Zasiadłam za kierownicą autobusu pod
nazwą Lincoln Town Car. To prawda, że to osobowy samochód ale jego
długość bardziej przypominała mi autobus niż malucha którym
jeszcze trzy dni temu jeździłam.
Żaden film grozy nie odda tego co
przeżyłam siadając za kierownicą tego pojazdu. Do całego stresu
którym były; zmuszenie mnie do zajęcia miejsca za kierownicą
czołgu, nieznajomość przepisów obcego kraju, uśmiechnięta twarz
męża i na domiar złego ślepa wiara w moje umiejętności, że nie
wspomnę o dziecku na tylnym fotelu tak wielkim jak kanapa w pokoju
telewizorowym.
- Nic nie widzę. - Oświadczyłam
przeświadczona, że moje życie dobiegło końca. Po chwili p.
wskazywał mi tysiąc przycisków które elektrycznie regulowały
wszystko co mogło poruszać się w środku jak i na zewnątrz. Fotel
mogłam przesuwać w przód, tył i do góry lub w dół. Oparcie
bardziej pionowo lub poziomo, poduszkę w lędźwiach bardziej
wypukła lub mniej i po chwili tak zgłupiałam, że nie wiedziałam
czy taka właśnie pozycja jest wygodna czy nie. Lusterka oczywiście
też poruszane joystickiem i po 30 minutach trzęsły mi się nogi i
czułam, że pływam w sosie własnym. Najgorsze było to, że
nie mogłam się zdecydować czy patrzeć ponad kierownica czy przez
nią. Ze względu na mój mizerny wzrost czułam się jakby w kabinie
jumbo jeta. Granatowa skora dawała posmak luksusu i wreszcie
postanowiłam ruszyć tym kosmicznym pojazdem.
- Pamiętaj, że to skrzynia
automatyczna. - Tak na ostudzenie moich niepewności p. pogrążył
mnie do dna.
- I co mam robić?
- Przyciśnij hamulec, tą wajchę
przesuń na dół aż zobaczysz „R” to pojedziesz do tyłu a jak "D" to do przodu i powolutku puszczaj pedał.
- Który?
- A ile ich masz? - No właśnie tylko
dwa. Do tej pory tylko raz jechałam automatem ale było to tak dawno, że już zapomniałam jak to cholerstwo działa.
- Zapomnij, że masz lewą nogę i już
po kłopocie. - p. wyrażał się zupełnie spokojnie więc ja
również nie widziałam powodu do histerii pomimo tego, że stan moich
nerwów już od dłuższego czasu tak właśnie należałoby nazwać.
Zrobiłam jak usłyszałam odnalazłam "R" i ta olbrzymia kupa żelastwa wolno,
prawie niewyczuwalnie poruszyła swe cielsko unosząc również i
nasze.
- Hamuj. - Prawa noga bezbłędnie
odnalazła odpowiedni pedał i w tym samym momencie moja głowa zderzyła się z zagłówkiem. Auto, bardzo posłuszne, zatrzymało
się w miejscu. Nie usłyszałam zgrzytu zębów p. bo nic nie
słyszałam i nic nie widziałam, byłam w szoku.
- Teraz jak
trzymasz nogę na hamulcu wrzuć „D” i jedziemy na ulicę. Jak ci
się podoba? - "Jest wspaniale" bełkotałam bez sensu bo nic nie było
wspaniale. Udało mi się wyjechać na ulicę i dopiero wtedy zaczął
się koszmar.
Nigdy w życiu nie miałam tak
oddalonego horyzontu. Przed sobą widziałam kilometr maski a dopiero
gdzieś w dali ulicę. Jeździłam od lewej linii do prawej do momentu
gdy kolejna porada wyzwoliła mnie ze stresu.
- Widzisz ten celownik po
środku maski?
- Boże jedyny ja nic nie widzę. - Krzyczały serce i
usta.
- Trzymaj go na prawym krawężniku to będziesz jechała po
środku. - Minęły cztery dni i już wiedziałam, że to auto zostało
skonstruowane specjalnie dla mnie.
Znalazłam idealną pozycję za
kierownicą i okazało się, że tak wybaczającego pojazdu nie mogłam
sobie wyobrazić. Kierownica pracowała tak lekko, że wciskając się na
miejsca parkingowe w Chicago kręciłam nią jednym palcem. Wielkość
auta nie stanowiła problemu po zaznajomieniu się z możliwościami
tego wspaniałego auta.
p. zawsze lubił małe auta, ale tak na boku miał stara Warszawę, o wyglądzie
wzbudzającym uśmiech na ustach. W Polsce jeździł maluchem pomimo
tego, że nie było żadnego ku temu powodu. Niejako zmuszony przez
środowisko zamienił brzdąca na poważniejsze auto ale oczywiście
nie mógł to być normalny pojazd. Była to już stateczna i okazała
jednostka do przewożenia przynajmniej pięciu osób ale za to kombi.
Piękne, granatowe, duże kombi. Zawsze jednak żałował swego
rozstania z maluchem. Którym z kolei to nikt nie wie bo cwany p.
zawsze jeździł żółtym maluchem i mało kto zauważał, że
zmieniał je jak rękawiczki. Mówił, że dla jednej osoby większego
auta nie potrzeba. Jeżdżenie nowym autem weszło mu w krew i
pozostało do dnia dzisiejszego. Powróćmy jednak do moich
amerykańskich wyczynów.
Pontiac LeMans
Zawładnęłam Lincolnem do tego
stopnia, że p. pozostał bez środka lokomocji a, że były to chude
czasy w naszym życiu to o nowym kolejnym aucie nie było mowy. Co
można złego powiedzieć o Polakach to na pewno nie to, ze są
niezaradni. Za pół litra wódki p. zdobył wrak pojazdu
samochodowego pod nazwą Pontiac LeMans.
W tym aucie nic nie działało
oprócz silnika i skrzyni biegów więc teoretycznie nadawał się do
jeżdżenia. Biedny i dzielny za razem małżonek jeździł nim do
roboty przez rok. Z synem pomalowali go sprejami w hippisowskie wzory
i nie raz zdarzało się, że na skrzyżowaniach ludzie podnosili
kciuki do góry na widok tego poobijanego z każdej strony i
zardzewiałego okazu.
Hyundai Accent
Jak to w życiu bywa odbiliśmy się od
dna i pewnego dnia dostałam w prezencie najtańszy na rynku nowy
samochód. Reakcja naszych znajomych była jednoznaczna w stylu „nie
kupuj takiego gówna”, „Koreańczyk rozleci się po roku i
będziesz miała problemy”, „Hyundai? Chyba cie porąbało”.
Było takich zachęt bez liku bo Polak w Ameryce musi jeździć Mercedesem albo
BMW, zastaw się a pokaż się.
Z salonu samochodowego wyjechałam swym
nowym autem Hyundai Accent GL rocznik 2000 w kwietniu tegoż roku. To
auto przeżyło z nami siedem wspaniałych lat i nigdy nas nie
zawiodło podróżując trzykrotnie na najdalsze rubieże Dalekiego
Zachodu o czym wiedzą wierni czytelnicy mojego bloga.
Teraz mając trzy auta awansowalismy w kontrowersyjnym polonijnym społeczeństwie. Dwóch kierowcow i trzy auta to
jakby nobilitacja albo samobojstwo bo przecież trzeba opłacać
ubezpieczenie i rejestracje. Dzięki nieziemskim zdolnościom
brzydkiej i mądrej części płci naszej rodziny pozbyliśmy się Pontiac'a z 1000%
zyskiem.
No i przyszedł czas na spełnianie
marzeń. Jadąc kiedyś nieznaną ulicą w niedalekim od miejsca
zamieszkania mieście p. zapiszczał hamulcami zjeżdżając prawie
do rowu.
Mazda Miata
Ja nigdy nie umrę na zawał serca bo połowica prawie
codziennie dba abym doznawała stresów stawiając mnie w
zupełnie nieprzewidywalnych sytuacjach.
- Taką Mazdę Miatę wymarzyłem sobie
w najskrytszych snach. - Spojrzałam na niego i zdałam sobie sprawę, że każdemu coś należy się od życia. Dlaczego akurat nie ten
wyśniony i wymarzony pojazd.
- To jest mój ideał auta! - Wyszeptał
p. Jego oczy lekko zalśniły mgiełką nadpływających łez. Wtedy
poczułam więź pomiędzy małżonkami i jedna słona łza spłynęła
po lewym policzku.
- Kupmy ją. - Stwierdziłam świadoma
obciążenia finansowego. Wiedziałam, że możemy nie tylko takie
przeszkody pokonać.
Po dwóch godzinach pobytu w salonie
sprzedaży ja jechałam swym autem a p. swoją wyśnioną Miatą.
Znów mamy trzy auta. Ktoś pomyśli, że my to jakieś milionery albo wariaci. Bliżej nam jednak do
wariatów niż do tych pierwszych. Spełnianie marzeń to nasza
wielka wada za którą kocham nasz związek. Ja ulegam kiedy mogę i
nie ulegam gdy nie możemy spełniać swych zachcianek.
Któregoś roku z rzędu złożył nam
wizytę brat p. i ten mój wspaniałomyślny mąż ofiarował bratu
Lincolna. Nic mnie to nie bolało bo miał płacić za ubezpieczenie
więc wyglądało to na dobry układ. Ja miałam swoje auto na
gwarancji i ciągle niby nowe a p. szalał kabrioletem jesienią i
zimą. Jakoś nie mogłam się zmusić do zaproponowania mu zamiany bo
przecież blondynce bardziej pasuje kabriolet niż staremu chłopu
udającemu playboya.
Przeczekałam zatem zimę i wszystkie
problemy z jazdą sportowym autem na sportowych gumach. Wiosną gdy
stopniały śniegi zaproponowałam zamianę na tydzień.
Gdy ujęłam w dłonie grubą skórzaną
kierownice sportowego kabrioletu poczułam się jedyną właścicielką
tego pojazdu. p. przez całe lato i jesień jeździł moim Accentem.
To były lata gdy czułam szalejący wiatr w moich włosach. Gdy włosy zasłaniały mi oczy czułam, że żyję, że
trzymam świat w swych dłoniach. Gdy
spódnica unosiła się w podmuchach szalejącego w środku auta
wiatru musiałam ją przytrzymywać jedną ręką. Po krótkim czasie nauczyłam się odpowiednio ją utykać pod uda aby nie rozpraszać innych kierowców. Chociaż stara baba jestem to wolę
kabriolet niż limuzynę. Wiecie co? Nigdy nie myślałam, że
marzenia mojego p. będą moim największym szczęściem. Miatę
uznałam za moje auto do momentu gdy w pracy zaczęto na mnie
krzywo patrzeć. Życie ma swoje zasady z którymi nie zawsze się zgadzamy.
Miatę używałam kiedy mi to nie zagrażało zawodowo. Zaczęłam dostrzegać
niebezpieczeństwo zazdrości.
Mercury Grand Marquiz
Gdy dziecko dorosło do wieku legalnego kierowcy nadeszła chwila strachu i niepewności. Co kupić aby było bezpieczne bo o kraksach młodocianych kierowców nasłuchaliśmy się tyle, że rozważaliśmy wyprowadzkę na bezludną wyspę.
Wybór padł na duży pojazd aby ewentualne uderzenia odbywały się jak najdalej od kierującego pojazdem. Eleganckie auto w niedługim czasie było poobijane z każdej strony i nie przypominało tego ze zdjęcia. Ktoregoś dnia p. zdenerwował się i wyremontował auto przygotowując je do sprzedaży. Syn odziedziczył Hyundaia a mnie przypadł zaszczyt wyboru jakiegoś innego nowego auta.
Ciąg dalszy nastąpi już niebawem.