1

sobota, 23 października 2010

Idaho

Kolejny dzień przywitał nas silnymi podmuchami wiatru i groźnymi deszczowymi chmurami. Siedzącym w aucie taka pogoda wcale nie straszna ale wspomnienie ubiegłej nocy nie było mile.
Resztę Montany przejechaliśmy z jednym przystankiem na kawę i tankowanie wiecznie głodnego pojazdu. Autostrada omijała wysokie góry ze śniegiem na ich szczytach. Zimy tutaj muszą być srogie i obfitujące w nadmiar śniegu.
Widoki kusza aby zatrzymać się na dłuższa chwile. Do samego wybrzeża Pacyfiku wszystko po drodze to tylko dojazd i nie możemy sobie pozwolić na zmianę planów bo braknie nam czasu na zaplanowana trasę.
Idaho przywitało nas torem wyścigowym dla go-kartów. Cudowna okolica, dookoła góry porośnięte choinkami i pomiędzy nimi strumyk. Zaiste bajkowy widok jak z pocztówki. Droga biegnąca wzdłuż rzeki przyklejona do jednego zbocza wiła się obok niej. Po kilku kilometrach znak drogowy wywołał mieszane uczucia. Jak to 99 mil (159 kilometrów!) samych zakrętów. Czy to możliwe? Mnie to nie przeszkadzało bo jako pasażer koncentrowałam się na widokach, p. jednak popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Zapowiada się niezła trasa. - Słońce świeciło jakby nie było żadnej przeszkody pomiędzy nim i naszym autem. Czyste górskie powietrze zawierało w sobie tylko zapach lata. Cienie były tak głębokie, ze wydawało się, ze wjeżdżamy w noc gdy słoneczny odcinek kończył się cieniem. Az oczy bolały od tych ciągłych zmian.
Wąska droga jak zapowiadał znak drogowy wiła się i kręciła bezustannie. 
- Czegoś podobnego w życiu nie widziałem, przecież tu nie ma ani metra prostego kawałka drogi. Oszaleje od kręcenia kierownica albo zakręci mi się w głowie i wpadniemy do wody. To jakiś koszmar. Jechać się nie da. - Oczywiście dla p. poruszanie się z prędkością 40-50 mil na godzinę to nie jazda.
Chyba pierwszy raz przez tak długi czas jechał poniżej dozwolonej prędkości i był wściekły. 
- Mnie się podoba, zobacz jak tu ślicznie.  
- Ale ja nic nie widzę tylko asfalt, nie mogę na chwile popatrzeć w bok. 
- To patrz przed siebie z boku nic nie widać. Ja będę robiła zdjęcia i nagram trochę video to sobie później pooglądasz. - Parskniecie kierowcy miało chyba wiele znaczeń bo przez długą chwile się nie odzywał. Nie mogl sobie pozwolic na chwile nieuwagi bo oprocz dobrze widocznych ciezarowek rowerzysci byli niebezpieczna niespodzianka.
Widok ładny ale zawsze ten sam. Nie mogło dużo się dziać w takiej bezludnej okolicy. Góry przesłaniały horyzont a jedyna roślinnością były wszechobecne iglaste drzewa.
Zatrzymaliśmy się na rozprostowanie kości i chwilowy relaks dla p., ja nie byłam zmęczona ale z przyjemnością popatrzyłam na okolice z mostu łączącego dwa brzegi tej nieznośnej rzeki.
Po kolejnej godzinie jazdy koniec zakrętów. Hurra! Wreszcie. Droga wyprostowała się nieznacznie i było teraz o wiele więcej widać.
Góry ustąpiły miejsca odleglejszym pagórom i zrobiło się jaśniej, horyzont oddalił się i to był znak, ze zbliżamy się do Washington.

czwartek, 21 października 2010

Sabat Czarownic.


Zacznę od końca aby wszystko było jasne, bo jak będzie po kolei to nic nie zrozumiecie albo sama się pogubię. Wszystkie znamy te kilka slow na pożegnanie przy drzwiach trwające dłużej niż cale spotkanie.
- Twój blog to Babiniec, taki sabat czarownic, same baby i ani jednego chłopa. - Az mnie odrzuciło na pół metra na kanapie. Tak powiedział mój ulubiony do tej chwili p. Ten sam, który pomaga mi w utrzymaniu bloga. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, ze często mnie zapytuje o moje internetowe koleżanki i chyba go to interesuje albo dobrze udaje zupelnie jak kameleon. Może go skrzywdziłam bo zawsze chętnie pomoże mi wybrać zdjęcie, czyta moje marne wypociny, krytykuje i sugeruje poprawki. Jego trafna uwaga wprawiła mnie w zdumienie. Przecież żadna z nas nie porusza wyłącznie babskich tematów, opisujemy nasze spostrzeżenia i doświadczenia. Dlaczego nie ma facetów nie mam pojęcia. Nikt im nie zabrania czytania i komentowania. Z drugiej strony to może i lepiej, ze pozostajemy właśnie w takim dobrze rozumiejącym się gronie. Znając "męskie" rozmowy rozpoczynające się od polityki i samochodów wiem, ze zakończą się na obrabianiu dupy znajomemu. (Przepraszam ale pupcia mi zupełnie nie pasuje). Może oni nadają się do gadania i prostej roboty a nie do przemyślanych i odpowiedzialnych czynów. "Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy. No gdzie?!"
Zanim mi ktoś zechce przytknąć łatkę to uprzedzam, ze nie jestem feministka i dobrze czuje się w spódnicy, której nie zamienię na spodnie.
Spódnica o wiele ładniej wygląda powiewając gdy lecę na miotle na spotkanie moich przyjaciółek Czarownic. 

piątek, 15 października 2010

Spanie w Montanie

Nasze plany zapowiadały dość krotki przejazd do Wyoming i tam nocleg nad znanym nam jeziorem. Podkreślam, ze byliśmy w tym miejscu już dwa razy i dlatego je wybraliśmy. Już nam się widziała kąpiel, ognisko i odpoczynek a okazało się, ze nie mogliśmy znaleźć drogi dojazdowej. Mieliśmy komputer z dokładnymi mapami i GPS. Wszystko było jak należy tylko drogi nie było. Jak to możliwe nie mam pojecia. P. toczył piane jak wściekły pies, warczał bluźnił i jeździł jak wariat. Po dwóch godzinach wylądowaliśmy na drodze prowadzącej w kierunku domu. ☹
Zatrzymaliśmy się aby chwile odsapnąć. Dwa papierosy p. wypalił w ciągu minuty. Chodził dookoła samochodu jak lew w malej klatce. Widać trochę ruchu na świeżym powietrzu uspokoiło jego nerwy i zaczęliśmy po raz kolejny studiować mapę. Ku mej uciesze zrezygnowaliśmy z dalszego poszukiwania i pojechaliśmy w stronę Montany.
Zupełnie na wariata wybraliśmy jakieś jezioro daleko od naszego wytyczonego celu i okazało się, ze warto było dać się poprowadzić ślepemu losowi. Nie można robić czegoś na sile jak nie wychodzi. Nie mogliśmy znaleźć jeziora w Wyoming to będzie jezioro w Montanie. Ślepy los okazał się rzeczywiście ślepy bo miejsce do którego o dziwo dojechaliśmy bez problemu okazało się ładne ale niegościnne. Już po drodze zaczął padać deszcz z kilkoma przerwami. 
Trafiliśmy na jedna z nich w czasie rozbijania namiotu, nie padało ale za to wiało. Druga noc zapowiadała się burzowo jeżeli nie huraganowo. Znaleźliśmy jednak wyjście by namiot nie zamienił się w latający dywan i umiejscowiliśmy go pod dachem obok piknikowej ławki. 
Przywiązaliśmy namiot gumami bo o śledziach nie było mowy, betonowa podłoga nie pozwalała na to. Od drugiej strony zrobiliśmy prowizoryczna ścianę aby wiatr nie hulał z taka silą. Pomysł okazał się idealny na ta pogodę bo noc rzeczywiście była niespokojna a deszcz ustał dopiero nad ranem. 

środa, 13 października 2010

Pomagajmy sobie.


Chciałam podzielić się z Wami wiadomością, ze nasza blogowa koleżanka Ewa zbiera na rower swoich marzeń. Jeszcze daleko do ich realizacji. Dzięki Waszej dobrej woli i internetowi akcja ta może zatoczyć szerokie kręgi i szybko zakończyć się sukcesem. Byłoby mi bardzo milo abyście zamieścili na swoich blogach krotki post o Ewie i gorąco zachęcali do zbiorki pieniędzy. Każdy grosik się liczy i przybliża cel. Poniżej zamieszczam link do jej bloga gdzie znajdziecie wszystkie informacje.



Dzisiaj pomożesz Ty, jutro pomożemy Tobie!

niedziela, 10 października 2010

Crazy Horse 2

Pożegnaliśmy Badlands i naszym kolejnym punktem na mapie był Crazy Horse, monumentalny pomnik legendarnego indiańskiego wodza. Tym razem już nie byliśmy w kinie aby obejrzeć cala historie powstawania pomnika. Jak zwykle koncentrujemy się na najważniejszych sprawach i pomnik to dla nas numer jeden a nie całość wokół niego. Nie mogłam jednak oprzeć się krótkiemu rekonesansowi po wystawach. 
Oczy otwarte na najmniejsze detale dostrzegły bardzo ładną indiańską biżuterię i indiański nos. Kiedy widzę te wyroby to tracę zmysły i gubię kontakt ze światem. Nie muszę kupować, wystarczy mi kontakt wzrokowy z mini arcydziełami. Taka zupełnie inna ta biżuteria jakby z innego świata, z innej planety. Być może to będzie niewytłumaczalne ale podobne wibracje duszy miałam tylko w sklepach w centrum Helsinek. Sztuka złotnicza Indian i Skandynawów (zupełnie odmienna) jest mi bliska w niewytłumaczalny sposób. Rozumie ja i inspiruje mnie ona jak żadna inna. Święte Niebiosa ja tutaj o srebrze i turkusach, zawijasach z miedzi a zapomniałam napisać o tym, ze (wspoł)żyję z Indianinem. Chodziłam i patrzyłam, nie przypatrywałam się szczególnie makietom pomnika Crazy Horse, których było bez liku na dystansie 150m. W pewnym momencie p. stanął przy kolejnej miniaturze pomnika i jego profil pokrył się z profilem sławnego wodza. Chichocząc odwróciłam głowę udając zainteresowanie jakimś przedmiotem obok mnie. 
Prawie taki sam ....
Prace posuwają się na przód i już jest gotowa twarz pomnika. 
zdjecie z internetu
Z napisów wynikało, ze można pojechać na wyciągniętą dłoń i stanąć oko w oko z walecznym Indianinem. 
- Jedziemy? - Zapytałam ostrożnie. Po uzyskanych informacjach o cenie takiej krótkiej wycieczki wynikało, ze dojazd vanem i wejście na rękę pomnika kosztuje 125 dolarów od osoby. Stojąc przy kasie zamieniliśmy się w dwa slupy soli. Nasza reakcja nie zrobiła najmniejszego wrażenia na obsłudze. Widać nie byliśmy jedynymi, których cena zaskoczyła. 
- Nie jedziemy. - Z żalem zadecydowaliśmy. To lekka przesada aby za półtora kilometra jazdy zapłacić taka sumę. 
Oczywiście nie za sama jazdę ale jeszcze za możliwość znalezienia się na rzeźbie. Pomimo wszystko, uznaliśmy, ze to są nienormalne opłaty dla normalnych ludzi. Cale to zamieszanie trochę mnie wzburzyło i popsuło wizerunek całego przedsięwzięcia, którym kiedyś byłam bardzo zachwycona. Idea wspaniała ale realizacja do niczego. Za 50 zielonych byłoby dużo więcej ludzi i zysk większy. No cóż ja nie kalkulowałam zysków i strat tego kompleksu, wystarcza mi moje własne domowe: co i za ile. 
Jeżeli jest ktoś chce tylko zaliczyć to miejsce to wcale nie musi płacić za wjazd na teren powstawania pomnika. Można go obejrzeć z drogi a lornetka pomoże dostrzec szczegóły.

czwartek, 7 października 2010

Badlands 2

Gdy kelnerka przyniosła menu nie mieliśmy żadnego problemu z wyborem dania. Oprócz kawy dwa omlety, dla mnie zachodni a dla p. z szynka. Na sama myśl o piciu brudnej wody zupełnie nietrafnie nazywanej kawa robiło mi się niedobrze. Raz kozie śmierć, pomyślałam i postanowiłam o tym więcej nie myśleć. Obiecanki cacanki. Brązowy kubek nie dodawał uroku ani smaku kawie. Duzo cukru, bardzo dużo cukru aby oprócz niego nic innego nie było czuć. Może to "coś" ma w sobie choć odrobinę kofeiny. Omlet był ogromny, złożony na pół ukrywał w sobie kawałki wołowiny, kiełbasy, szynki i inne nierozpoznawalne składniki. Na wierzchu dużo żółtego sera i ostry sos. Taki pyszny, smakowity a kalorii tyle, ze nie mogły pomieścić się na talerzu i co chwila kilka z nich wyskakiwało na stół. Poddałam się w połowie bo mój żołądek zapełniłam w takim stopniu iż kolejny kęs ... no dobrze pominę resztę. Po godzinnym biesiadowaniu czas ruszać w dalsza drogę. Jeszcze tylko kawa na wynos dla kierowcy a dla mnie paczka bardzo niezdrowych czipsów. Sa wakacje, jesteśmy daleko od domu, wszystko jest jakby inne to dieta tez powinna być inna aby wszystko pasowało. Wyszliśmy z restauracji jakby do innego świata. 
Poranne słonce już wstało i rozgoniło cala mgle. Przywitał nas cudowny dzień i obiecywał ciepełko. 
Do celu pierwszego dnia dojechaliśmy około piątej po południu. Rozpoznawaliśmy to miejsce bo byliśmy tu już wcześniej. Parę lat różnicy ale temperatura ta sama. Obiecaliśmy sobie, ze nie będziemy katować się odczytem temperatury na termometrze. Ogólnie było lekko za ciepło w naszej skali odczuć. Na kempingu pierwsza rzeczą po zatrzymaniu auta było odpalenie komputerów.
Tak to nie pomyłka, każde z nas miało swój własny. Ja musiałam przecież sprawdzić co się dzieje w swiecie blogów a p. swoje mało istotne pierdoły. W tak dużym aucie na dwie osoby było tyle miejsca, ze postanowiliśmy się nie ograniczać. Taki kawal w świecie a jak fajnie było znowu być razem z wami. Temperatura była zbyt wysoka aby rozkoszować się nieróbstwem na gorącej ławce. P. uwinął się z namiotem a ja przygotowałam coś na ząb bo tylko śniadanie trzymało nas do tej pory. Siedząc w samochodzie przy włączonej klimatyzacji mieliśmy bardzo złudne pojecie o aurze na zewnątrz. Teraz nasze wychłodzone ciała zaczęły odbierać bodźce zewnętrzne i stwierdziliśmy, ze bez zimnego prysznica długo nie wytrzymamy. Po prysznicu tez długo nie wytrzymaliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać czy spać w namiocie czy w chlodzonym aucie. Chwilowo upal pozbawił nas zdrowego rozsądku. Wakacje, kemping wiec trzeba spać w namiocie. Oczywista oczywistość, tylko, ze ten czerwony namiot nie nadaje się na taka temperaturę i musimy rozbić drugi idealny na upały.
Przez cały dzień wiał wiatr, który właśnie teraz przybrał na sile. Słońce jeszcze stało na tyle wysoko, ze cień rzucany przez drzewo nie dawał ulgi. 
Aby nie trwac w bezruchu i narzekać bez końca pojechaliśmy odwiedzić znane już nam miejsca. Krotki spacer pośród rozgrzanych skal nie należał do przyjemności. Nawet chwila w cieniu byla zbawiewiem.
Kilka zdjęć nie zabrało nam dużo czasu i z jego nadmiarem p. nie miał problemu.
- Pojedziemy ta dróżką i zobaczymy co nas czeka na pustkowiu a resztę zostawimy sobie na jutro. Co? - Miałam wrażenie, ze on wcale nie pyta o zgodę ale stawia kawę na ławę i nie mam wyboru. Świat jest taki duży, ze wszędzie nie można być ale ten kawałeczek możemy zwiedzić. 
Pojechaliśmy oczywiście dużo dalej polna droga, gnani nieodparta chęcią poznawania nie zwracaliśmy uwagi na odległości. Niestety ta okolica nie urzekła nas i chyba szukalismy czegos innego niz odlegle skaly rozrzucone po horyzoncie. 
Zawrocilismy na kemping bo zmeczenie dawalo znac o sobie. Oboje bylismy po prostu wykonczeni. Wskoczylismy do letniej rezydencji z siatka zamiast dachu i lezac moglismy podziwiac gwiazdy na niebie. O zasnieciu nie bylo mowy bo wiatr zamienil sie w wichure i patrzac w niebo widzielismy jak gruba galaz drzewa pod ktorym rozbilismy namiot gnie sie pod jego naporem. Zlamie sie i nas przygniecie czy nie, takie pytanie zadawalismy sobie czujac sie coraz bardziej senni. W ciagu nocy budzilismy sie wielokrotnie bo halas wichury raz po raz wyrywal nas ze snu. Nie dało się długo spać i wcześnie rano z zalem wyczołgaliśmy się z namiotu. Było na tyle wczesnie, ze slonce ledwo wschodziło. Bardzo szybko zwinęliśmy nasze obozowisko i już spakowani ruszyliśmy aby zobaczyć południową cześć Badlands.
Poprzednim razem zobaczyliśmy północną, dziś uzupełnimy braki z przed lat. Ciężko nam było ruszać nasze zmaltretowane i ciągle zmęczone ciała. 
Nogi nie chciały chodzić a rozum mówił oszczędzaj siły. Wybraliśmy kompromis i jako turyści a nie odkrywcy dziewiczych terenów spędziliśmy kilka kolejnych godzin. 
Ten cien po lewej to wlasnie ja pozdrawiajaca was wszystkich.
Przyroda tak jak my dopiero co budziła się i udało nam się spotkać małego koziołka razem z mama w miejscu gdzie za dnia by ich nie było. 
Byliśmy tak blisko, ze prawie mogłam go pogłaskać. Jak w zwolnionym tempie wyjęłam z auta aparat i zanim odeszły upolowałam obydwie sztuki.
Cos jeszcze mialo syczec i kasac ale chyba bylo za zimno ranem i zaden grzechotnik nie wpadl na mnie.
Tego dnia jazda nam nie szla i mile do przejechania wydawały się dłuższe od tych już przebytych. Ostatnie spojrzenie na krajobraz Badlands 
oraz jego mieszkancow.
Jeszcze kabanos na sniadanie i teraz jestesmy gotowi do drogi.

niedziela, 3 października 2010

Wakacje!

Z piątku na sobotę o północy rozpoczęliśmy nasza trzytygodniowa przygodę. Noc sprzyjała szybkiej jeździe bo to weekend, śpieszących się do pracy znikoma ilość, tym samym ruch na drodze niewielki. 
Nad ranem postanowiliśmy zjeść porządne śniadanie aby nie zatrzymywać się co chwila na jakieś przekąski, wybór padł na restauracje dla kierowców wielkich ciężarówek. Daja tam tak dużo jeść, ze jedna porcja wystarcza na dwie osoby a maja kogo karmic.
Prawdziwe wakacje muszą się zacząć od posiłku dla tych co życie spędzają na kolach. Owszem można znaleźć restauracje o ładniejszym wystroju i wykwintnych potrawach ale po co szukać gdy każda sekunda się liczy jak na rajdzie samochodowym. Wakacje maja jedna złą stronę - kończą się. Aby nie tracić cennego czasu zwykle jadamy przy drodze aby nie odjeżdżać daleko od obranej trasy. Po za tym takie oazy są dobrze oznakowane i informacje o nich są umieszczone przy autostradach na wiele mil wcześniej. Kiedyś zaryzykowaliśmy, żyjemy do dziś i tak już zostało. Nudziło mi się za kierownica bo prowadziłam auto już od kilku godzin i uznaliśmy, ze po śniadaniu będzie zmiana. Po cichu liczyłam na to, ze p. pociągnie do końca. Jeszcze pół godzinki i już będziemy na miejscu gdzie do każdego posiłku serwują dowolne ilości lurowatej kawy. Za kolejna górką wpadliśmy w gęstą mgle i cieszyłam się, ze już za chwile nastąpi zmiana za kierownica. Po pięciu minutach otaczające nas mleko spowodowało dziesiecio-samochodowy korek na autostradzie. Wszyscy raptownie zwolnili bo trudno było dostrzec koniec maski samochodu. Ja koncentrowałam się na pojazdach przede mną a p. wypatrywał wymarzonego w tych warunkach zjazdu. Wolniutko, wolniutko jeszcze wolniej zjeżdżam z autostrady i jadę w białą otchłań ale nie mam pojęcia gdzie bo teraz to już zupełnie nic nie widać. Ryczące STOJ z mojej prawej strony uruchomiło hamulce zanim wrzask umilkł w uszach. Teraz dopiero zobaczyłam czerwone światło i to, ze maska samochodu była już na skrzyżowaniu. Tutaj trochę wyjaśnień dla polskich czytelników. W Polsce gdy jako pierwsza stałam na skrzyżowaniu to nie widziałam przed sobą sygnalizatorów. Aby wiedzieć kiedy jest zielone musiałam gryźć kierownice i dostać oczy winniczka aby dostrzec światła umieszczone bezpośrednio nade mną. Poki młoda to "wyginam śmiało ciało", kładę głowę na kolanach pasażera i dopiero je widzę. Była jeszcze opcja na "olewam" i czekałam aż stojący za mną klaksonem dal znać, ze droga wolna. Amerykanie wymyślili łatwiejszy sposób i mniej seksowny (ach te kolana pasażera), mianowicie sygnalizatory umieszczone są za skrzyżowaniem. Malo skomplikowane i wszystko widać jak widać. Jak nie widać to zatrzymać się można tak jak ja, odrobinkę za daleko. Dzięki temu, ze tutaj nikt nie marzy o wypadku to rozsądnych kierowców jest o wiele więcej niż śpieszących się wariatów. Jazdę można nazwać bezpieczna ale niestety długą. Otaczająca nas poranna mgła wcale nie miała zamiaru zniknąć w ciągu minuty i gdy błysnęło zielone ruszyłam w białe nic. Mogłam spokojnie zamknąć oczy i pozwolić aby p. patrzący w bok i widzący krawężnik wziął kierownice w lewa rękę. Kolejne czerwone światło dostrzegłam odrobinę wcześniej niż ostrzegawcze stworzenie siedzące obok mnie. 
- Jesteśmy za daleko, czuje to ale nic nie widzę. - Święta prawda wylała się z ust „wrzeszczaka”. Teraz sobie zdałam sprawę jak on głośno krzyknął, teraz gdy powiedział zdanie normalnym tonem. Jego "stój" mogłoby obudzić wampira śpiącego od stuleci a mnie postawiło na równe nogi.  
- Ja tez nic nie widzę ale mogę zawrócić jak chcesz. - Lekko zjechałam na prawo i upewniłam się, ze nie widzę nic innego jak niezmąconą biel dookoła. Wskazywało to na chwilowy brak pojazdów wokół nas bo nie byłam pewna czy akurat teraz nie jestem na środku skrzyżowania. Szczęśliwie było na tyle szeroko, ze manewr wykonałam na raz. Jadę jak stulatek, wiszę na kierownicy i wyciągam głowę aby być jak najbliżej szyby aby lepiej widzieć choć wiem, ze to nic nie da. Istny koszmar, można postradać zmysły gdy nie ma punktu odniesienia.
- W prawo! - O dziwo tym razem p. syknął jak waz o glosie boskiego Pavarottiego. Nic nie mówił o tym bym zwolniła i z ta sama prędkością skręciłam w wąski wjazd na stacje benzynowa. Malo  brakowało abyśmy następne glosy nazywali bożymi a nie boskimi. Auto przechyliło się gwałtownie a wilgotna nawierzchnia lekko zniosła nas w stronę stojących pojazdów. Dokręciłam zakręt i opony zniosły ta chwilowa torturę z lekkim darciem gumy o asfalt. Wszystko stało się tak szybko, ze nie zdążyłam się zdenerwować i spokojnie podjechałam pod dystrybutor. 
- Spotkamy się w restauracji, pójdę się odświeżyć. - Nie mogłam od razu znaleźć torebki bo cały dobytek na tylnym siedzeniu uległ niekontrolowanemu przemieszczeniu.