoło zaglądać śpiochom w namioty. 
Roboty drogowe są wszędzie i zawsze tam gdzie nie potrzeba. Nawet dzisiaj gdy już zapomniałam o cywilizacji dwudziestego pierwszego wieku. 
Palący się las przypomniał o zagrożeniach panującej suszy.
Po lewej rozpościera się rozległy widok na Doline Bogów. Widać wąską drogę biegnącą jej środkiem. Bardzo romantyczne miejsce i również surowe. 
- Tam będziemy jechać. - Głos p. nie zdradzał krztyny uczucia wiec zaczęłam podejrzewać podstęp. Owszem widzę drogę ale jest oddalona od nas jakieś 10 kilometrów i przynajmniej kilometr pod nami. Wiem lub raczej domyślam się co nas czeka. Serpentyny i zakręty przyklejone do ściany skalnej. 
No cóż zaczynam się przyzwyczajać do nie zwyczajnych podróży. Akurat taka forma poruszania się autem bez napędu na cztery "łapy" może okazać się długotrwałą, tak było wcześniej gdy p. dorzucał kamieni pod kola aby auto nie zawisło na podwoziu. Co nas czeka za chwile? Nie musiałam długo czekać aby kolejna niespodzianka zjeżyła mi włosy na głowie. 
 - Dobrze, ze jedziemy w dol to będzie super widok. - p. zachęcająco w różowych barwach przedstawiał nadchodzące chwile. 
Asfalt się skończył i napis na tablicy ostrzegawczej pionformowal nas bardzo wyraźnie o tym, ze dalej można jechać na własna odpowiedzialnosc. 
Przed nami Dolina Bogow więc niech wszyscy Bogowie wezma nas pod swoja opiekę i nie opuszczaja nas nawet na sekundę. Ten wrak chyba pozostawiono na przestrogę i uświadomienie podjętego ryzyka.
 Skąd ta nazwa? Nie znajdowałam odpowiedzi a szperanie w przewodnikach nie zawsze daje prawdziwe wytłumaczenie. Czasami jest tak, ze zwyczajowo określa się dane miejsce. Zdarza się złe tłumaczenie z tutejszego indiańskiego języka lub nazwa została nadana przez hiszpańskich kolonizatorów. Wiemy jak zawiklana jest historia amerykańskich Indian i nie  pora aby teraz zagłębiać się w ta niezbadana dziedzinę. Dolina Bogów jest olbrzymia i po środku niej stoi kilka samotnych skal. Zboczyliśmy z utwardzonej drogi aby dojechać do jednej z nich, tuman kurzu znaczył ślad przebytej drogi. Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się jednak i zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy. 
W miarę zbliżania się do skały urok tego miejsca jakby słabł. Może lepiej zapamiętać ogólny widok i panującą atmosferę niż stanąć przed gola skala, ona nie opowie nam wspaniałych historii, których była świadkiem. Jesteśmy teraz w samym środku Boskiej Doliny, otaczają nas odlegle wysokie zbocza gór. Z jednego z nich szczęśliwie zjechaliśmy aby znów odkrywać uroki tego kraju. 

wtorek, 20 lipca 2010

Goosenecks czyli Gęsie Szyje

 Nie mogę się odczepić od Utah albo Utah mnie przyciąga. Znów myślami jestem na pograniczu  bo do Arizony tylko 20 mil. To jest  obszar chyba najbardziej nasycony niesamowitymi widokami. Czerwone skały o przeróżnych formacjach  już były, prerie i pustynie tez. Lasy mogą mnie usidlić w swych dziewiczych ostępach do końca życia, szczególnie gdy w pobliżu jest jeziorko lub rzeczka. Szumiące górskie potoki rozbrzmiewają tęskną melodia chcącą zatrzymać cię swym urokiem na resztę dni.
 Nie przypuszczałam jednak, ze tak duża rzeka jak San Juan może unieruchamiać szczęki w pozycji otwartej przez dłuższy czas. Po wizycie w Grand Canyon wydawało mi się, ze to szczyt możliwości płynącej wody. To co zobaczyłam tutaj uświadomiło mi prawdę powiedzenia "nigdy nie mów nigdy". Tam była powalająca na kolana potęga a tutaj figlarna San Juan stworzyła kolejne arcydzieło, zupełnie inne ale również zachwycające. Łatwo to miejsce przegapić bo nie jest bardzo reklamowane. Pamiętam, ze pierwszy raz, kilka lat temu nie skręciliśmy w wąską drogę prowadzącą do Goosenecks State Park. 
 Tym razem tego błędu nie popełniliśmy i przed naszymi oczami ukazały się Gęsie Szyje, tak tłumaczy się z angielskiego nazwę tego Parku Stanowego. Zesztywniałam ze strachu gdy p. podjeżdżał do przepaści, można zatrzymać się w dowolnym miejscu wiec gdybym siedziała za kierownica samochód stal by jakieś dwadzieścia metrów wcześniej. Most Golden Gate w San Francisco to kiepskie miejsce dla samobójców, tutaj istne marzenie. Nie ma żadnej barierki i spaść można w każdej chwili chodząc zbyt blisko krawędzi. Podłoże jest zupełnie niespójne, jakby wymieszać gruby żwir z piaskiem. 
 Wysokie brzegi rzeki można kruszyć ręką, nic nie trzyma się kupy. Postanowiłam natychmiast brać nogi za pas ale znalazłam kawałek skały, której nie byłam w stanie pokruszyć ręką ale i tak nie miała solidnego wyglądu. 
 Pomyślałam, ze tak od razu to wszystko nie runie w dol i postarałam się bardziej zbliżyć do krawędzi przepaści. Mdliło mnie w dołku a nogi dostałam tak sztywne, ze z wielkim trudem posuwałam ciężkie stopy do przodu. Zamurowało mnie dwa metry przed urywającym się gładkim terenem i nie mogłam już dalej pójść. Koniec dalej nie jestem w stanie posunąć się nawet o centymetr.  Z tego miejsca obserwowałam widoki, może tak dokładnie nie widziałam zakrętów wyrzeźbionych przez rzekę ale jestem pewna ze brakujące 5% dopowiedziała mi moja wyobraźnia.
 Chyle czoło przed tym kto wymyślił nazwę tego miejsca, lepiej nie można było. Tutaj wszystko grało nazwa i widok to jedna całość w przeciwieństwie do Doliny Bogów. Tam gdyby nie jeden szczegół to nigdy nie pamiętałabym tego miejsca, ale o zakrętach śmierci już za chwilkę.

czwartek, 15 lipca 2010

Droga do Słońca, Arizona/Utah

  Robię orła na czerwonym piasku, na samej granicy Arizony i Utah. Tam chyba jest źródło energii i życia a ja potrafię z niego korzystać. Co roku naszą pierwszą myślą jest wyjazd do południowej części Utah i północnej Arizony. Już kilkakrotnie tam byliśmy ale za każdym razem odkrywamy nowe oblicze tego terenu. Dla mnie nie jest to ważne w jakim Stanie znajduje się dane miejsce, ważne ze jest ładnie. Szczegolnie ladnie jest wlasnie tam. 
  To zdjęcie jest jak  cala  Ameryka, pogoń za marzeniami, bezkres przestrzeni, niepokój i smutek. Widnieje ono na okładkach wielu przewodników po Arizonie i USA. Podczas kolejnej wyprawy i my natknęliśmy się na ten zapierający dech w piersiach widok.
  Pierwszą reakcją było raptowne naciśniecie na pedał hamulca i zjazd na pobocze. Po chwili staliśmy uzbrojeni w aparaty i kamerę. Każdy pstryka, każdy kreci i uważa, ze jego zdjęcie będzie najlepsze. Zdjęcie może być nawet takie sobie po to by przypomnieć sobie o tym, ze tam byłam i widziałam.
  Fantastyczne formy skal zatrzymują nas na dłużej i wcale tego nie żałujemy. Chcemy napatrzeć się na zapas jakby za chwile ktoś miał zwinąć tapetę pozostawiając po niej odrapany tynk. Zachłanność nasza na tego typu widoki nie ma granic. To tak jakby patrzeć na swój ukochany obraz w muzeum. Im dłużej patrzysz tym bardziej cie wciąga.
  Tutaj pogubiłam się w czasie i przestrzeni, nie straszna była pogoda; temperatura jak zwykle ponad setkę i wiatr nie oszczędza mojej cery nie wspominając o bezlitosnym słońcu. Nasze wakacyjne wypady zwykle planujemy poza sezonem wakacji szkolnych. Jest wtedy troszkę luźniej i łatwiej o miejsce na kempingu. Czasami śmiejemy się, ze to jakby prywatna audiencja u matki natury.
  Trochę mi brak straganów z indiańskimi wyrobami ale zawsze musi być coś za coś. Teraz tylko nieliczne zapraszają spóźnionych turystów na zakupy z pierwszej reki.
  Jest jeszcze jeden ogromny plus wrześniowych wyjazdów, jest ciut chłodniej i przytulniej. Lipcowe słońce sprawia, ze wszystko dookoła jest jakby nienasycone albo zmyte, nie daje ładnych cieni i jest zbyt duży kontrast. Wrześniowe słońce jest lagodniejsze i sprawia rzeczywistość bardziej kolorową.
  Ja filmuje o każdej porze dnia i nocy ale p. nie dotyka aparatu fotograficznego (jak nie musi) do godz 15:30, gdy według niego zaczyna się spektrum światła, które uwielbia. Jak sam mówi to atawizm. Dawno temu gdy wieczorami rozpalano ogniska rozpoczynały się tajemnicze chwile. Czerwone plomienie dodawaly uroku a czerwony kolor, jak wszyscy wiemy odstrasza zle duchy. Moze dlatego p. swoja dziesiecioletnią, ukochaną, wakacyjną podkoszulke w kolorze czerwonym nie pozwala wyrzucic. Nie stosujemy tricków aby zachwycić oglądających, robimy zdjęcia dla siebie i "na pamiątkę". Niektóre robimy na szybko w ogóle nie zwracając uwagi na ustawienia i pędzimy dalej. Tutaj było podobnie, chcieliśmy uchwycić widok otaczający nas dookoła.

piątek, 9 lipca 2010

Crazy Horse

Najpierw go słychać, potem go widać jak cie wyprzedza a na końcu mijasz go stojącego na poboczu oczekującego pomocy. Taka zagadka przyszła mi na myśl na sam początek, kto odgadnie ma u mnie butelkę szampana.
Black Hills to miejsce gdzie możesz błądzić cały rok odkrywając jego uroki. Góry porośnięte lasem, małe jeziora i rzeki. Ludzi tyle, ze największy samotnik byłby zadowolony z pobytu w tych stronach. To miejsce ma swoja magie przyciągającą tysiące motocyklistów z całej Ameryki w lipcu. Co roku w Sturgis odbywa się zlot harleyowców. Grzechem byłoby tego nie zobaczyć na własne oczy będąc w USA. Zdjęcia dają tylko ogólne pojecie ile ludzi może się zmieścić w jednym mieście i jego okolicach. Nie wymienię liczby bo dokładnie nie wiem ale na mój gust to na pewno za dużo.
Sturgis jest zawładnięte przez motocykle i dla nich to miasto żyje przez dwa tygodnie. Sa dosłownie wszędzie i dźwięk (czytaj hałas) ich silników wprawia w wibracje twoje ciało w ciągu dnia i nocy. Tak na marginesie to sklepy spożywcze w tym czasie są wymiecione z artykułów nadających się do jedzenia i z trudem zaopatrzyliśmy się w (nie) to co potrzebowaliśmy. Za to sklepy z pamiątkami uczestniczą w wyścigu cen. Wszystkim wiadomo, ze jak stać kogoś na motocykl za 25 tys. dolarów to zalicza się on do bogatszych niż przeciętniak. Z myślą o najeździe "dzianego" towarzystwa sklepikarze przygotowują najwymyślniejsze wyroby. Sa cacka, ze aż trudno od nich oko oderwać ale gdy spojrzysz na cenę to wydaje ci się, ze dodatkowe zero zostało dopisane specjalnie na ta okazje. Nie jestem specjalistka od indiańskiej garderoby lub biżuterii ale orientuję się, ze takie rzeczy jak w Sturgis można spokojnie kupić za polowe ceny bez zbytniego targowania się w lombardach małych miast. Właśnie tam na uboczu szlaków turystycznych spotkałam wyjątkowej urody egzemplarze. 
 Historia powstania pomnika sięga roku 1948 i chwyta za serce gdy dowiadujesz się, ze projektantem i pierwszym wykonawca był Korczak Ziolkowski
 Gigantyczne przedsięwzięcie powstaje z prywatnych funduszy. Dla latwiejszego zrozumienia jak wielka jest ta rzezba wspomne, ze po wyciagnietej rece jezdza ciezarowki!!!
Niedaleko, aby Crazy Horse nie był jedyna atrakcja tego terenu powstała skalna rzeźba przedstawiająca głowy czterech prezydentów. 
Totalny plagiat pomysłu ale za to szybko ukończony za państwowe pieniądze. Wszystko lśni na wysoki połysk, począwszy od amfiteatru, poprzez piętrowy parking a kończąc na alei z kolumnami symbolizującymi stany Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Wszystko wygląda OK lub tylko OK, brak tu duszy w tym gigancie na pokaz. 
Byłam, widziałam, ale i tak pamiętam Crazy Horse. Z ulga spędziliśmy dwie noce gdzieś w lesie z daleka od cywilizacji, małe jeziorko nad którym obozowaliśmy nie widziało człowieka cywilizowanego przez dłuższy okres. To co kiedyś czytałam w książkach o Indianach i ich życiu raptem stanęło przede mną jak wyjęte z bajki a jednak rzeczywiste.
- Mapa nie kłamie tam musi być jezioro. - Słowa p. starały się nagiąć rzeczywistość do jego wizji. Pewnie jest ale nie ma drogi. Jedziemy posługując się brakiem zdrowego rozsądku poprzez zarośla, krzewy i małe drzewka. Zgrzytanie gałęzi po karoserii auta układa się w znana mi już piosenkę pt: "Świadomie niszczę swój dobytek". Dzisiaj właśnie dopisujemy kolejna zwrotkę z zimna krwią i bez śladu żalu. 
Rozwiązanie zagadki nie powinno być trudne, jest to motocyklista na Harley-Davidson.