1

piątek, 10 stycznia 2014

Kolczyk w uchu, dziura w brzuchu.

 Koń by się uśmiał na widok zupełnie nowego znaku „STOP” w sercu pustkowia gdzie częściej mysz przebiegnie na drugą stronę drogi niż przejedzie nią auto. 
- To gdzie teraz? - Pytanie zupełnie na miejscu bo drogowskazów brak a na pewno nie ma takowego który zaprowadziłby nas do miejsca do którego nie da się dojechać bo nie ma do niego drogi. Tyle dowiedziałam się jeszcze poprzedniego dnia gdy zaznajomiłam się z czekającą nas trasą
- Skręć w prawo jak się da a później zobaczymy. - Bardzo pocieszająca odpowiedz gdy brak perspektyw na normalny dojazd.
Byłam pełna obaw co do dalszego powodzenia naszej wyprawy oraz nieograniczonego optymizmu podpartego zaufaniem do p. który rzetelnie przygotowuje się tylko do niektórych punktów docelowych które powinniśmy odwiedzić. Reszta to zupełny żywioł który ma zapewnić nam rozwój umysłowy i atrakcyjność wakacji. 
- To musi być gdzieś po prawej stronie więc jak zobaczysz jakąś przestrzeń nadającą się do jazdy to powiedz mi bo ja na razie nic takiego nie widzę. - Według mnie droga którą jechaliśmy ledwo nadawała się do jazdy więc przestrzeń o jakiej wspominał p. znaczyła zapewne bezdroże i o to już nie musiałam nawet pytać.
Pasący się koń poskubywał młode pędy pustynnej trawy i gdy jego błogi popas został przerwany przez pojazd mechaniczny to nie uśmiał się z naszego pomysłu podróżowania w tych okolicach tylko uciekł przerażony pojawieniem się turystów. To jeszcze bardziej mnie przekonało o charakterze tego miejsca. Na usta cisnęło się określenie bardzo wygłaskane a mianowicie – teren mało uczęszczany. Przez cały czas wypatrywaliśmy możliwości użycia jakiejś ścieżki aby dojechać w wyznaczone miejsce.
Kolejne rozwidlenie dróg nie wniosło nic nowego, wiadomo, ze pojechaliśmy w prawo aby jak najbardziej zbliżyć się do wyśnionego miejsca. Na mój wyraz twarzy który nie tryskał zadowoleniem usłyszałam tylko „mogłoby być gorzej” i postanowiłam od tej pory nie zwracać szczególnej uwagi na stan nawierzchni lub raczej powierzchni po której się poruszaliśmy. Wmówiłam sobie, że tak już będzie do końca tego dnia i nie powinnam się zamartwiać, że piach, że ostra trawa której złamana główna łodyga może bez problemu przebić oponę i o to, że nie dojedziemy do celu.
Przekonaliśmy się, że człowiek to stadne zwierzę bo widok kilku sztuk trzody domowej zatrzymał nas na chwilę i zapomnieliśmy o wakacyjnych obowiązkach. Pozostawiłam auto na środku drogi bez obawy, że zatarasuję ruch kołowy i z bagażnika wyjęłam kilka bułek zakupionych dzień wcześniej. Postanowiłam nakarmić zwierzęta zebrane przy wodopoju przysmakiem czworonogów. Gdy zbliżałam się do zdziwionych krów i koni rzucałam duże kawałki pieczywa na zachętę w bezpośrednie sąsiedztwo pyska upatrzonej jednostki. Zupełnie zaskoczone zwierzęta usuwały się przede mną sądząc, że rzucam w nie kamieniami a nie chlebem. Jedna ośmielona krowa zeżarła wszystkie kawałki leżące na ziemi i wdzięcznym wzrokiem dawała znak, że czekała na dokładkę. Nie trzeba było prosić mnie dwa razy, w ciągu minuty cały zapas pieczywa został rozdany sprawiedliwie pośród tych zwierzaków które ośmieliły zbliżyć się do mnie.
Pożegnaliśmy nienażarte głodomory i pojechaliśmy szukać kryjącej się gdzieś w ukryciu magicznej dróżki mającej nas zaprowadzić do fantastycznych skalnych formacji. Ze wskazań mapy na ekranie iPoda wynikało, że zaczynamy wyjeżdżać z bezpośredniego sąsiedztwa interesującego nas miejsca. Cóż mogliśmy zrobić, musieliśmy zawrócić i teraz dokładniej przyglądać się możliwości wyjazdu z drogi w kierunku Ah-shi-sle-pah.
Zgromadzenie zwierząt domowych zatrzymało nas ponownie. Gdy p. oderwał się na chwilkę od map od razu zauważył dziurę w krowie i kolczyk w jej prawym uchu, poddał j
ą obserwacji przez obiektyw. Leniuch paskudny nie wyszedł na krok z auta! Wcześniej gdy karmiłam zwierzęta nawet się nie zainteresował czy nie porwie mnie jakiś rumak i uniesie w siną dal. Teraz był ożywiony i wymyślał różnorodne teorie na temat dziury w boku krowy. 
 Szybko jednak przeszedł do sedna i z naciskiem poprosił mnie abyśmy kontynuowali poszukiwania ponieważ przypomniał sobie, że widział coś jakby zarośniętą drogę jakieś trzy mile temu. Westchnęłam, że tak długo widziane obrazy docierają do jego mózgu ale dobre i to bo przecież jednak coś zobaczył i zapamiętał.
 - Jak mogliśmy nie zauważyć tak szerokiej drogi. -  p. jakby z pretensjami w głosie wskazał mi drogę odchodzącą od „Naszej” pod ostrym katem i dlatego mało widocznej. Nie odpowiadałam dlatego bo po pierwsze, to ja kieruję gdzie wskaże pilot a po drugie, na drodze w dali coś się poruszało. Oczami wyobraźni widziałam Indian, rozgniewanych Indian podążających w naszym kierunku aby rozprawić się z intruzami. Wszakże jesteśmy nieproszonymi gośćmi na terenie rezerwatu więc słabości mnie zaczęły opadać a wraz z ich intensywnością ubywało odwagi.
Wyszczerzylam w uśmiechu zęby gdy okazało się, że to jedynie krowy podążają w stronę odwiedzonej przez nas wcześniej gromadki. Wszystko świetnie się układa pomyślałam i od razu zwątpiłam w swe myśli. Krowy szły wprost na nas zdając się nie zauważać przeszkody na drodze. Gdy były już blisko zatrzymałam się zdezorientowana co robić. Znajdujemy się na zupełnym odludziu gdzie w promieniu 80 kilometrów nie ma ani jednego zabudowania, istnieją ślady dróg leniwej cywilizacji i tylko na wpół zdziczała trzoda wałęsa się po okolicy. Na samą myśl, że w takich warunkach miałabym zderzyć się z krową odebrała mi zdolność kreatywnego myślenia i opadłam na oparcie siedzenia złożywszy ręce na kolanach. Chciało mi się śmiać ale jedyne na co mnie było stać to pokręciłam przecząco głową i szepnęłam; nie do wiary. Krowy stanęły i ani rusz. My też stoimy i czekamy.
- I co teraz? - Sytuacja bez wyjścia bo krowy mają więcej wolnego czasu ze względu na nienormowany dzień pracy czego o naszych zawsze zbyt krótkich dniach powiedzieć się nie da. 
- Klakson i gaz do dechy. - Proste wyjście ale pamiętam jak bizon poszarżował wprost na auto osobowe i widoku tego nie zapomnę do końca życia. Skąd wiadomo jak zdziczałe jest indiańskie bydło? Może zareaguje jak bizon. Wolałam nie ryzykować. Wzięłam kierownicę w ręce i nacisnęłam lekko gaz, auto ruszyło do przodu i krowy nie wytrzymały nerwowo uciekając z drogi. Mogliśmy jechać dalej ale czy bez przeszkód?
Wydawało się, że nigdy nie dojedziemy do celu bo prędkość z jaką się poruszaliśmy była niewiele większa od relaksującego się joggera w parku. Nic nie zmyślając to nawet nie wiedzieliśmy czy wybrana droga zaprowadzi nas tam gdzie chcieliśmy. Na horyzoncie nic nie było widać oprócz zamazanych konturów nieskończoności w falującym upałem powietrzu. O ile zmysły mnie nie zawiodły to mieliśmy zobaczyć skały o niewiarygodnych kształtach a tu dookoła pustka i ani jednego wzniesienia. Skłamałabym okrutnie bo było jedno wzniesienie za którym mogły kryć się skarby przyrody ale musieliśmy je najpierw pokonać. W te wakacje używaliśmy dużego auta z napędem na cztery koła i do tej pory nierówności terenu pokonywaliśmy bez najmniejszych przeszkód. Jakież było nie tylko moje zdziwienie gdy podczas wjazdu na wzniesienie auto stanęło w piachu. Po prostu jakby cała moc silnika zanikła gdy potrzebowałam jej aby wydostać się z piaskowej pułapki. Zwykle gdy dodaję „gazu” auto jest posłuszne rozkazom a tu bunt na całego. Czułam się jakby technika i technologia pokazała mi środkowego palca i skazała mnie na zagładę po środku zupełnej pustki. Przez zaciśnięte zęby zostało wyrzucone z ust p. ohydne przekleństwo i poczułam się winna całego zajścia. Stali czytelnicy wiedza o nadprzyrodzonych zdolnościach mojego męża w zapalaniu papierosów i tym razem niespodziewanie zabłysnął ognik na końcu świeżutkiego papierosa. Zanim oprzytomniałam i puściłam kierownicę p. już stał przy drzwiach kierowcy oczekując aż wygramolę się z pojazdu. Krytycznym okiem spojrzał na koła tylko trochę zanurzone w piachu i niewielkie wzniesienie przed autem. Mars zagościł na jego twarzy a usta wymawiały oprócz łaciny słowa „coś takiego, coś takiego”. To nie była przeszkoda aby zatrzymać pojazd mechaniczny. Widać było, że najszybsze komputery świata to niedożywione oseski w porównaniu z szalejącą analizą odbywającą się pod lekko potarganymi włosami męskiego osobnika. Ile tryliardów operacji w ciągu sekundy mózg p. wykonał nie wiem ale jedno było pewne; ja nie byłam brana pod uwagę gdyż nie zaszczycił mnie spojrzeniem nawet na ułamek sekundy. Byłam dla niego przezroczysta i zespoliłam się z otoczeniem na tyle, że w ogole nie zaprzątał sobie mną głowy. W moich dłoniach pojawił się aparat fotograficzny który zapewne jeszcze przed sekundą miał p. Odsunął fotel zanim wskoczył do środka, usiadł i rozejrzał się dookoła jakby pierwszy raz widział auto od środka albo znalazł się w kokpicie statku kosmicznego. Akurat to auto z miejsca kierowcy oglądał rzeczywiście pierwszy raz bo godziłam się aby jego dupsko siedziało zawsze po mojej prawej stronie. Przez otwarte okno syknął „odsuń się” i wycofał aby chwycić w miarę twardy grunt. Chwilę zajęło jakieś majstrowanie obok kierownicy i silnik zawył niemiłosiernie. Ciężkie auto zaczęło nabierać rozpędu i bez problemu pokonało piaskowe wzniesienie. Zaraz gdy tylko skończył się piach p. zatrzymał auto oddając mi wolne miejsce kierowcy. 
- No to jak to jest? Ciebie słucha a mnie nie? - Chciałam jakiegoś wytłumaczenia mego niepowodzenia. 
- Jak widzisz mnie słucha! Nie chodzi o osobę czy płeć tylko o ustawienie komputera. - Już chciałam podziękować za zrozumiałe wytłumaczenie i zapytać czy przeprogramował komputer samochodowy w ciągu sekundy ale brakło mi czasu nawet na wzięcie głębszego oddechu gdyż p. już mówił dalej. 
- Wyłączyłem ABS i CTS i już. 
- Aha. Wytłumacz bo nie jarzę. Zupełnie nie mam pojęcia o czym rozmawiamy. - O ABS słyszałam ale to inne to jakaś magia i to na pewno ani biała ani czarna tylko marna bo zawiodła.  
- To system antypoślizgowy który zapobiega nadmiernym obrotom jakiegoś koła. - System cudowny gdy wieziesz dzieci do szkoły ale zupełnie niepotrzebny gdy chcesz pojeździć na plaży. 
- Wszystko jasne tylko skąd ja mam o tym wiedzieć? - Poczułam, że zostaję w tyle za wynalazkami ktore znalazły zastosowanie w autach. 
- Nie przejmuj się dopóki masz mnie obok siebie.
Poczułam się jak doceniona kobieta przez swego wybranka. Zrobiło mi się słodko na duszy, że mam mężczyznę który zatroszczy się o mnie w każdej sytuacji. Uśmiech począł zakwitać na mych ustach. Kąciki warg unosiły się do góry a oczy pewnie przybrały maślany wygląd. Już byłam gotowa ciągnąć to auto z mężem w środku albo je pchać aby nam było wygodnie gdy uśmiech zamarł mi na ustach. 
Drwina? Kpina? Czy usłyszane przed chwilą słowa miały ukryte znaczenie? Jeżeli coś psuło mi nastrój to dwuznaczność jego wypowiedzi. Druga strona mogła brzmieć na przykład tak: „nie potrafisz nawet wjechać na małą górkę i beze mnie skończysz jak ten wrak widziany wcześniej”. Słowa podzięki zamarły mi na ustach ale bystry p. dostrzegł zalążek uśmiechu i szybko odwrócił wzrok, chyba był zmieszany. Odwrócił wzrok na tyle szybko aby nie dostrzec mojego zwątpienia.
Bez słow jechaliśmy chyba z pół godziny gdy on przerwał ciszę
- Jesteśmy na miejscu zatrzymaj się. - Nigdy w życiu nie byłam bardziej zdziwiona. Krajobraz nie uległ zmianie a drogę już dawno zostawiliśmy za sobą poruszając się dziewiczym terenem gdzie koła tylko nielicznych aut były przed nami. GPS to wspaniały wynalazek ale na cóż by się przydał gdyby nie współrzędne o których wie tylko niewielu chętnych do pokonania psychicznych barier towarzyszących poruszaniu się po całkowitym bezdrożu. Gdzieś w dali, prawie na horyzoncie rysował się uskok i majaczące skały. Pomyślałam, że to gruba przesada aby iść tam piechotą ale mój niewymówiony protest został zgnieciony w zalążku słowami. 
- Pięćset metrów po twojej lewej jest pierwsza część podróży na inną galaktykę. Jesteś gotowa? - Byłam a jakże, przecież jest to naszym celem wakacyjnego szaleństwa. Długo wyczekiwane miejsce nie mogło przecież czekać w nieskonczoność na nasze odkrycie. Chwyciłam błyszczek, butelkę wody i aparat fotograficzny ale i tak p. już czekał na mnie. Jego dopiero musiało korcić. Nawet ruszył trzy kroki przede mną. 
- Zaczekaj chwilę tylko posmaruję twarz i ręce kremem bo kości wyjdą mi przez poparzoną skórę. - Jak zwykle dotarliśmy w samo południe albo o trzynastej. Słońce panoszyło się na bezchmurnym niebie i z doswiadczenia wiedziałam jak bardzo może narozrabiać gdy nie zastosuję filtru UV.
p. wolno, krok za krokiem poruszał się w stronę urwiska. Tak jakby nie mógł powstrzymać się przed kolejnym krokiem pomimo sprzeciwu stawianemu przez zdrowy rozsądek aby na mnie zaczekać. Jakaś niepojęta siła ciągnęła go w stronę przepaści. Po dwóch minutach krem ochronny w nadmiarze grubą warstwą okrywał wrażliwą skórę. Za chwilę przy suchym wietrze zostanie z niego tylko wspomnienie. Puściłam się biegiem aby dogonić p. który mozolnie wlókł się aby zobaczyć dziwne skały. Wyobrażałam sobie jak skaczę ze skały na skałę i pozuję do najbardziej wymyślnych zdjęć przyjmując zaskakująco niebezpieczne pozy. Podskakując już prawie doganiałam p. gdy raptowne – ałłła – wyrwało się z mej piersi. Widok białej jak śnieg kości na spękanej słońcem ziemi ostudził moje zapały do wygłupów. Uświadomił mi, że jesteśmy na pustynnym odludziu co prawda z zapasem wody w bagażniku ale gdyby coś stało się jednemu z nas i nie mógłby dojść do auta to … Przeskoczyłam kość jak pchła i dogoniwszy p. uczepiłam się kurczowo jego dłoni. Poczułam jego silniejszy uścisk. Odczytał moje myśli. Znów wie co myślę, skubaniec.

środa, 1 stycznia 2014

Noworoczne postanowienie.

  Cóż może być najważniejszą rzeczą w 2014 roku?
Odpowiedzi może być wiele bo każdy z nas ma swoje wizje na przyszłość ale jest coś w 2014 co zaskoczy 99.99% moich czytelników. Co
ś co powinnam zobaczyć bo nadarza się ku temu nie lada okazja.
 Przełom obecnego i zeszłego roku powtarza się co 11 lat na ziemi. Zagmatwałam jak typowa blondynka więc może lepiej zacznę od samego początku i po kolei.
Co 11 lat nasza stara, bo ma 4 600 000 000 lat, życiodajna gwiazda która oddalona jest od nas o 149 600 000 km ma swoje energetyczne maximum. Cóż to może być za gwiazda której temperatura przekracza ponad 5507°C? Już wszyscy wiemy,
że chodzi o centrum naszego układu słonecznego czyli o Słońce. 
Jaki wpływ może mieć jej aktywność na życie zwykłego obywatela świata zamieszkującego Ziemię? Wydaje się, że niewielkie dopóki ktoś taki jak ja nie ma ochoty na zobaczenie Zorzy Polarnej. Otóż pod koniec 2013 roku aktywność wybuchów na Słońcu osiągnęło apogeum które powtórzy się dopiero za jedenaście lat. Tak na 100% to nie wiadomo dlaczego ale na 100% wiadomo kiedy Aurora Borealis jest najbardziej atrakcyjna dla mieszkańców Ziemi. Aby zobaczyć najładniejsze Zorze Polarne trzeba znaleźć się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. 
  Szamocząc się z finansami i terminami nie uda się nam wyruszyć na wycieczkę na początku roku aby zobaczyć i uwiecznić spektakularne wyczyny układu słonecznego. Już dużo wcześniej zdecydowaliśmy się na przywitanie Nowego Roku w Miami więc kolejny wyjazd pod koniec lutego okazał się niemożliwy. 
Wiele czynników geograficznych i klimatycznych ma wpływ na oglądalność Northern Lights.
p. bardzo dokładnie wyliczył daty nowiu ksie
życa bo wtedy niebo jest ciemne dając Zorzy Polarnej możliwość pokazania się ze swej najbardziej efektownej strony. Aktywność Słońca i tysiąc innych dla mnie niepojętych warunków znalezienia się w odpowiednim miejscu na ziemi dokładnie przeanalizowanych i zrozumianych przez męża wskazało na dwie daty z których jedna odpadła w przedbiegach. Naszym pierwszym wyborem był przedział 28 lutego 2014 a 6 marca 2014 w Fairbanks, Alaska. Dlaczego akurat Alaska a nie Kanada? Są dwa powody aby zapłacić około 900-1000 dolarów na głowę aby dostać się w to miejsce. Pierwszym jest to, że mnie tam jeszcze nie było a drugim, że na tej szerokości geograficznej w Kanadzie nic nie ma (nie obrażajac Kanadyjczyków powinnam napisac "prawie nic") więc jedynym sensownym wyjściem z sytuacji jest lot na Alaskę do Anchorage lub Fairbanks (64°50′37″N). Dawno temu byłam nawet bliżej bieguna północnego gdyż zaliczyłam Nordkapp w Norwegii i nawet widziałam Zorzę Polarną w białym kolorze ale było to tak dawno temu, że warto przypomnieć sobie jak smakuje daleka północ i jakie niesie niezapomniane atrakcje. Najlepszym miesiącem w 2014 roku na obserwację Zorzy Polarnej jest marzec a tylko ciut gorszym jest październik. Z wiadomych przyczyn musieliśmy zaniechać wyjazdu na Alaskę na przełomie lutego i marca więc już dzisiaj ogłaszam, że w październiku będę relacjonowała na żywo z Alaski. Będę tam, jeżeli przeciwnosci losu nie pokrzyżują naszych planów, pomiędzy 20 a 26 października aby podzielić się z Wami, drodzy czytelnicy, widokami świetlnego spektaklu odbywającego się w maksymalnej intensywności co 11 lat!!!! 
Oczywiście takie cuda na niebie można obserwować przez cały rok ale tylko nieliczni, mieszkający w niedalekiej odległości od Koła Podbiegunowego mogą cieszyć się tym, że pomimo srogiej zimy jest jeszcze coś innego do zachwalania ich miejsca zamieszkania.
Czy uda nam się spełni
ć obietnicę przeżycia i sfotografowania fenomenu Zorzy Polarnej okaże się już pod koniec roku.
Trzymajcie kciuki za bezchmurne niebo w tym okresie gdyż każda chmura jest w stanie przesłonić feeri
ę kolorów na wysokości 100 km nad powierzchnią ziemi.
Tylko raz (zdj
ęcia na internecie mogą kłamać) pojawiła się czerwona zorza polarna od kiedy zapisywane są obserwacje tego niecodziennego zjawiska przez naukowców, więc życzcie mi czerwonej zorzy abyście byli pierwszymi którzy to przeżyją razem z nami i zobaczą w internecie. 

sobota, 28 grudnia 2013

Zyczenia z Miami

  Juz najwyzszy czas rozwiklac zagadke z poprzedniego posta. Koncowke starego roku spedzamy w Miami uganiajac sie za aligatorami po bagnach pomiedzy Miami a Naples. 
Udalo nam sie upolowac dwa aligatory ale ciagle nam malo i poniewaz odleglosc nie zaslugiwala na przezycia z dreszczykiem to postanowilismy do samego Sylwestra poszukiwac takiego prawdziwego spotkania oko w oko aby ze strachu gesia skorka zjezyla wlosy na przedramieniu.
Ledwo zywa po emocjach wykszesalam resztke energii przed snem aby zlozyc wam, drodzy moi zyczenia noworoczne. Robie to z drzeniem serca bo kto wie jak nasze kolejne wyprawy w poszukiwaniu silnych wrazen potocza sie i czy jeszcze bede miala mozliwosc kontaktu z wami. Jezeli zaden krokodyl albo aligator mnie nie polknie to bedzie oczywiscie kolejny post zaraz po powrocie do domu czyli okolo 7 stycznia.


Wszystkiego najlepszego 
w nowym 2014 roku

zycza

Ataner i p.

środa, 25 grudnia 2013

Zimowe szaleństwo!

  W Sylwestra można ulepić bałwana lub wylegiwać się na gorącej plaży. Wybór jest łatwy ale zmienny każdego roku. Jaką podejmę decyzję i który z atrybutów zimowych wakacji widzianych na zdjęciu będzie mi towarzyszył witając Nowy 2014 Rok okaże się razem z moją pierwszą relacją przed Nowym Rokiem.
Szczęśliwego Nowego 2014 Roku

Czy wrócę spalona słońcem Colorado czy Florydy zgadujcie w swych komentarzach:)

środa, 18 grudnia 2013

Smakowite Święta (247365)

  Witam blogowiczów w świąteczny czas również w imieniu Ataner która już jedną nogą jest na zimowych wakacjach i końcówkę roku wcisnęła w moje dłonie.

Święta już za pasem i warto rozejrzeć się za smakowitą szynką do upieczenia. Szynką która przyozdobi świąteczny stół. 

Osobiście jestem zwolennikiem takiej z ananasami i goździkami oraz z brązowym cukrem jako polewą aby w czasie pieczenia skórka szynki nabrała brązowego koloru i była chrupiąca. Przepisu nie zamieszczam bo jako super kucharz robię wszystko na oko a przepisy pozostawiam jednostkom bez polotu. Można w pewien sposób wzorować się na przepisach ale żeby odmierzać miarką i posługiwać się laboratoryjną wagą w kuchni to już zupełny plagiat.
Co roku efekt końcowy zastanawia tych którzy chcą jeszcze ze mną biesiadować ale przynajmniej wygląd jest poprawny.

Smakowita i okazała jest dumą każdej pani i pana domu bo świadczy przecież o prawidłowym przygotowaniu się na ten szczególny i jedyny dzień w roku. 
Duża szynka jak wszyscy wiemy pochodzi z dużej świni
a ta mała z tych które nie dożyły odpowiedniego wieku.
Prawo do zabijania towarzyszy nam od początku ludzkości i jak wiemy szynki z kapusty nie da się zrobić nad czym wegetarianie pracują usilnie od wielu lat więc;
 życzę wszystkim 
Wesołych Świąt
 i popuszczania pasa przy suto zastawionym stole.
(247365)

środa, 11 grudnia 2013

Pierwsze grzyby.

  Gdy prosta i spokojna droga zaczęła się zmieniać w ciekawą a po chwili zniknął asfalt wcale się nie zdziwiłam bo po wczorajszej zaprawie traktowałam brak nawierzchni jako rzecz naturalną. Po wypytaniu p. czy już zawsze będziemy jeździć takimi drogami usłyszałam zapewnienie, ze „nie, nie zawsze” i odetchnęłam z ulgą. Zakołysało całym autem gdy raptownie odwróciłam się na słowa; „w większości nie będzie drogi tylko step czy jak to zwą tutaj”. 
- Zatrzymaj się, o tam po prawej. - Od pewnego czasu towarzyszyły nam urocze skały z piaskowca przybierające niespotykane kształty.
Do miejsca docelowego o którym wiedziałam mieliśmy jeszcze ponad godzinę jazdy więc zaskoczenie było tym większe, że to już. Okazało się, że to niespodzianka na trasie. Ja wzięłam tylko mój podręczny aparat a p. uzbroił się w resztę sprzętu. Odległość do grzybów, bo tak ochrzciliśmy widoczne z daleka skałki, nie była duża ale za to zaczęliśmy wspinać się po stromym zboczu. Drobne kamienie i odłamki skał usuwały się spod stóp i aby ułatwić sobie wspinaczkę skierowałam się w stronę dwóch skałek wspartych na kawałku płaskiej platformy.
- Nie przejdziesz. Zaklinujesz się na amen. - p. jako pierwszy wszedł do połowy stoku tam gdzie dziwolągów było najwięcej i robiąc dokumentację mojej domniemanej porażki komentował mało uprzejmie. Gdyby nie zdjęcia to wybaczyłabym wszystko ale żeby od razu cały świat dowiedział się jak jestem nieporadna to zniewaga która nie ujdzie na sucho. - Nie wchodź pomiędzy skały bo utkniesz, ich erozja trwa bardzo długo a musimy zaraz jechać dalej. Zobacz jak tu pięknie. - Gada i gada a mnie nerwy zaczynają denerwować. Jednak przeszłam pomiędzy nimi i nie potrzeba było czekać eonów aby skały zwietrzały. Nigdy nie zachwycałam się kamorami oprócz szlachetnych ale tutaj było na prawdę ciekawie.
Wolno leżąca kula poddała mi pomysł na zadośćuczynienie wyrządzonej mi krzywdzie. Rodził się pomysł. Kolorowe skały w zależności od miejsca oglądania przypominały bajkowe stwory albo fantazja tworzyła postacie których jeszcze nie było.

Pięłam się mozolnie w górę na sam szczyt gdzie upatrzyłam sobie odpowiednie miejsce. Tam miałam dokonać wyboru. p. jakoś nie kwapił się aby włazić za mną więc swoim „ach jak tu cudownie, chodź sam zobacz” przyciągałam podłego gada do siebie.
- Kurczę ale tu kamieni. Zobacz jakie okrągłe, przez nieuwagę można rozpocząć lawinę.
- Nie, nie tam, pójdź w moj
ą lewą zobaczysz jak jest rozkosznie kolorowo. - Plotłam trzy po trzy aby jakoś zachęcić paskudnika który śmiał zwątpić w mą gibkość.
Jeszcze chwila a znajdzie się w idealnym miejscu. Lekkie pchnięcie poruszy kamień który poruszy dwa albo trzy, wtedy cztery kamienie poruszą następne i coraz więcej kamieni potoczy się w dół - lawina.
Moja ręka naciskała coraz silniej, silniej i silniej.

Gdy będzie po wszystkim będę mogła wylegiwać się w słońcu nie dbając czy przybędzie mi pół funta czy ćwierć kilo.