Przed sylwestrową nocą postanowiliśmy zapoznać się z terenem naszego jutrzejszego szaleństwa aby nie było rozczarowań i późniejszych narzekań w stylu „a nie mówiłam/em”. Pogoda zupełnie nie nastrajała do optymistycznego patrzenia na świat ale jak widać wielu miało zupełnie odmienne spojrzenie.
Krótki
rekonesans był dość uciążliwy bo ruch na nad oceanicznym bulwarze był duży. Taksówki i autobusy wycieczkowe podjeżdżały pod hotele
przywożąc ostatnich chętnych na zarezerwowane miejsca.
Ilość restauracji wydawała się dostateczna bo hotele usytuowane wzdłuż nadbrzeżnego bulwaru były prawie przyklejone bocznymi ścianami.
Aby
zrobić zdjęcie z odrobiną przestrzeni przed maską auta jechałam
wolniej niż inni powodując całkiem niezły korek za naszym samochodem.
Nie
lubię takich sytuacji ale czego nie robi się dla siedzącego obok mnie
fotografa. Jak już wiecie mieliśmy dwa miejsca do wyboru i każde z nich
oferowało odmienne atrakcje na sylwestrową noc.
Miami to miasto tętniące życiem w ciągłej rozbudowie i jazda po nim w godzinach szczytu może być uciążliwa.
Zbliżała
się pora lanczu więc rada w radę postanowiliśmy uciec do Małej Hawany
(Little Havana) na degustację kubańskiej kuchni.
Little Havana to zespół ulic zamieszkiwany przez kubańskich uchodźców w południowej części Miami. Poszukiwania najsławniejszej restauracji serwującej kubańskie potrawy najłatwiej rozpocząć i zakończyć w internecie. Tak też zrobił p. podczas jazdy z centrum miasta. Wybór był oczywisty, najbardziej rozpoznawalną knajpą był Wersal. Oczywiście żadna inna nazwa nie ma tyle wspólnego z Kubą i zabawa się rozpoczęła. Trafiona jak kulą w płot nazwa restauracji jawiła się niezgłebioną tajemnicą.
- Wersal po kubańsku na amerykańską modłę. Ciekawe co oni tam serwują? - p. rozpoczął wyścig domysłów na temat wyglądu kelnerów w ubiorach w stylu Ludwika któregośtam oraz srebrnej zastawy.
- Kryształów powinno być pod dostatkiem aby i woda sodowa ładnie się skrzyła. - Dodałam bo o szampanie mogłam pomarzyć gdyż znów byłam kierowcą.
Biało-kremowy budynek z zielonymi markizami wyglądał schludnie i burczenie w brzuchu wzmogło się gdy okazało się, ze nie ma miejsca na parkingu ani przed samą restauracją ani przed firmową piekarnią. Dzięki przezorności właścicieli był dodatkowy parking na tyłach restauracji. Kilka kroków dobrze nam zrobi na trawienie i już jesteśmy przed wejściem do restauracji. Tłok tutaj jednak taki, że nawet nie da się wcisnąć do środka. Chmury na obliczu męża nie zapowiadały sielanki w zaciszu restauracyjnego pomieszczenia. Ocierająca się o siebie gawiedź szturmowała wąskie wejście i jak to w takich przypadkach bywa ani wyjść ani wejść.
- Pozwólcie im najpierw wyjść. - Rozległ się ogłuszający głos jakiegoś sfrustrowanego typa tuż za mną. Aż skuliłam się odruchowo bo huk zagłuszył nawet moje myśli. Donośne rozporządzenie dało efekt tak jakby tłum potrzebował przywódcy. Znam ten głos ale wolałam nie przyznawać się do znajomosci z jego włascicielem. Zrobiło się luzniej w przejsciu i zostałam wepchnięta do Wersalu. Wersalu?????????
- Stolik dla dwojga. - p. zadeklarował w ten sposób chęć spożycia lanczu właśnie w tym miejscu. - Przy oknie. - Burknął do siebie pod nosem po polsku. Kobieta która miała rysy hindusko-latynoskie zapisała nasze nazwisko na już dokładnie zagryzmolonej karteluszce.
- OK – Odpowiedziała bez najmniejszego nawet uśmiechu bo niby z czego się cieszyć gdy jest się potrącaną przez setkę bioder na pięć minut. Z mojej wysokości niewiele widziałam bo roślejsze typy przesłaniały mi horyzont i nie wiedziałam w którą stronę się udać. p. również stał oczekując na dalsze instrukcje lub poprowadzenie do stolika. Tłum dzięki temu zagęścił się jeszcze bardziej jeżeli w ogóle było to możliwe. - Idźcie do kolejki. - Po chwili zaskoczyła hostessa. Lekki ruch jej głowy wskazał kierunek. Podążyłam wzrokiem właśnie tam ale niewiele mogłam dostrzec oprócz wygłodniałej ciżby. p. ruszył we wskazanym kierunku z rozdziawioną ze zdziwienia paszczą. Moja torebka opierała się na plecach p. lub bardziej na jego czterech literach aby nie zgubić tropu a ja parłam na przód nie pozwalając na wtargniecie pomiędzy nas jakieś obcej istocie. Wszystko to odbywało się w wąskim korytarzu oddzielającym restaurację od cukierni. Gdy dotarliśmy na koniec kolejki bez końca, miny nam zrzedły.
- Będziemy tu stać przynajmniej godzinę! - Po dziesięciu minutach ktoś zemdlał w kolejce albo dostał zawału serca bo poruszyliśmy się o krok do przodu. Teraz mieliśmy podgląd na salę restauracyjną gdyż litą ścianę zastąpiły małe szybki od podłogi do sufitu. Tuż obok nas przyklejone było menu aby oczekujący mogli uprzyjemnić sobie czas przestępowania z nogi na nogę i wybrać potrawy. Widok z przeciwnej strony przeszklonej ściany musiał być wyjątkowo przykry. Wyobrażałam sobie jak siedzę przy pierwszym lepszym stoliku, bo o tym przy oknie nie było mowy i patrzę na głodnych ludzi oblizujących ślinę na widok jedzenia które wkładam do ust. Wersal. Zaczęliśmy czytać ofertę restauracji. Hamburger z frytkami pojawiał się wielokrotnie z różnymi dodatkami. Kawałek mięsa pod nazwą stek też walczył o palmę pierwszeństwa na liście.
- Same kubańskie potrawy, nieprawdaż? - Oj, joj tyle jadu w tak krótkim zdaniu nic dobrego nie wróżyło. Dodatkowo to „nieprawdaż” które nie gościło na ustach męża od przynajmniej dziesięciolecia. - Zobacz jak to wygląda. - Tak oddzielnie i z dużą przerwą pomiędzy nimi, wypowiadane słowa przypominały bardziej szczekanie psa niż ludzką mowę. Wyostrzyłam wzrok na kilka metrów w dal i Wersal zniknął jak sen przy dzwonku budzika. Zwykłe stoły pomalowane farbą łuszczącą się i tu i tam bez obrusów a krzesła o jakości gorszej niż w sklepach z artykułami z drugiej ręki. Od razu ślina do której jestem przyzwyczajona od lat zmieniła swój smak na cierpki i tkwiła pomiędzy językiem a podniebieniem nie wiedząc w którym kierunku ma się udać. Tu popełniłam błąd z konsekwencjami. Spojrzałam na p. z kwaśną miną i w tym momencie zostałam uprowadzona z restauracji. Unosiłam się lekko ponad ziemią bo p. trzymał mnie pod pachy i wyprowadzał jak pijaka na ulicę.
- Oszalałeś! - Krzyknęłam nie zwracając uwagi na to, że popycham ludzi jak taran i ani myślę aby za to przepraszać. Przecież to nie moja wina, że mój mąż zmienił zdanie i natychmiast chce opuścić to pomieszczenie. Nikt się za mną nie ujął i nie złajał małżonka, zostałam wypchnięta poza tłum i znaleźliśmy się na zewnątrz.
- W dupie mam taki Wersal, nie będę czekał na stolik w dworcowej. - Wnętrze auta było jeszcze chłodne co wskazywało, że nie spędziliśmy dużo czasu poza nim.
- Pojedziemy do innej bo knajp w Ameryce nie brakuje. - Chciałam protestować i wygarnąć, że to najlepsza knajpa w mieście ale sumienie mówiło „nie przesadzaj” i zupełnie przygnębiona czekałam na ciąg dalszy. W sumie to p. miał rację bo hamburgera i frytki można zjeść na każdym rogu i nie trzeba jechać aż do Miami aby przekonać się, że smak nie wiele różni się od tego serwowanego w McDonaldzie w każdym zakątku świata.
- Mam, jedziemy do La Rosa!
- Dobrze ale którędy.
- Wyjedz z parkingu i zaraz w lewo. Potem w prawo i na dużym skrzyżowaniu w prawo i będzie po lewej.
- To gdzie mam jechać? - Za chwilę zacznę się denerwować bo opis jest taki jak „wedle kapliczki pod koniec dnia skręć lekko w stronę zachodzącego słońca”. Jednak dotarliśmy na miejsce po pięciu minutach i zaparkowaliśmy auto zaraz obok stolika pod parasolem. Cień parasola kładł się na ścianie budynku i nie dawał schronienia przed słońcem trzem mężczyznom w garniturach. Jeśli to Kubańczycy to i tak marzną w takiej temperaturze. My zdecydowaliśmy się na wejście do środka. Tutaj z kolei oprócz nas były jeszcze dwie osoby nie licząc tych siedzących na zewnątrz. W internecie na pięć gwiazdek jako najwyższa ocena konsumentów, restauracja miała ich 4 i pół.
Do stolika ze śnieżno białym obrusem z małą ale widoczną plamą zaprowadził nas starszy jegomość. Kręcone włosy przyprószone siwizną i ogorzała twarz o latynoskich rysach mogłyby wskazywać na pochodzenie z zakazanej wyspy. Od razu pojawił się młody kelner z kartą win.
- Oczywiście jakżeby inaczej. Nachlaj się przed obiadem to nie będziesz wiedział co jesz. - p. jest dzisiaj jakiś mało delikatny przeszło mi po głowie.
Zrozumienie w czasie wędrówek to konieczność. Jak pijemy to oboje a jak jedno ma szlaban na alkohol bo kieruje to drugie też nie pije. Nie wynika to z szalonej miłosci lub dobrze pojętej solidarności lecz z zależności od środka transportu i jego operatora. Nigdy nie wiadomo co w czasie jazdy może się przytrafić kierowcy i pilot zawsze musi być gotowy na zastępstwo. Odmówiliśmy z bólem serca i zamiast alkoholu mnie przypadła coca-cola na lodzie a p. prawdziwe słodkie espresso. Karta dań zwykle jest tak zawile napisana jak rozprawa o wybuchach na 19 słońcu jeszcze nie odkrytej galaktyki. Za wszystkie diabły na tym i innym świecie po nazwie dania nie zgadniesz co ono zawiera lub wielokrotnie trudno się domyślić z czego jest zrobione. Pomoc kelnera jest nieodzowna aby rozszyfrował kilka linijek napisanych znajomym nam przecież alfabetem.
- Poprosimy o coś prawdziwie kubańskiego. - Młody kelner patrzy na nas podejrzliwie jakbyśmy poprosili go aby rozebrał się do naga.
- Coś co jest bardzo popularne na Kubie. - Z promiennym uśmiechem p. drąży temat. Aby zachęcić kelnera do współpracy p. podtyka mu menu aby lepiej przyjrzał się sześciu stronom zapisanych drobnym maczkiem. Część tego maczku była nawet tłustym drukiem. Dobrze mieć w zanadrzu nieznany język do porozumiewania się w drastycznych sytuacjach. Tutaj akurat zarówno polski jak angielski uchodziły za języki obce i nieznane. Na chłopski rozum biorąc to Kuba jest wyspą oblaną oceanem ze wszystkich stron. Dostatek plaż powinien zaowocować łowieniem i spożywaniem dóbr których jest pod dostatkiem w wodzie. Spodziewaliśmy się jakieś super ryby której w Miami nie powinno brakować albo coś w rodzaju biednego placka z kukurydzy na wzór kuchni meksykańskiej. Kelner patrzy i patrzy a zrozumienia tematu nie widać na jego obliczu.
Bryzol cielęcy w sosie własnym z frytkami i coleslaw. To wskazał jako przysmak kuchni kubańskiej. p. rzucił się na oparcie krzesła jak rażony piorunem z palca Merlina i prawie nie złamał oparcia krzesła. Coś chrupnęło ale nie był to jego kręgosłup. Patrzę co wskazuje palec kelnera i oprócz dania widzę również cenę $49.99. Palcem robiona nie jestem i na takie chwyty nie dam się nabrać aby zamawiać jedno z najdroższych dań. Można o mnie wiele złego powiedzieć ale nie to, że brzydko się wyrażam. Nie przeklinam bo nie mam tego we krwi i wraz z upływem lat na tym ludzkim padole nie wykształciłam takiej potrzeby. Nie bluźnię i kurwa mać nawet za pięćset złotych bym nie powiedziała ale właśnie teraz chciałam aby to powiedział p. który od łaciny nie stroni. Pąs nadciśnienia zakwitł na obliczu biesiadnika który wdał się w dyskusję z przemiłym idiotą kelnerem. Po chwili dłuższej lub krótszej niż normalna chwila wynikło, że wszystko co jest w karcie jest kuchnią kubańską. W myślach prosiłam i błagałam p. aby nie ciągnął tego tematu bo nie ma potrzeby i ja już mam dość zwiedzania rubieży rozkoszy podniebienia ale na litość boską zamówmy coś do zjedzenia bo zacznę gryźć pazury. Rozłożeni na łopatki i pokonani knock-outem zjedliśmy ośmiornicę i jakieś mięso bez emocji i wzruszeń. Najważniejsze, że to wszystko było prawdziwą i niepowtarzalną kuchnią ludzi zamieszkujących Kubę a serwowane w USA.
- Zróbmy tak. - p. przytknął palec do warg i wzniósł wzrok w stronę sufitu gdy już uporaliśmy się ze zwykłym żarciem w zupełnie amerykańskiej knajpie. - Raz w miesiącu będziemy jeść jak Kubańczycy. Będziemy świętować bogatą w smaki kuchnię kubańską. Co ty na to? - Ośmiornica właśnie zaległa w dobrym miejscu żołądka i nie miałam zamiaru obecnie zgadywać jaki podstęp planuje p.. O tym, że planuje podstęp nie miałam żadnych ale to żadnych wątpliwości. Cierpliwie czekałam co wymyślił i błogi nastój ociężałości po jedzeniu sprawiał, że jego słowa jakby dobiegały z daleka, z bardzo daleka. - Przyrządzisz schabowego w panierce, ziemniaki polane tłuszczem z patelni i kapustę. Taką zasmażaną na słoninie. - Ciągle błogi nastrój trwał bo fantazja p. równała się z moim dniem powszednim. - Usiądziesz sobie przy stole a ja podam ci kubańskiego schabowego.
- A ja co? Mam założyć czarną bluzkę z głębokim dekoltem, czerwoną spódnicę i różę we włosy aby stać się twoją señoritą? - No wiadomo, mam zrobić cały obiad i wystroić się na deser. Od razu szare komórki obudziły się z letargu.
- Nie, nie musi być aż tak dokładnie aby było po kubańsku wystarczy, że założę słomkowy kapelusz i zapalę cygaro.
1
piątek, 14 marca 2014
czwartek, 6 marca 2014
Paskudne złodziejaszki.
Nie mogliśmy oprzeć się pokusie aby nie odwiedzić warzywniaka pod gołym niebem. Zaparkowane auta na ulicy i to w dużej odległości od sklepu świadczyły o jego popularności. Ludzka natura przepełniona jest lenistwem bo ileż to razy krążyłam po parkingu przed sklepem aby zaparkować jak najbliżej drzwi wejściowych. Nie uśmiechało mi się półkilometrowe dojście bo kierowca ma jakby zboczone spojrzenie na chodzenie i najlepiej byłoby zrobić zakupy nie opuszczając miejsca za kierownicą. Szczęście uśmiechnęło się do leniucha bo właśnie ktoś odjeżdżał spod samego sklepu i zajęliśmy to wymarzone miejsce. Zanim weszliśmy do środka rozejrzałam się dookoła i zupełnie zdumiona nie mogłam oderwać wzroku od rozgrywającej się przede mną sceny. Takiej dbałości o klienta jeszcze w życiu nie widziałam i nawet nie sądziłam, że tak prosty pomysł może zaskarbić sobie wdzięczność przyjezdnych. Wzdłuż drogi na poboczu której zaparkowane były auta krążył firmowy pojazd dowożąc ludzi do sklepu. Później oczywiście odwoził ich wraz z zakupami. Nie raz spotkałam się z uprzejmą obsługą która dopchnie wózek z zakupami do zaparkowanego auta i umieści je w bagażniku ale o podwożeniu jeszcze nie słyszałam.
Przed straganem DJ grał muzykę przyjemną dla ucha i od czasu do czasu zachwalał płody ziemi o wyjątkowej świeżości i w atrakcyjnych cenach. Świetna reklama. Do środka jednak nie było tak łatwo wejść gdyż na drodze mieliśmy grubą kolejkę oczekujących.
- Czy oni poszaleli. - Dobiegło mnie niedowierzanie p.. Rzeczywiście już dawno kolejki do sklepu stanowią przeżytek o którym młodzi nie mają pojęcia a przez tych z dobrą pamięcią wspominany ze zgrozą. Stojący jeden za drugim utworzyli pokaźnych rozmiarów tłum oczekujący na porcję świeżego soku. Od razu ustawiłam się na samym końcu bo jak nie spróbować lokalnego przysmaku.
Ślinkę oblizywałam ustawicznie i już czułam wspaniały smak świeżego soku pomarańczowo-marchewkowo-kiwi-i-cokolwiek gdy stojący obok osobnik wydał z siebie groźny pomruk zabarwiony dezaprobatą.
- Czy sądzisz, że owoce z których wyciskają sok są dokładnie umyte? Na pewno nie! Ja tego nie tknę. - Ten wywód zamroził moje domniemane rozkosze. Sekundę zastanowiłam się nad słowami p. które zasiały ziarno niepewności. Stałam jednak posłusznie w kolejce bo obsługa uwijała się składnie i krok za krokiem zbliżałam się do rozkosznego napoju. - Tu przecież pracują normalni ludzie i nie spodziewaj się, że nie dłubią w nosie i raptem wszyscy myją ręce po wyjściu z kibla. - Tak, właśnie tak powiedział, „z kibla” a nie z toalety i to przemówiło do mojej wyobraźni. Użycie brzydszego określenia odniosło skutek bo toaleta kojarzy się z bieżącą, ciepłą wodą i pachnącym otoczeniem a kibel przypomina zupełnie coś przeciwnego. Jak tak dalej pójdzie to p. zostanie mistrzem w odchudzaniu obrzydzając jedzenie. Wyszłam z kolejki bo gardło ścisnęło mi się w cieniutką rurkę przez którą nie przełknęłabym ani łyka świeżego soku. Czułam się jakbym popełniła trzy grzechy śmiertelne i skierowałam się pomiędzy skrzynki wypełnione niemytymi owocami i warzywami. Trochę racji zapewne było w słowach potępiających moją decyzję ale czy w 100% nie byłam pewna. W każdym razie zmniejszyłam ryzyko rozstroju żołądka na korzyść rozstroju nerwowego.
Do sklepu-straganu przyjeżdżają całe rodziny i aby spędzony tam czas również potomstwo mile wspominało właśnie dla nich zorganizowane jest mini ZOO z żółwiami, gęsiami, papugami i jakimiś małymi gadami od których trzymałam się z daleka.
Różnorodność owoców była doprawdy duża i nasze zakupy przemieniłyby się w zwiedzanie gdyby nie karambola (Oskomian pospolity). Widoczna na zdjęciu poniżej pod napisem tropical manzanos. Kupiliśmy dwie sztuki bo brak lodówki znakomicie unicestwił moje zapędy w wydawaniu pieniędzy. Owoc ten ma miąższ podobny do winogrona a delikatny, słodko-cierpki smak można polubić przy odrobinie dobrej woli. My używamy ich do warzywnych sałatek na surowo ze względu na bardzo atrakcyjny kształt przypominający gwiazdę.
Na słowo skrót dostaję nerwowego tiku bo rzadko kiedy skrót oznacza krótszą drogę. Tak było gdy opuściliśmy stragan i dwie drogi zapraszały do skorzystania z ich nawierzchni. Wybrana przez mojego pilota droga nie okazała się krótsza ale za to ciekawsza. Olbrzymie dziko rosnące filodendrony zatrzymały nas na dłużej bo o wyhodowaniu takiego okazu mogę tylko pomarzyć. Jedynie mogę zrobić sobie przy nim zdjęcie abym przypominała sobie co nie wyrośnie w domowych warunkach, a szkoda.
Zaraz obok był sad, trochę zaniedbany ale na pewno nie bezpański. p. jednak podążył w jego kierunku nie bacząc na moje protesty.
- Gdzie leziesz cholerniku. - Musiałam jakoś ostudzić jego zapał w odkrywaniu prywatnych terenów i łażeniu tam gdzie właściciel niechętnie widzi intruzów.
- Najwyżej nas opieprzą i każą się wynosić. - Wiadomo, że tak będzie gdy ktoś nas dostrzeże. Świadomy przestępstwa mąż jednak szedł dalej przyglądając się dokładnie drzewom. Jak pokorna gęś szłam za nim bo już wolałam we dwójkę spotkać złego rolnika niż pozostać sama obok zarośli w których może czaić się syczący gad z rozdwojonym językiem.
Nasza wędrówka w egzotycznym sadzie zakończyła się przy drzewie z carambolą. To tak rosną, jak jabłka i jeden owoc zupełnie przypadkowo znalazł się w kieszeni spodni. Czy był to owoc podniesiony z ziemi czy prosto z gałęzi pozostanie tajemnicą.
Przed straganem DJ grał muzykę przyjemną dla ucha i od czasu do czasu zachwalał płody ziemi o wyjątkowej świeżości i w atrakcyjnych cenach. Świetna reklama. Do środka jednak nie było tak łatwo wejść gdyż na drodze mieliśmy grubą kolejkę oczekujących.
- Czy oni poszaleli. - Dobiegło mnie niedowierzanie p.. Rzeczywiście już dawno kolejki do sklepu stanowią przeżytek o którym młodzi nie mają pojęcia a przez tych z dobrą pamięcią wspominany ze zgrozą. Stojący jeden za drugim utworzyli pokaźnych rozmiarów tłum oczekujący na porcję świeżego soku. Od razu ustawiłam się na samym końcu bo jak nie spróbować lokalnego przysmaku.
Ślinkę oblizywałam ustawicznie i już czułam wspaniały smak świeżego soku pomarańczowo-marchewkowo-kiwi-i-cokolwiek gdy stojący obok osobnik wydał z siebie groźny pomruk zabarwiony dezaprobatą.
- Czy sądzisz, że owoce z których wyciskają sok są dokładnie umyte? Na pewno nie! Ja tego nie tknę. - Ten wywód zamroził moje domniemane rozkosze. Sekundę zastanowiłam się nad słowami p. które zasiały ziarno niepewności. Stałam jednak posłusznie w kolejce bo obsługa uwijała się składnie i krok za krokiem zbliżałam się do rozkosznego napoju. - Tu przecież pracują normalni ludzie i nie spodziewaj się, że nie dłubią w nosie i raptem wszyscy myją ręce po wyjściu z kibla. - Tak, właśnie tak powiedział, „z kibla” a nie z toalety i to przemówiło do mojej wyobraźni. Użycie brzydszego określenia odniosło skutek bo toaleta kojarzy się z bieżącą, ciepłą wodą i pachnącym otoczeniem a kibel przypomina zupełnie coś przeciwnego. Jak tak dalej pójdzie to p. zostanie mistrzem w odchudzaniu obrzydzając jedzenie. Wyszłam z kolejki bo gardło ścisnęło mi się w cieniutką rurkę przez którą nie przełknęłabym ani łyka świeżego soku. Czułam się jakbym popełniła trzy grzechy śmiertelne i skierowałam się pomiędzy skrzynki wypełnione niemytymi owocami i warzywami. Trochę racji zapewne było w słowach potępiających moją decyzję ale czy w 100% nie byłam pewna. W każdym razie zmniejszyłam ryzyko rozstroju żołądka na korzyść rozstroju nerwowego.
Do sklepu-straganu przyjeżdżają całe rodziny i aby spędzony tam czas również potomstwo mile wspominało właśnie dla nich zorganizowane jest mini ZOO z żółwiami, gęsiami, papugami i jakimiś małymi gadami od których trzymałam się z daleka.
Różnorodność owoców była doprawdy duża i nasze zakupy przemieniłyby się w zwiedzanie gdyby nie karambola (Oskomian pospolity). Widoczna na zdjęciu poniżej pod napisem tropical manzanos. Kupiliśmy dwie sztuki bo brak lodówki znakomicie unicestwił moje zapędy w wydawaniu pieniędzy. Owoc ten ma miąższ podobny do winogrona a delikatny, słodko-cierpki smak można polubić przy odrobinie dobrej woli. My używamy ich do warzywnych sałatek na surowo ze względu na bardzo atrakcyjny kształt przypominający gwiazdę.
Na słowo skrót dostaję nerwowego tiku bo rzadko kiedy skrót oznacza krótszą drogę. Tak było gdy opuściliśmy stragan i dwie drogi zapraszały do skorzystania z ich nawierzchni. Wybrana przez mojego pilota droga nie okazała się krótsza ale za to ciekawsza. Olbrzymie dziko rosnące filodendrony zatrzymały nas na dłużej bo o wyhodowaniu takiego okazu mogę tylko pomarzyć. Jedynie mogę zrobić sobie przy nim zdjęcie abym przypominała sobie co nie wyrośnie w domowych warunkach, a szkoda.
- Gdzie leziesz cholerniku. - Musiałam jakoś ostudzić jego zapał w odkrywaniu prywatnych terenów i łażeniu tam gdzie właściciel niechętnie widzi intruzów.
- Najwyżej nas opieprzą i każą się wynosić. - Wiadomo, że tak będzie gdy ktoś nas dostrzeże. Świadomy przestępstwa mąż jednak szedł dalej przyglądając się dokładnie drzewom. Jak pokorna gęś szłam za nim bo już wolałam we dwójkę spotkać złego rolnika niż pozostać sama obok zarośli w których może czaić się syczący gad z rozdwojonym językiem.
środa, 26 lutego 2014
Obronię Cię ciałem swym.
Cudownie tak nigdzie się nie śpieszyć, spacerować szeroką i ciepłą plażą. Woda Atlantyku wręcz zapraszała do kąpieli. Nie mogłam zatem oprzeć się pokusie zanurzenia się po sama szyję w wodzie tym bardziej, że tutaj zimowa kąpiel nie przypominała wyczynów miłośników kąpieli w przerębli. Wielu chętnych nie było bo dla tubylców przyzwyczajonych do letnich upałów zima nie zawsze kojarzy się z kąpielą. Dla nas, ludzi z północy to nie lada gratka. Mogłoby być o dwa stopnie cieplej ale i tak 25C wydawało się nam wręcz idealną temperaturą do pływania. Silny wiatr który z łatwością zrywał kapelusz chroniący twarz przed słońcem nie ostudził naszych zapałów na zimową kąpiel.
Wybór miejsca nie był łatwy bo wszędzie było wręcz idealnie ale wybraliśmy płyciznę wchodzącą na jakieś dwadzieścia metrów w głąb oceanu. Nie zabraliśmy ze sobą butów do pływania gdyż miała to być krotka wizyta na plaży a nie maraton więc odpuściliśmy sobie wchodzenie na głęboką wodę aby nie nadepnąć na niespodziankę kryjącą się w piasku dna morskiego. Kąpiel i parę godzin spaceru przed południem zaostrzyły nam apetyt więc poszliśmy na lunch w knajpce na samej plaży.
Chętnych do konsumpcji w popołudniowych godzinach nie brakowało i okres oczekiwania na stolik wynosił około 40 minut. Dotyczyło to miejsca na tarasie gdzie słońce paliło a wiatr chłodził, istny raj. Na jedzenie w pomieszczeniu restauracyjnym nie mieliśmy ochoty. Na drugim tarasie od tylu były wolne miejsca i właśnie tam ulokowaliśmy się przy stoliku. Z tego miejsca widać było częściowo plażę i lazur pieniących się fal. Zamiast oczekiwania na główny taras zamówiliśmy posiłki bez zbędnych ceregieli całkiem wygodnie siedzac w pełnym słoncu. Taki mniejszy luksus z drugiej ręki wystarczał nam w zupełności.
p. zajął miejsce tyłem do rozkosznego widoku uginających się palm pod naporem wiatru, tak abym miała strawę i dla ducha i dla ciała. Właśnie teraz rozpoczęła się walka z żywiołami. Słońce świeciło mi prosto w twarz więc rondo kapelusza który miał ochronić mnie przed zaognieniem się skóry przygięłam prawie do samej brody. W jaki sposób miałam cieszyć się widokiem oceanu nie miałam pojęcia. Na wysokości pierwszego piętra, gdzie siedzieliśmy wiatr wydawał się jeszcze silniejszy a jego zawirowania wokół budynku sprawiały, że jedną ręką trzymałam główkę kapelusza aby nie odfrunął a drugą przyginałam rondo do dołu. Niecodzienna i niewygodna pozycja zupełnie uniemożliwiała mi użycie rąk aby zająć się jedzeniem. Było mi trochę głupio ale poprosiłam dzielnego i ofiarnego rycerza abyśmy zamienili się miejscami. p. zdjął kapelusz i z uwielbieniem podniósł głowę aby promienie słońca paliły jego twarz. Są jednak szczęsliwi ludzie na swiecie. Niech się człek poopala a o fryzurę nie musi się martwic bo to co miał na głowie już wyglądało nawet zbyt awangardowo. Przecisnęłam się pomiędzy stolikiem a złożonym parasolem i zajęłam to samo miejsce co p. przed chwilą. Poczułam się teraz komfortowo. Wiatr wiał w plecy, słońce zapewne spali mi kark ale to i tak lepsze od czerwonego nosa jak u notorycznego pijaka. Zamiast plaży widziałam przymrużone oczy p. i wejście do restauracji co i tak było do zniesienia. Zamówiona kawa pojawiła się o dziwo prawie natychmiast co miało zamaskować i uprzyjemnić oczekiwanie na danie główne. Rzadko jadamy na dworze a w słodzeniu kawy podczas porywczego wiatru nie uzyskałam dostatecznego doświadczenia aby nazwać sie mistrzynią. Kawa w filiżankach, śmietanka w małym dzbanuszku a do wyboru różne słodziki i prawdziwa biała śmierć, wszystko poukladane w pojemniku. Zatęskniłam za normalną cukiernicą bo malutkie torebki raptem stały się nie lada problemem. Nieopatrznie oderwałam górną część papierka w którym znajdowała się porcja cukru. W lewej dłoni trzymam ten oderwany kawałek a w drugiej porcje gotową do wsypania do kawy. Nad tym czy słodzenie kawy może być upierdliwe nigdy się nie zastanawiałam ale to co przeżyłam zakrawa na nakręcenie filmu dla tych którzy nie słodzą aby pokazać co przeżywają ci inni. Podczas sypania cukru do filiżanki polowa zawartości torebki uniosła się razem z podmuchem wiatru i wylądowała na podstawce. Taka znikoma ilość która znalazła się w kawie nie zadowalała mnie pomimo tego, ze dużo nie słodzę. Odłożyłam kawałki papieru które wcześniej były miniaturową torebką i w tej samej chwili poszybowały wysoko w kierunku stolika zajmowanego przez wzorcową rodzinę 2+2. Moja wyciągnięta ręka zamarła w połowie ruchu którym daremnie usiłowałam złapać wytworzone przeze mnie śmieci. Nie miałam najmniejszej szansy aby złapać te parszywe papierki które przeleciały żonie męża i zarazem matce dwójki nastoletnich synów przed samym nosem. Ciekawe czy pomyślała o UFO czy o natrętnym motylu. Ale obciach, blondynka wystrojona w kapelusz który miał chronić jak bodyguard rownież szarą komórkę a nie potrafi osłodzić kawy. Z drugą porcją poszło mi już lepiej bo rozerwałam tylko trochę kolejnej torebki i z niebywałą starannością umieściłam całą jej zawartość w szybko stygnącej kawie. Uff, koniec kłopotów przemknęło mi po głowie. Wreszcie napiję się tak upragnionej kawy.
Najgorsze jednak miało nastąpić już niebawem. Podniosłam filiżankę do ust a tutaj serwetka z podstawka uleciała jak latający dywan wezwany przez radio taxi. Niby to samo miejsce na ziemi, ten sam stolik a u p. jakby wszystko bez zbytnich rewelacji. Pije sobie kawę i z rozkoszą przygląda się moim wyczynom. Przecież nie jestem jakąś pańcią nie potrafiącą poradzić sobie w trudnych warunkach a tutaj proszę, wszystkie przeciwności losu zagęściły atmosferę wokół mnie zmuszając mnie do nienaturalnych wyczynów. Wszystko poszłoby dobrze gdyby nie uśmiech, wredny uśmiech tego typa z przeciwka.
- No co? Wieje. - Zrobiłam nieskoordynowane dwa wymachy prawą i lewą ręką. Co miały znaczyć nikt by nie zgadł ale sądzę, że wyraziły moją bezradność w walce z wiatrem. Zapewne wszyscy wiemy, że nie tylko słowa mogą zranić. Lekki grymas na twarzy p. mówił wszystko co myślał o mnie w danej chwili.
- Pyszna kawa. Spróbuj się napić. - Do jasnej ciasnej przecież nic innego nie robię, ale mi dowalił. p. upił malutki łyk i aż przymrużył oczy z rozkoszy. Zdawał się być nieobecny aby nie widzieć, że jego żona wplątała się w ciąg nieprzewidywalnych wydarzeń.
Jesteśmy uzależnieni od kawy i dzięki temu, że spożywamy jej znaczne ilości w różnych miejscach możemy z łatwością stwierdzić ile kawy i jak dobrej jest w jej wodnym roztworze. p. upijał kolejny łyk ale już nie zaszczycał mnie swym spojrzeniem tylko lekko unosił wzrok tak do połowy mej skrytej za blatem stołu sylwetki. Nie patrzył mi w oczy abym nie widziała jego dezaprobaty mojego karygodnego zachowania. A niech tam ja też skoncentruje się na kawie to już żadnej głupoty nie uczynię. Podniosłam filiżankę do ust aby wreszcie poczuć aromat tak trudno dostępnej kawy. Jeszcze płyn nie minął linii ust gdy silne uderzenie w tył głowy rzuciło mnie w stronę stolika. W oczach mi pociemniało, kawę rozlałam po twarzy i bluzce a ciężar który zaatakował mnie od tylu przygniatał mnie w pozycji rogalika. W oczach mi pociemniało a w głowie zaszumiało. Ku**a co to? W cycki wlałam chyba całą zawartość przeznaczoną do wypicia bo ciepło w tym miejscu było pierwszym powracającym z realnego świata odczuciem.
Teraz mogę napisać co przeżył naoczny świadek.
„Siedzę naprzeciw mojej, bardzo niezaradnej dzisiaj, żony i delektuję się tak potrzebną memu organizmowi kawą. Aby nie stresować się widokiem latających opakowań po cukrze spoglądam w czerń jeszcze lekko parującej arabiki. Po trzecim łyku gdy poczułem szturchniecie stołu postanowiłem spojrzeć na Ataner bo może daje mi jakieś tajemne znaki. Wolno unosząc wzrok ujrzałem olbrzymią plamę kawy na jej wyszywanej cekinami białej bluzce. Zaraz zamknąłem oczy bardzo mocno zaciskając powieki tak jakbym mógł wycisnąć z mej pamięci ten żałosny widok. Co za cholera opamiętała Ataner. Niby nic wielkiego bo przecież każdy może się poplamić ale wylać na siebie całą kawę to już lekka przesada. Minęła dobra chwila gdy uznałem, że już mogę stawić czoła rzeczywistości. Uniosłem głowę i otworzyłem oczy gotowy na zderzenie z bezradnością żony. Gdybym miał dziesięć śpiących oczu to scena rozgrywająca się w zasięgu ręki otworzyłaby je wszystkie a młyńskie koła nie równałyby się z ich wielkością. Ataner siedziała zgięta w pałąk a na niej leżał olbrzymi złożony parasol. Nie ruszyłem się z miejsca bo widok był zaiste piorunujący i obezwładniający. Chyba się uśmiechnąłem gdy do mojego umysłu dotarły szczegóły. Z długaśnym na dwa metry metalowym prętem i kupą materiału parasola mocował się dziesięcioletni chłopiec. Wszyscy dorośli zostali pozbawieni mocy swych muskułów i w bezruchu obserwowali całe to zdarzenie. Chłopaczek nie mógł sobie poradzić z ciężarem ale nikt mu nie pośpieszył z pomocą. Szamotał się i dodatkowo tłukł żonę po głowie. Tego było już za dużo dla mnie. Poderwałem się i wydobyłem ją z pułapki.”
Nie mogłam wyswobodzić się z nagłego zaćmienia umysłu i nie wiedziałam gdzie jestem ani co się ze mną dzieje. Raptem wszystko do mnie dotarło. Wiatr przewrócił stojący za mną parasol który właśnie w tej chwili p. ciskał na podłogę ze znaną mi jego wybuchową raptownoscią. Obok niego stał chłopak z wyciągniętymi rekami jakby wołał ducha z zaświatów. Mały dobry człowieczek pewnie miał mocno zaciśnięte palce gdy p. wyrwał mu parasol z rąk. Dobrze, że nie uszkodził jego dłoni. Po sekundzie p. siedział naprzeciw mnie wpatrując się badawczo w moje oblicze skrzywione grymasem bólu i zdziwienia.
- Żyjesz? - Nie spuszczając ze mnie swego spojrzenia p. wyraził zainteresowanie stanem mojego zdrowia. Przechodzącą kelnerkę p. poprosił o nową kawę i bluzkę krótko naświetlając zaistniałą sytuację. Kelnerka pisnęła i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do głównej sali restauracji. Minutę później przyszła inna z zamówionymi daniami. Tuż za nią pojawił się menadżer restauracji. Sporządził protokół wypadku gdybym musiała jechać do szpitala i oznajmił, że nie płacimy za zamówienie.

Wracając do hotelu dotarło do mnie, że prawdopodobnie uratowałam p. życie i nie doczekałam się podziękowań za moje poświęcenie. Dwa lat temu p. przeszedł operację i po prawej stronie czaszki ma poprowadzoną rurę odprowadzającą nadmiar płynu mózgowego po urazie głowy. Gdybyśmy nie zamienili się miejscami dostałby uderzenie dokładnie w miejsce gdzie rura wchodzi do środka. Wolę nie myśleć o konsekwencjach takiego uderzenia. W końcu nadszedł czas abym powiedziała to na głos.
- Jesteś moim aniołem. - Usłyszałam w podzięce.
Wybór miejsca nie był łatwy bo wszędzie było wręcz idealnie ale wybraliśmy płyciznę wchodzącą na jakieś dwadzieścia metrów w głąb oceanu. Nie zabraliśmy ze sobą butów do pływania gdyż miała to być krotka wizyta na plaży a nie maraton więc odpuściliśmy sobie wchodzenie na głęboką wodę aby nie nadepnąć na niespodziankę kryjącą się w piasku dna morskiego. Kąpiel i parę godzin spaceru przed południem zaostrzyły nam apetyt więc poszliśmy na lunch w knajpce na samej plaży.
Chętnych do konsumpcji w popołudniowych godzinach nie brakowało i okres oczekiwania na stolik wynosił około 40 minut. Dotyczyło to miejsca na tarasie gdzie słońce paliło a wiatr chłodził, istny raj. Na jedzenie w pomieszczeniu restauracyjnym nie mieliśmy ochoty. Na drugim tarasie od tylu były wolne miejsca i właśnie tam ulokowaliśmy się przy stoliku. Z tego miejsca widać było częściowo plażę i lazur pieniących się fal. Zamiast oczekiwania na główny taras zamówiliśmy posiłki bez zbędnych ceregieli całkiem wygodnie siedzac w pełnym słoncu. Taki mniejszy luksus z drugiej ręki wystarczał nam w zupełności.
p. zajął miejsce tyłem do rozkosznego widoku uginających się palm pod naporem wiatru, tak abym miała strawę i dla ducha i dla ciała. Właśnie teraz rozpoczęła się walka z żywiołami. Słońce świeciło mi prosto w twarz więc rondo kapelusza który miał ochronić mnie przed zaognieniem się skóry przygięłam prawie do samej brody. W jaki sposób miałam cieszyć się widokiem oceanu nie miałam pojęcia. Na wysokości pierwszego piętra, gdzie siedzieliśmy wiatr wydawał się jeszcze silniejszy a jego zawirowania wokół budynku sprawiały, że jedną ręką trzymałam główkę kapelusza aby nie odfrunął a drugą przyginałam rondo do dołu. Niecodzienna i niewygodna pozycja zupełnie uniemożliwiała mi użycie rąk aby zająć się jedzeniem. Było mi trochę głupio ale poprosiłam dzielnego i ofiarnego rycerza abyśmy zamienili się miejscami. p. zdjął kapelusz i z uwielbieniem podniósł głowę aby promienie słońca paliły jego twarz. Są jednak szczęsliwi ludzie na swiecie. Niech się człek poopala a o fryzurę nie musi się martwic bo to co miał na głowie już wyglądało nawet zbyt awangardowo. Przecisnęłam się pomiędzy stolikiem a złożonym parasolem i zajęłam to samo miejsce co p. przed chwilą. Poczułam się teraz komfortowo. Wiatr wiał w plecy, słońce zapewne spali mi kark ale to i tak lepsze od czerwonego nosa jak u notorycznego pijaka. Zamiast plaży widziałam przymrużone oczy p. i wejście do restauracji co i tak było do zniesienia. Zamówiona kawa pojawiła się o dziwo prawie natychmiast co miało zamaskować i uprzyjemnić oczekiwanie na danie główne. Rzadko jadamy na dworze a w słodzeniu kawy podczas porywczego wiatru nie uzyskałam dostatecznego doświadczenia aby nazwać sie mistrzynią. Kawa w filiżankach, śmietanka w małym dzbanuszku a do wyboru różne słodziki i prawdziwa biała śmierć, wszystko poukladane w pojemniku. Zatęskniłam za normalną cukiernicą bo malutkie torebki raptem stały się nie lada problemem. Nieopatrznie oderwałam górną część papierka w którym znajdowała się porcja cukru. W lewej dłoni trzymam ten oderwany kawałek a w drugiej porcje gotową do wsypania do kawy. Nad tym czy słodzenie kawy może być upierdliwe nigdy się nie zastanawiałam ale to co przeżyłam zakrawa na nakręcenie filmu dla tych którzy nie słodzą aby pokazać co przeżywają ci inni. Podczas sypania cukru do filiżanki polowa zawartości torebki uniosła się razem z podmuchem wiatru i wylądowała na podstawce. Taka znikoma ilość która znalazła się w kawie nie zadowalała mnie pomimo tego, ze dużo nie słodzę. Odłożyłam kawałki papieru które wcześniej były miniaturową torebką i w tej samej chwili poszybowały wysoko w kierunku stolika zajmowanego przez wzorcową rodzinę 2+2. Moja wyciągnięta ręka zamarła w połowie ruchu którym daremnie usiłowałam złapać wytworzone przeze mnie śmieci. Nie miałam najmniejszej szansy aby złapać te parszywe papierki które przeleciały żonie męża i zarazem matce dwójki nastoletnich synów przed samym nosem. Ciekawe czy pomyślała o UFO czy o natrętnym motylu. Ale obciach, blondynka wystrojona w kapelusz który miał chronić jak bodyguard rownież szarą komórkę a nie potrafi osłodzić kawy. Z drugą porcją poszło mi już lepiej bo rozerwałam tylko trochę kolejnej torebki i z niebywałą starannością umieściłam całą jej zawartość w szybko stygnącej kawie. Uff, koniec kłopotów przemknęło mi po głowie. Wreszcie napiję się tak upragnionej kawy.
Najgorsze jednak miało nastąpić już niebawem. Podniosłam filiżankę do ust a tutaj serwetka z podstawka uleciała jak latający dywan wezwany przez radio taxi. Niby to samo miejsce na ziemi, ten sam stolik a u p. jakby wszystko bez zbytnich rewelacji. Pije sobie kawę i z rozkoszą przygląda się moim wyczynom. Przecież nie jestem jakąś pańcią nie potrafiącą poradzić sobie w trudnych warunkach a tutaj proszę, wszystkie przeciwności losu zagęściły atmosferę wokół mnie zmuszając mnie do nienaturalnych wyczynów. Wszystko poszłoby dobrze gdyby nie uśmiech, wredny uśmiech tego typa z przeciwka.
- No co? Wieje. - Zrobiłam nieskoordynowane dwa wymachy prawą i lewą ręką. Co miały znaczyć nikt by nie zgadł ale sądzę, że wyraziły moją bezradność w walce z wiatrem. Zapewne wszyscy wiemy, że nie tylko słowa mogą zranić. Lekki grymas na twarzy p. mówił wszystko co myślał o mnie w danej chwili.
- Pyszna kawa. Spróbuj się napić. - Do jasnej ciasnej przecież nic innego nie robię, ale mi dowalił. p. upił malutki łyk i aż przymrużył oczy z rozkoszy. Zdawał się być nieobecny aby nie widzieć, że jego żona wplątała się w ciąg nieprzewidywalnych wydarzeń.
Jesteśmy uzależnieni od kawy i dzięki temu, że spożywamy jej znaczne ilości w różnych miejscach możemy z łatwością stwierdzić ile kawy i jak dobrej jest w jej wodnym roztworze. p. upijał kolejny łyk ale już nie zaszczycał mnie swym spojrzeniem tylko lekko unosił wzrok tak do połowy mej skrytej za blatem stołu sylwetki. Nie patrzył mi w oczy abym nie widziała jego dezaprobaty mojego karygodnego zachowania. A niech tam ja też skoncentruje się na kawie to już żadnej głupoty nie uczynię. Podniosłam filiżankę do ust aby wreszcie poczuć aromat tak trudno dostępnej kawy. Jeszcze płyn nie minął linii ust gdy silne uderzenie w tył głowy rzuciło mnie w stronę stolika. W oczach mi pociemniało, kawę rozlałam po twarzy i bluzce a ciężar który zaatakował mnie od tylu przygniatał mnie w pozycji rogalika. W oczach mi pociemniało a w głowie zaszumiało. Ku**a co to? W cycki wlałam chyba całą zawartość przeznaczoną do wypicia bo ciepło w tym miejscu było pierwszym powracającym z realnego świata odczuciem.
Teraz mogę napisać co przeżył naoczny świadek.
„Siedzę naprzeciw mojej, bardzo niezaradnej dzisiaj, żony i delektuję się tak potrzebną memu organizmowi kawą. Aby nie stresować się widokiem latających opakowań po cukrze spoglądam w czerń jeszcze lekko parującej arabiki. Po trzecim łyku gdy poczułem szturchniecie stołu postanowiłem spojrzeć na Ataner bo może daje mi jakieś tajemne znaki. Wolno unosząc wzrok ujrzałem olbrzymią plamę kawy na jej wyszywanej cekinami białej bluzce. Zaraz zamknąłem oczy bardzo mocno zaciskając powieki tak jakbym mógł wycisnąć z mej pamięci ten żałosny widok. Co za cholera opamiętała Ataner. Niby nic wielkiego bo przecież każdy może się poplamić ale wylać na siebie całą kawę to już lekka przesada. Minęła dobra chwila gdy uznałem, że już mogę stawić czoła rzeczywistości. Uniosłem głowę i otworzyłem oczy gotowy na zderzenie z bezradnością żony. Gdybym miał dziesięć śpiących oczu to scena rozgrywająca się w zasięgu ręki otworzyłaby je wszystkie a młyńskie koła nie równałyby się z ich wielkością. Ataner siedziała zgięta w pałąk a na niej leżał olbrzymi złożony parasol. Nie ruszyłem się z miejsca bo widok był zaiste piorunujący i obezwładniający. Chyba się uśmiechnąłem gdy do mojego umysłu dotarły szczegóły. Z długaśnym na dwa metry metalowym prętem i kupą materiału parasola mocował się dziesięcioletni chłopiec. Wszyscy dorośli zostali pozbawieni mocy swych muskułów i w bezruchu obserwowali całe to zdarzenie. Chłopaczek nie mógł sobie poradzić z ciężarem ale nikt mu nie pośpieszył z pomocą. Szamotał się i dodatkowo tłukł żonę po głowie. Tego było już za dużo dla mnie. Poderwałem się i wydobyłem ją z pułapki.”
Nie mogłam wyswobodzić się z nagłego zaćmienia umysłu i nie wiedziałam gdzie jestem ani co się ze mną dzieje. Raptem wszystko do mnie dotarło. Wiatr przewrócił stojący za mną parasol który właśnie w tej chwili p. ciskał na podłogę ze znaną mi jego wybuchową raptownoscią. Obok niego stał chłopak z wyciągniętymi rekami jakby wołał ducha z zaświatów. Mały dobry człowieczek pewnie miał mocno zaciśnięte palce gdy p. wyrwał mu parasol z rąk. Dobrze, że nie uszkodził jego dłoni. Po sekundzie p. siedział naprzeciw mnie wpatrując się badawczo w moje oblicze skrzywione grymasem bólu i zdziwienia.
- Żyjesz? - Nie spuszczając ze mnie swego spojrzenia p. wyraził zainteresowanie stanem mojego zdrowia. Przechodzącą kelnerkę p. poprosił o nową kawę i bluzkę krótko naświetlając zaistniałą sytuację. Kelnerka pisnęła i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do głównej sali restauracji. Minutę później przyszła inna z zamówionymi daniami. Tuż za nią pojawił się menadżer restauracji. Sporządził protokół wypadku gdybym musiała jechać do szpitala i oznajmił, że nie płacimy za zamówienie.

Wracając do hotelu dotarło do mnie, że prawdopodobnie uratowałam p. życie i nie doczekałam się podziękowań za moje poświęcenie. Dwa lat temu p. przeszedł operację i po prawej stronie czaszki ma poprowadzoną rurę odprowadzającą nadmiar płynu mózgowego po urazie głowy. Gdybyśmy nie zamienili się miejscami dostałby uderzenie dokładnie w miejsce gdzie rura wchodzi do środka. Wolę nie myśleć o konsekwencjach takiego uderzenia. W końcu nadszedł czas abym powiedziała to na głos.
- Jesteś moim aniołem. - Usłyszałam w podzięce.
środa, 19 lutego 2014
Hilton Head Island
Wygospodarowaliśmy trochę wolnego czasu podczas przemierzania kolejnych setek mil i postanowiliśmy zapełnić go zwiedzaniem paskudnie bogatej wyspy Hilton Head w Południowej Karolinie. Dzięki temu pomysłowi zostałam zwleczona z łóżka dużo wcześniej niż powinnam co bardzo dokładnie widać na zdjęciu. Poprzedniego dnia z chęcią zgodziłam się na dodatkowe parę godzin jazdy ale nie sądziłam, że o poranku przeklnę swą wcześniejszą decyzję. Nawet słabe hotelowe światło raziło mnie ale i tak było na tyle dobre aby uwidocznić wszystkie mankamenty porannej urody. Już dawno dowiedziałam się, że nie wyśpię się w tym wcieleniu a urlop na pewno nie okaże się tym okresem w którym mogłabym spełnić moje marzenie o spokojnym i długim przebudzeniu.
Hilton Head jest znane i chcieliśmy nacieszyć oko sławnymi plażami wyspy jeżeli to prawda co wypisują wczasowicze. Hymny pochwalne o cudownym miejscu na wakacje wydawały się nam lekko przesadzone więc nic prostszego jak wsiąść do auta i sprawdzić wiarygodność opisów. Tego ranka bliskość opuszczonej przed chwilą pościeli była tak kusząca, że o mało co zamiar oglądania plaż zamieniłabym na kolejna godzinę snu. Perspektywa złocistych plaż i połyskujących piaskow wydm jednak wzięły górę nad ma chęcią spania przez cały dzień i po długotrwałym procesie polegającym na przysposobieniu kobiety do kolejnego dnia wreszcie opuściliśmy hotel.

Ameryka dolarem stoi i takich krótkotrwałych turystów jak my nikt nie lubi. Za pobyt w pensjonacie nie zapłacą, na obiad nie pójdą, pamiątek żadnych nie kupią a co najwyżej pozostawią po sobie kolejną puszkę coca-coli w koszu na śmieci. Skoro takie podstępne typy chcą pójść na plażę to i tak będą musieli za to zapłacić. Nie to, że trzeba płacić za wstęp na plażę, aż tak źle nie jest. Wstęp jest oczywiście bezpłatny i nie ma zagrodzonych plaż wokół hoteli i każdy może używać dobrodziejstw natury bez jakichkolwiek ograniczeń.
Podstęp polegał na płatnych miejscach parkingowych przy wejściach na plażę. Bez wydania grosza nie było dla nas możliwości dojścia na plażę. Cóż było robić. Wybraliśmy jeden z kilku dostępnych parkingów i po wrzuceniu kilku dwudziestopieciocentowek do parkometru ruszyliśmy w stronę plaży.
Wolności nigdy za wiele w zwariowanym świecie XXI wieku o czym przypominały nam kamery śledzące aktywność obywateli. Poczułam się jak podejrzana o przestępstwo a moje postępowanie na pewno warto nagrać tak na wszelki przypadek. Kto wie kiedy się przyda ale archiwa poczekają i pomieszczą również nagranie gdy ziewam i jestem na wpół przytomna.
Dosłownie przeszliśmy tylko kilka metrów dróżką pośród zarośli gdy przed nami rozpostarł się widok o jakim marzy każdy gdy grudniowe mrozy dają mu się we znaki.
Jak milo spędzić kilka chwil nad oceanem. Ciepły wiatr nic a nic nie przypominał o panującej dookoła zimie a wręcz przeciwnie obiecywał, że gdy słońce wzejdzie jeszcze wyżej to będzie prawdziwe lato w grudniu. Jeszcze nie mogłam przestawić się na krótkie spodnie więc pomimo tego, że było ciepło to i tak okrywałam się swetrem a'la nietoperz. Hotele stały tuż obok plaży i aż pozazdrościć tym którzy zdecydowali się spędzić zimowa kanikule właśnie tutaj gdzie dwadzieścia kilometrów złocistej plaży zapowiada nie lada atrakcje. Krotki spacer okazał się za krotki dla mojej zziębniętej duszy ale samo wspomnienie, że za chwile pojedziemy jeszcze dalej na południe osłodziło mi gorycz pożegnania z przecudownym miejscem. Czasami internet nie kłamie i zapewniam was, ze Hilton Head Island warta jest dłuższych odwiedzin niż nasze.
Takie miejsca jak to mają swą atmosferę którą wyczuwają wszyscy wjeżdżający do miejsc gdzie zasobny portfel jest największą cnotą mieszkańców. Dużo przestrzeni, eleganckie kwietniki oraz bujna roślinność która chroni obywateli przed wzrokiem przejeżdżających lub spacerujących ciekawskich. Ciekawostką jest zakaz budowania domów wyższych niż otaczające ja drzewa więc ukrycie się za zasłoną zieleni jest jakby przypisane literą prawa i sprawdza się wyśmienicie.
Hilton Head jest znane i chcieliśmy nacieszyć oko sławnymi plażami wyspy jeżeli to prawda co wypisują wczasowicze. Hymny pochwalne o cudownym miejscu na wakacje wydawały się nam lekko przesadzone więc nic prostszego jak wsiąść do auta i sprawdzić wiarygodność opisów. Tego ranka bliskość opuszczonej przed chwilą pościeli była tak kusząca, że o mało co zamiar oglądania plaż zamieniłabym na kolejna godzinę snu. Perspektywa złocistych plaż i połyskujących piaskow wydm jednak wzięły górę nad ma chęcią spania przez cały dzień i po długotrwałym procesie polegającym na przysposobieniu kobiety do kolejnego dnia wreszcie opuściliśmy hotel.

Ameryka dolarem stoi i takich krótkotrwałych turystów jak my nikt nie lubi. Za pobyt w pensjonacie nie zapłacą, na obiad nie pójdą, pamiątek żadnych nie kupią a co najwyżej pozostawią po sobie kolejną puszkę coca-coli w koszu na śmieci. Skoro takie podstępne typy chcą pójść na plażę to i tak będą musieli za to zapłacić. Nie to, że trzeba płacić za wstęp na plażę, aż tak źle nie jest. Wstęp jest oczywiście bezpłatny i nie ma zagrodzonych plaż wokół hoteli i każdy może używać dobrodziejstw natury bez jakichkolwiek ograniczeń.
Podstęp polegał na płatnych miejscach parkingowych przy wejściach na plażę. Bez wydania grosza nie było dla nas możliwości dojścia na plażę. Cóż było robić. Wybraliśmy jeden z kilku dostępnych parkingów i po wrzuceniu kilku dwudziestopieciocentowek do parkometru ruszyliśmy w stronę plaży.
Wolności nigdy za wiele w zwariowanym świecie XXI wieku o czym przypominały nam kamery śledzące aktywność obywateli. Poczułam się jak podejrzana o przestępstwo a moje postępowanie na pewno warto nagrać tak na wszelki przypadek. Kto wie kiedy się przyda ale archiwa poczekają i pomieszczą również nagranie gdy ziewam i jestem na wpół przytomna.
Dosłownie przeszliśmy tylko kilka metrów dróżką pośród zarośli gdy przed nami rozpostarł się widok o jakim marzy każdy gdy grudniowe mrozy dają mu się we znaki.Jak milo spędzić kilka chwil nad oceanem. Ciepły wiatr nic a nic nie przypominał o panującej dookoła zimie a wręcz przeciwnie obiecywał, że gdy słońce wzejdzie jeszcze wyżej to będzie prawdziwe lato w grudniu. Jeszcze nie mogłam przestawić się na krótkie spodnie więc pomimo tego, że było ciepło to i tak okrywałam się swetrem a'la nietoperz. Hotele stały tuż obok plaży i aż pozazdrościć tym którzy zdecydowali się spędzić zimowa kanikule właśnie tutaj gdzie dwadzieścia kilometrów złocistej plaży zapowiada nie lada atrakcje. Krotki spacer okazał się za krotki dla mojej zziębniętej duszy ale samo wspomnienie, że za chwile pojedziemy jeszcze dalej na południe osłodziło mi gorycz pożegnania z przecudownym miejscem. Czasami internet nie kłamie i zapewniam was, ze Hilton Head Island warta jest dłuższych odwiedzin niż nasze.
Takie miejsca jak to mają swą atmosferę którą wyczuwają wszyscy wjeżdżający do miejsc gdzie zasobny portfel jest największą cnotą mieszkańców. Dużo przestrzeni, eleganckie kwietniki oraz bujna roślinność która chroni obywateli przed wzrokiem przejeżdżających lub spacerujących ciekawskich. Ciekawostką jest zakaz budowania domów wyższych niż otaczające ja drzewa więc ukrycie się za zasłoną zieleni jest jakby przypisane literą prawa i sprawdza się wyśmienicie.
wtorek, 11 lutego 2014
Nashville
Nie mamy szczęścia do Nashville albo to miasto nas nie lubi. Oddalone od Chicago o siedem godzin jazdy jest na tyle blisko, że odwiedzić je można w ciągu jednego dnia. Dla miłośników muzyki country to istna mekka gdyż Nashville jest stolicą tego gatunku. Nasze plany zwiedzenia miasta zawsze ulegają zmianie i tak naprawdę to nigdy nie udało się nam być w nim dłużej niż pół godziny. Zawsze przejazdem i w podróży zatrzymywaliśmy się w nim na tankowanie lub jedzenie ale nigdy na tyle długo aby pójść na koncert do sławnego Grand Ole Opry lub przynajmniej knajpki z muzyką na żywo.
Również tym razem nasza wizyta miała mieć taki charakter ale wybłagałam aby oprócz zatrzymania się na stacji benzynowej zerknąć do środka miasta i chociaż przejechać przez jego centrum.
- Jakie tam znowu centrum? Tu nie ma centrum. - p. zupełnie bez entuzjazmu podszedł do mych pragnień.
- Jak to nie ma centrum! A to? - Wskazałam palcem dwa wieżowce.
- No chyba nie chcesz oglądać betonu. - Nie chciałam bo jak wieżowce to Hong Kong albo Nowy Jork. Źle się wysłowiłam bo chciałam zobaczyć Music City które jest kulturalnym centrum a nie wieżowcowe centrum.
Po długiej i mało kreatywnej konwersacji udało się nam wypracować kompromis polegający na obejrzeniu „po łebkach” miasta. To już było coś w porównaniu z kilkukrotnym, całkowitym omijaniem miasta. Aby nie zagłębiać się w szczegóły rozmowy ustaliliśmy, że podjedziemy pod ciągle trudno dostępne dla zwiedzających najsławniejsze studio nagrań RCA Victor oraz krótką wizytę w Grecji.
Właśnie w tym miejscu powstawały nagrania takich sław jak Elvis Presley, Everly Brothers, Roy Orbison, Don Gibson, Charley Pride, Dolly Parton, Jim Reeves aby wymienić tylko kilku z nich. Studio B powstało w 1957 roku i dzisiaj jest obiektem muzealnym. Z biegu nie można go zwiedzić więc zadowoliliśmy się widokiem z zewnątrz co w zupełności nam wystarczyło gdyż perspektywa ciepłej Florydy była tak kusząca, że ciężko było myśleć o czymś innym. Chcieliśmy dotrzeć do ciepełka jak najszybciej więc zimowe i za razem zimne kraje chcieliśmy opuścić jak najszybciej.
Obecnie działające studia nagraniowe niewiele się różnią od muzealnego zabytku tak wyglądem jak i stanem technicznym budynków. Trochę liznęliśmy atmosfery wielkiego świata muzyki i aż wierzyć się nie chce, że w takich domkach dokonywane są nagrania znane na cały świat. Wiele nieznanych jeszcze artystów ściąga do Nashville aby grac do kotleta albo do kolejnego kufla piwa marząc, że kiedyś zostaną odkryci przez producenta który zaoferuje nagranie srebrnego krążka CD.
Jeden z takich nieodkrytych talentów podpierał ścianę pod Carnival Music i zanosiło się, że będzie tam stał do końca świata.
Lekko zawiedzeni brakiem przepychu wokół bardzo dobrze prosperującego biznesu pod nazwą Country Music udaliśmy się do świątyni Ateny aby wymodlić dobrą pogodę na dalszą część naszej podróży. Gdyby ktoś nie wiedział to w USA jest jeszcze jeden Partenon i to w doskonałym stanie a nie jakieś ruiny w Grecji.
Po co jechać do Europy gdy pod ręką jest wierna kopia greckiego zabytku. Tutaj dopiero p. ulżył sobie na amerykańskim wygodnictwie i marnotrawieniu pieniędzy.
O sensowności i celowości takiego budynku w parku nie było nawet mowy bo nie doszukaliśmy się żadnej z nich.
Owszem obeszliśmy dookoła całą replikę i pogłaskawszy lwa po nosie wróciliśmy do samochodu aby kolejny przystanek w Południowej Karolinie zatrzymał nas na dłużej.
Również tym razem nasza wizyta miała mieć taki charakter ale wybłagałam aby oprócz zatrzymania się na stacji benzynowej zerknąć do środka miasta i chociaż przejechać przez jego centrum.
- Jakie tam znowu centrum? Tu nie ma centrum. - p. zupełnie bez entuzjazmu podszedł do mych pragnień.
- Jak to nie ma centrum! A to? - Wskazałam palcem dwa wieżowce.
- No chyba nie chcesz oglądać betonu. - Nie chciałam bo jak wieżowce to Hong Kong albo Nowy Jork. Źle się wysłowiłam bo chciałam zobaczyć Music City które jest kulturalnym centrum a nie wieżowcowe centrum.
Po długiej i mało kreatywnej konwersacji udało się nam wypracować kompromis polegający na obejrzeniu „po łebkach” miasta. To już było coś w porównaniu z kilkukrotnym, całkowitym omijaniem miasta. Aby nie zagłębiać się w szczegóły rozmowy ustaliliśmy, że podjedziemy pod ciągle trudno dostępne dla zwiedzających najsławniejsze studio nagrań RCA Victor oraz krótką wizytę w Grecji.
Właśnie w tym miejscu powstawały nagrania takich sław jak Elvis Presley, Everly Brothers, Roy Orbison, Don Gibson, Charley Pride, Dolly Parton, Jim Reeves aby wymienić tylko kilku z nich. Studio B powstało w 1957 roku i dzisiaj jest obiektem muzealnym. Z biegu nie można go zwiedzić więc zadowoliliśmy się widokiem z zewnątrz co w zupełności nam wystarczyło gdyż perspektywa ciepłej Florydy była tak kusząca, że ciężko było myśleć o czymś innym. Chcieliśmy dotrzeć do ciepełka jak najszybciej więc zimowe i za razem zimne kraje chcieliśmy opuścić jak najszybciej.
Obecnie działające studia nagraniowe niewiele się różnią od muzealnego zabytku tak wyglądem jak i stanem technicznym budynków. Trochę liznęliśmy atmosfery wielkiego świata muzyki i aż wierzyć się nie chce, że w takich domkach dokonywane są nagrania znane na cały świat. Wiele nieznanych jeszcze artystów ściąga do Nashville aby grac do kotleta albo do kolejnego kufla piwa marząc, że kiedyś zostaną odkryci przez producenta który zaoferuje nagranie srebrnego krążka CD.
Jeden z takich nieodkrytych talentów podpierał ścianę pod Carnival Music i zanosiło się, że będzie tam stał do końca świata.
Lekko zawiedzeni brakiem przepychu wokół bardzo dobrze prosperującego biznesu pod nazwą Country Music udaliśmy się do świątyni Ateny aby wymodlić dobrą pogodę na dalszą część naszej podróży. Gdyby ktoś nie wiedział to w USA jest jeszcze jeden Partenon i to w doskonałym stanie a nie jakieś ruiny w Grecji.
Po co jechać do Europy gdy pod ręką jest wierna kopia greckiego zabytku. Tutaj dopiero p. ulżył sobie na amerykańskim wygodnictwie i marnotrawieniu pieniędzy.
O sensowności i celowości takiego budynku w parku nie było nawet mowy bo nie doszukaliśmy się żadnej z nich.
Owszem obeszliśmy dookoła całą replikę i pogłaskawszy lwa po nosie wróciliśmy do samochodu aby kolejny przystanek w Południowej Karolinie zatrzymał nas na dłużej.
środa, 5 lutego 2014
Starość.
Psie lata mnoży się przez siedem w odniesieniu do wieku ludzi. Koty tez starzeją się szybciej niż człowiek to wiadomo. Trochę wolniej starość postępuje u żółwi z Galapagos.
A w takim razie co dzieje się z blogowiczami i ich dziełami w postaci blogów?
Czy blogi starzeją się szybciej niż ich twórcy?
Czy blogi wcale się nie starzeją?
Czy starzeją się wolniej od ich właścicieli?

Trudno zaiste znaleźć odpowiedź na te pytania ale z chęcią podzielę się swą opinią co myślę o swoim blogu. Cztery lata temu zrobiłam odważny krok w magiczną krainę opowieści o mnie.
Pełna obaw jak poradzę sobie pośród tysięcy albo nawet milionów podobnych żółtodziobów pisałam o tym co widziałam na amerykańskim kontynencie. Spróbować nie zaszkodzi, pomyślałam sobie i kolejny post zapełnił pustą kartkę w moim blogu. Tak trwa do dziś. Na przestrzeni czterech lat pozbyłam się trwogi ale niepewność pozostała bo zdałam sobie sprawę, ze piszę nie tylko dla siebie ale również dla czytających i dopingujących mnie komentatorów. Cztery lata blogowania to już dobre doświadczenie ale czy mój blog jest dojrzały? Nie, nie sądzę abym mogła tak powiedzieć o swych wypocinach popełnianych nieregularnie co tydzień lub dziesięć dni. Uczę się codziennie i myślę, ze najtrudniejsze chwile mam za sobą. Stanęłam pewniej na nogach ale ciągłe poszukiwania ideału sprawiają, ze nawet nie pokonałam etapu wstępnego a do starości to jeszcze ho, ho. Tematów mi nie brakuje i dopóki koła w aucie się kręcą to ich nie braknie. O zamknięciu bloga nigdy przez cztery lata nie pomyślałam i wierzę, ze doczekam kolejnego jubileuszu czego życzę sobie i Wam.
A w takim razie co dzieje się z blogowiczami i ich dziełami w postaci blogów?
Czy blogi starzeją się szybciej niż ich twórcy?
Czy blogi wcale się nie starzeją?
Czy starzeją się wolniej od ich właścicieli?
Trudno zaiste znaleźć odpowiedź na te pytania ale z chęcią podzielę się swą opinią co myślę o swoim blogu. Cztery lata temu zrobiłam odważny krok w magiczną krainę opowieści o mnie.
Pełna obaw jak poradzę sobie pośród tysięcy albo nawet milionów podobnych żółtodziobów pisałam o tym co widziałam na amerykańskim kontynencie. Spróbować nie zaszkodzi, pomyślałam sobie i kolejny post zapełnił pustą kartkę w moim blogu. Tak trwa do dziś. Na przestrzeni czterech lat pozbyłam się trwogi ale niepewność pozostała bo zdałam sobie sprawę, ze piszę nie tylko dla siebie ale również dla czytających i dopingujących mnie komentatorów. Cztery lata blogowania to już dobre doświadczenie ale czy mój blog jest dojrzały? Nie, nie sądzę abym mogła tak powiedzieć o swych wypocinach popełnianych nieregularnie co tydzień lub dziesięć dni. Uczę się codziennie i myślę, ze najtrudniejsze chwile mam za sobą. Stanęłam pewniej na nogach ale ciągłe poszukiwania ideału sprawiają, ze nawet nie pokonałam etapu wstępnego a do starości to jeszcze ho, ho. Tematów mi nie brakuje i dopóki koła w aucie się kręcą to ich nie braknie. O zamknięciu bloga nigdy przez cztery lata nie pomyślałam i wierzę, ze doczekam kolejnego jubileuszu czego życzę sobie i Wam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















































