1

niedziela, 27 marca 2016

Gdzie góry, gdzie chmury?

 Wyrosłam z wieku gdy wierzyłam w Św. Mikołaja ale do dziś nie wiadomo co tam na niebie zobaczyć można i kto lub co tam mieszka. Latanie samolotem wysoko nad ziemią nie załatwia sprawy bo głośne silniki są w stanie wystraszyć  każdego. Zupełnie inaczej przedstawia się zwiedzanie chmur powolutku. Spokojnie bez pośpiechu dostrzec można bardzo wiele szczegółów ale tylko na odległość kilku kroków.
Mniej lub bardziej białe obłoczki na niebie uatrakcyjniają monotonnie niebieskie niebo. Kuszą swymi kształtami do wylegiwania się na nich a niektórzy nawet posunęli się do takiej abstrakcji, że umieścili w nich aniołki z pupciami nieosłoniętymi.
Od momentu gdy Oregon pokazał jakimi w rzeczywistości są chmury nie wierzę nawet w kupidyny. Kolejne spotkanie z wulkanem (tym razem w Nowym Meksyku) miało przechylić szansę na naszą korzyść. Okrągły jak stożek wulkan jest odosobniony na otaczającej go płaszczyźnie i żeby nie wiem co się działo nie sposób go nie zobaczyć.
Zdjęcie z Wikipedii
 Ruszyliśmy zatem w jego kierunku bo przecież chciało się nam wulkanu jak nie wiem co po porażce w Oregonie. Tam gęsta mgła odebrała nam możliwość obejrzenia Crater Lake więc tym bardziej byliśmy napaleni na spotkanie z prawdziwym wulkanem, wolno stojącym i łatwo dostępnym.
Chmurki na niebie lekko się zagęszczały nad nami i z upalnego dnia zrobiło się chłodne popołudnie. No cóż tam przecież nie zamarzniemy. Dzieliło nas może jeszcze tylko pół godziny gdy zrobiło się dookoła sino i paskudnie. p. gryzł zęby i gniótł aparat fotograficzny ze złości bo widoczność zmniejszyła się na tyle, że nie wiadomo było co przed nami. O horyzoncie mogliśmy zapomnieć gdyż skryty był pośród niskich chmur które przyfrunęły nie wiadomo skąd. Akurat o horyzont nikt z nas nie dbał i nikt z nas nie był zainteresowany co gdzieś daleko przed nami. Nie mogę przysiąc ale p. zaczął chyba jęczeć jak na mękach za czasów Inkwizycji i gdy już było wiadomo, że wulkanu nie zobaczymy zaczął bełkotać niezrozumiałe słowa.

 Moje spokojne słowa; daj spokój przecież to nie koniec świata, mające na celu złagodzić ból porażki wywołały nagłą i niespodziewaną erupcję wulkanu. Nie tego zupełnie niewidocznego za szybą samochodu ale tego siedzącego obok mnie.
- Zatrzymaj się! - Głosem niecierpiącym zwłoki odezwał się p.
- Gdzie? - Zapytałam bo jedynie rów przydrożny nadawał się w tej chwili do zaparkowania. Już nie pytałam po co zatrzymywać się skoro i tak nie widać nic ponad pięć metrów w górę. 
- Zatrzymaj to nieszczęsne i śmieszne blaszane pudełko w dowolnym miejscu ale w miarę prędko. - Tekst trochę mnie rozśmieszył ale również zaniepokoił bo takimi słowy p. zwykle nie rozmawia. Zamiast zjechania do rowu zatrzymałam się na asfalcie. Szybko jak chciał p. i w miarę bezpiecznie bo ruchu kołowego zero. Stojąc na wolnej przestrzeni poza śmiesznym blaszanym pudełkiem p. zaczął pomstować tak głośno, że słyszałam prawie wszystko. Sami przyznacie, że miał trochę racji wytykając Naturze przewrotność i okrucieństwo skazując nas na kolejną sromotną porażkę. Obiecał na głos, że pojedziemy na najwyższy wulkan świata i tam gdy pogoda okaże się ponownie, delikatnie parafrazując słowa dolatujące do mych uszu, zła to będziemy tam koczować nawet kilka lat aż w promieniach słońca nacieszymy swój wzrok. Myślałam, że to przedstawienie będzie trwało w nieskończoność ale p. raptownie przestał i zupełnie opanowany usiadł na fotelu pasażera. - No cóż czeka nas jeszcze kawał drogi poprzez tą przeklętą mgłę. - p. zapiął pas i uśmiechnął się z otuchą do mnie. - Jak chcesz mogę cię zmienić. - O kurczę chłopa mi odmieniła "ta mgła przeklęta". 
- Nie, nie. - Machnęłam ręką jakby opędzając się przed marą bo nie wierzyłam, że wszystko jest w porządku z mężem. - Ja pojadę, czuję się wypoczęta. - Ruszyliśmy nie wiedząc, że po godzinie to ja będę klęła jak szewc. 

niedziela, 20 marca 2016

Krem na odchudzanie

 Nie lubię słodyczy i jedynie okazjonalnie zjem kawałek urodzinowego tortu. Jak zapewne domyślacie się naleźę do grona osób które od czekolady wolą śledzia i pięćdziesiątkę wódki. Nie umiem piec ciast bo nigdy nie nauczyłam się przygotowania domowych wypieków gdyż nie czułam takiej potrzeby. Życie zatem pędzę niedosłodyczone ale niedomiar pysznych kalorii uzupełniam w czasie podróży. Nie mam pojęcia skąd wykształcił się u mnie pociąg do czipsów. Ani toto dobre ani smaczne i zupełnie niezdrowe a jednak nawet stu mil nie ujadę bez dogryzania za kierownicą. Gdybym była zawodową kierowcą to tyłek miałabym tak wielki, że pośladki zwisałyby z każdej strony, brzuch miałabym tak nabrzmiały jak przy bliźniaczej ciąży a cycki też ogromniaste zasłaniałyby mi cały horyzont. Nie jestem zatem kierowcą wielkiej ciężarówki i nie będę. Od Chicago ciekawe miejsca są oddalone o co najmniej tysiąc mil a te naprawdę fajne jeszcze dalej. Dojazd zajmuje nam 24 godziny albo dwa dni z noclegiem. Przeważnie gdy jedno z nas prowadzi to drugie drzemie w bagażniku aby zmienić kierowcę zanim on uśnie na posterunku. Droga dłuży się niemiłosiernie już po godzinie bo autostrady są skonstruowane aby jechać sobie spokojnie i bezpiecznie. Jadę zatem spokojnie i beztrosko wpadam najpierw w odrętwienie aby po chwili być gotową do snu. Pomimo tego, że radio gra nie za cicho to sen atakuje  bezpardonowo. Chwytam wtedy coś do jedzenia a najprostszym rozwiązaniem są oczywiście czipsy. Najbardziej pasują mi te ziemniaczane o smaku kwaśnej śmietany i gdy się nie opamiętam w porę to jestem w stanie zmieścić w brzuchu całe największe opakowanie. Robi mi się wtedy niedobrze i najchętniej wszystko bym zwymiotowała.
Właśnie taka sytuacja zdarzyła się zupełnie niedawno. Po zatankowaniu pojazdu i nabyciu kawy dla kierowcy i czipsów na zapas dla mnie zajęłam miejsce dla pasażera i pierwszą czynnością po zapięciu pasów i wypiciu jednego łyka kawy z kubka p. było dokładne nasmarowanie rąk kremem.
Mydła w ogólnodostępnych toaletach są miernej jakości i już w drodze do auta czułam jak z rąk sypie się naskórek w takiej ilości, że moim śladem mógłby podążać ślepiec. p. gdy siada za kierownicą zwykle piekli się na mnie, że kierownica wysmarowana kremem jak patelnia gotowa do smażenia naleśników. Ograniczam zatem ilość kremu gdy siadam za kółkiem ale gdy on prowadzi to ja nakładam wtedy ilości niebotyczne aby nadrobić stracony czas na pielęgnację rąk. Poszalałam na stacji benzynowej i oprócz już wcześniej wymienionych w  torbie z zakupami znalazły się również czipsy o smaku dymu z ogniska. Aby zachować kruche czipsy w stanie niepokruszonym producenci dmuchają opakowania aby ciśnienie wewnątrz  torby równoważyło zgubne skutki transportu. Plastik opakowania jest wytrzymały i bardzo dokładnie zgrzany na złączeniu powierzchni. Zapaliłam papierosa aby w spokoju i bez obawy, że  popiół spadnie gdzie nie potrzeba, rozkoszować się zgubnymi dla zdowia nałogami.
- Czy mógłbyś otworzyć to cholerstwo! - Prawie krzyczałam, że nie mogę poradzić sobie z tak prostą czynnością od dobrych dwóch minut. Jak alkoholik na odwyku, jak narkoman w Monarze wpadłam prawie w szał. W jednej ręce papieros który akurat teraz mi przeszkadzał a w drugiej nieszczęsna torba która kolorowym opakowaniem wpędzała mnie w amok pożądania. - Otwórz  potworze. - Ponowiłam prośbę. Bez problemu i proszenia robiłam to nie raz ale śliski krem uniemożliwiał mi tak mało skomplikowaną czynność jak otworzenie czipsów. - Tak ładnie cię proszę, pomóż błagam.
- Właśnie ci pomagam.
- Jak mi pomagasz jak nic nie robisz.
- Czy wiesz jakie to niezdrowe i ile ma kalorii?
- W dupie mam kalorie jednego czipsa mi żałujesz!
- I tam pozostaną na wieki. - Wzrok męża zatrzymał się na sekundę dłużej na mych biodrach.
- Co może gruba jestem? - Zaczęłam wycierać dłoń o spodnie aby pozbyć się zdradzieckiego kremu.
- Po co ty jadasz takie rzeczy? - No i zostałam posądzona o jadanie czipsów codziennie. W domu takiego jedzenia nie ma i nigdy nie kupuję czipsów bo tego nikt u nas nie je. Jedynie jak jest jakaś impreza to i tak zostaje większość którą dnia następnego zjadają wiewiórki.  Autem jeżdżę codziennie ale nie mam zwyczaju konsumpcji za kierownicą więc śladu hamburgera ani czipsa nie znajdziesz w aucie. Gdy ruszamy na wakacje napada mnie ochota na cienko pokrojone kartofle usmażone na oleju.
Wyrzuciłam papierosa za okno nawet go nie odgaszając w popielniczce i dorwałam się oburącz do torebki ze smakowitymi kaloriami.  Musiałam nieźle przyłożyć się do roboty bo zaiste użyto chyba pancernego plastiku na opakowanie. Aż westchnęłam z ulgą gdy metalizowana folia puściła na szwach.
- Lubisz ten krem? Tak intensywnie pachnie. - Nagła zmiana tematu na kosmetyki była lepsza niż posądzenia o podjadanie.
- Tak, bardzo bo... - Już chciałam wygłosić pean na cudowne składniki kremu który został moim ulubionym kremem do rąk gdy usłyszałam jak bardzo mąż troszczy się o żonę.
- To może kupimy 200 pudełek. - p. uśmiechnął się i zgarnął pełną garść niezdrowych i smakowitych czipsów.

piątek, 11 marca 2016

Sezon na nerwy.

 Pogoda zupełnie wytrąciła nas z równowagi i cały sprzęt biwakowy nie nadawał się do użycia bo temperatura w okolicach zera. Musieliśmy sypiać w motelach i hotelach. Niby żadna kara ale jeden pobyt warto opisać bo wrył się w pamięć bardziej niż inne.
Zapowiadało się zupełnie zwyczajnie; późny obiad albo kolacja w McDonaldzie, najtańszy motel jaki będzie dostępny w mieście i to raptem koniec atrakcji jakie miały nas spotkać tego wieczoru. Z noclegami w USA jest prosta sprawa bo przeważnie hoteli jest pod dostatkiem więc nawet nie potrzeba rezerwować pokoju z kilkudniowym wyprzedzeniem. Ceny tych tańszych sieciowych noclegowisk są bardzo zbliżone do siebie i jedynie o wyborze może zadecydować usytuowanie hotelu lub jego nazwa. Reszta bowiem jest taka sama. 

- Ale francowata pogoda. - p. siedział sobie i jakby napuszał piórka aby zatrzymać uciekającą z jego ciała energię ale w aucie było ciepło. Zamarzający kapuśniaczek osadzał się na szybach i karoserii auta tworząc bardzo ciekawą kompozycję ze stali i lodu. - Wcale nie musimy spać we Flagstaff. Na wystawę możemy dojechać z każdego miejsca. - Pomiędzy Wielkim Kanionem a Phoenix leży Flagstaff więc miejsce jak najbardziej odpowiednie na planowanie kolejnego wypadu na zwiedzanie. Tym razem znaleźliśmy się w Arizonie aby zaciągnąć języka u wystawców z różnych dziedzin życia niecodziennego. O tym będzie przy okazji relacji z wystawy. Zrobiło się dookoła szaro bo na niebie szaro, słońce gdzieś utonęło w szarości chmur i ani jeden promyk nie rozświetlał tego ponurego dnia. Jest połowa maja i wiosna powinna szaleć na całego kwiatami w różnych kolorach a wszystko wskazuje na to, że będzie padał śnieg. 
Torby podróżne jak zwykle są zbyt ciężkie i ogromniaste. Ja otworzyłam drzwi do pokoju a p. wtoczył się z tobołami. 

- Ale tu zimno. - Dreszcz wilgotnego zimna przeszył mnie na wylot. Ruszyłam w stronę termostatu aby wyregulować temperaturę. Spoglądałam na kratki w ścianie i wsłuchiwałam się w głuszę gdy z kolejną porcją wyposażenia pojawił się p.. 
- Klimatyzacja nie działa. - Zrezygnowana wzruszyłam ramionami i lewą dłonią zwróconą do góry wskazałam termostat. Blondynki czasami gubią się w zawiłościach techniki ale kręcić pokrętłem to jeszcze umiem. Próby złagodzenia szoku termicznego którym mieliśmy ulec już niebawem spełzły na niczym i p. ruszył w stronę drzwi. Oj nie mogę go puścić samego do recepcji w takim stanie nerwów bo zrobi awanturę na pół miasta. Jako remedium na wszelkie dolegliwości sprawdzam się od lat i nawet jako cudowny środek uspokajający działam niezawodnie na nerwy męża. Po wysłuchaniu zupełnie nieprawdopodobnych dwóch zdań z ust recepcjonistki staliśmy jakby resztka energii która jeszcze tkwiła w nas, z naszej strony lady przeskoczyła na drugą stronę pozostawiając nas w głębokim szoku niezdolnych do jakiegokolwiek czynu. 
- To nie może pani włączyć na jedną noc? Jest przecież poniżej zera! - p. usiłował jakoś negocjować pomimo tego, że na pewno wypatrywanego lądu nie zobaczymy tej nocy. 
- Sezon grzewczy skończyliśmy ostatniego dnia kwietnia. - Po raz wtóry usłyszeliśmy, że są mądrzejsi od nas na świecie którzy wiedzą kiedy ma być ciepło a kiedy zimno nie dbając o zawirowania klimatyczne. Najważniejsze, że statystyka wskazuje iż od dwudziestu lat pierwszego maja jest wręcz idealnie na spanie przy otwartym oknie. 
- Mamy dodatkowe koce. - Wskazała przygotowany zestaw dwudziestu koców byle jakiego koloru i już wyciągała rękę aby uradować nas jednym albo dwoma a może nawet trzema kocami gdy razem zaczęliśmy machać rękami w geście obrzydzenia powtarzając na głos „nie, nie dziękuję”. Poszliśmy do auta, usiedliśmy tam gdzie siedzieliśmy przed trzydziestu minutami. Silnik nie zdążył całkowicie wystygnąć i po chwili w aucie było rozkosznie ciepło. Wszystkie troski powróciły gdy zdaliśmy sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Nocy w samochodzie nie spędzimy więc pora wracać do hotelu. Powróciliśmy niosąc ze sobą pojemnik z kuchnią a w nim; rum, herbatę, cukier i inne cuda które potrafią z byle jakiego żarła stworzyć raj dla podniebienia. Dodatkowo nieśliśmy turystyczną kuchenkę gazową i dwie zapasowe butle z gazem.
Zrobiliśmy biwak w pokoju. Herbata po zbójnicku rozgrzała nas od wewnątrz tworząc barierę której nie pokonało przeziębienie. Druga herbatka zwaliła nas z nóg a palący się bez przerwy palnik wytworzył temperaturę tropiku znad Amazonki, było wilgotno, duszno i pachniało stęchlizną.

piątek, 26 lutego 2016

Nasze auta - do dziś.

 Nissan Versa
Dla osoby drobnej i skromnej duże auta są za duże i szukałam czegoś co byłoby łatwe do zaparkowania i w miarę tanie w użyciu. Spodobał mi się Nissan niby kombi i pomyślałam, że coś takiego zadowoli nas na codzień i w czasie wakacji.
To typowo miejskie auto dla kobiety przypasowało mi od pierwszego spojrzenia. Małe jak na tutejsze warunki zapełnione krążownikami szos sprawdzało się na ulicach pierwszorzędnie. Cena benzyny ustawicznie szła w górę w tym czasie więc oszczędne auto było piorytetem w wyborze. 
Przez trzy lata właśnie to auto sprostało niecodziennym zadaniom stawianym przed pojazdami mającymi zadowolić nas w czasie wakacji. Gdy kończyła się gwarancja auto zaczęło prosić o naprawy. Kilka z nich wykonano w ramach gwarancji ale rozklekotane zawieszenie stało się sporem nie do zaakceptowania przez firmę Nissan. Gdy przyszło do większej naprawy to raptem każdy nabrał wody w usta i stał się i ślepym i głuchym. Dwa tygodnie na telefonie z głównym biurem producenta okazały się stratą czasu więc z dziką satysfakcją sprzedaliśmy nieudany produkt francusko-japoński w meksykańskim wykonaniu do komisu. Problem zniknął ale w tej samej chwił pojawił się kolejny czyli zakup nowego pojazdu dla żony. Przy zakupie zawsze pojawia się problem pieniędzy ale tym razem nie bylo źle bo pozbyliśmy się niezbyt udanego tercetu tequili, żab i sake za całkiem niezłą sumkę ale tylko dlatego, że cena benzyny w tym czasie osiągnęła historyczny szczyt.

Jeep Grand Cherokee 
Marzenia o posiadaniu idealnego wehikułu na wakacyjne eskapady stały się realne gdy dziecko pozostało bez auta kasując w wypadku naszego złotego Hyundaia. Układ miał być prosty i zrozumiały nawet dla małolata; jeździsz na codzień, rodzice dbają o stan techniczny a w czasie wakacji my, rodzice stajemy się jedynymi i dzikimi właścielami tegoż pojazdu. Przeważnie dostajemy w cztery litery od dnia codziennego czyli niezłe lekcje finansowe i uczuciowe i tak również postanowił potraktować nas nasz syn. Dostał Jeepa Grand Cherokee i po dwóch dniach zaczął narzekać. "To auto za dużo pali" i dodał, że jak na jego studencką kieszeń to auto jest zbyt drogie w utrzymaniu.
Na tym zakończył swe utyskiwania na głupotę ludzi z którymi żyje pod jednym dachem. p. po prostu trafił jasny jeżeli nie najjaśniejszy szlag! Usłyszałam po kątach, że "gdyby moi starzy dali mi auto w prezencie za rozbicie poprzedniego to nawet nie wpadłbym na pomysł aby wybrzydzać". Było innych stwierdzeń w ilości dużej ale po co je wymieniać skoro nawet nie wiadomo jak większość słów powinno się napisać poprawnie. Jeep przeszedł na własność p.. Ambitny i bekompromisowy charakter p. zaczął przygotowywać Jeepa na nasze przyszłe eskapady.
Zaczęło się od zawieszenia, amortyzatory, łożyska i inne pierdoły o których nie mam pojęcia i już w życiu nic o nich nie będę wiedziała. Kasa płynęła a mechanicy stali się naszymi przyjaciółmi do dziś a Jeep rzeczywiście zawiózł nas w miejsca niedostępne dla innych pojazdów. Najgorsze wertepy były dla nas największym sprzymierzeńcem gdy w skórzanych fotelach i pełnej klimatyzacji przedzieraliśmy się przez bezdroża Stanu Michigan. To właśnie wtedy trafiliśmy na luksusową willę pośród niczego na samej plaży. Stała odłogiem i teoretycznie mogliśmy tam zamieszkać na tydzień lub dwa tylko.... No tak, zawsze przecież istnieje zawsze jakieś tylko. Nie zaczyna się zdania od tylko ani od więc. Więc tylko gdybym miała na koncie milion dolarów na drobne wydatki to Jeep do dziś byłby naszym "numero uno". Zawsze coś się nadawało do naprawy i p. naprawiał jak szalony do momentu gdy stwierdził, że już kupiliśmy nowego Mercedesa. Jeepa sprzedał na eBayu i do dziś żałujemy, że nie jesteśmy milionerami.

 Subaru Outback
Takim autem powinniśmy wybierać się na wycieczki. Duże kombi z napędem na cztery koła było dla nas wzorcem nieosiągalnym ze względu na jego cenę. Do salonu sprzedaży trafiliśmy aby nabyć inny model którym był Subaru Forester. Wiedzieliśmy  jaką chcemy wersję i jakie wyposażenie. Drodzy panowie nigdy nie słuchajcie kobiet przy zakupie auta. Wybrany egzemplarz już podjechał na parking gdy mnie w oko wpadł inny model. p. trochę kręcił nosem, że droższy, że większy i nie taki jaki mieliśmy w planie kupić. Wystarczyło mi mniej niż dziesięć minut aby p. zmienił zdanie. W rozliczeniu oddawaliśmy Jeepa i wynikło lekkie zamieszanie. Była sobota i zrobiło się na tyle późno, że nie mogliśmy uzyskać potwierdzenia pożyczki. Jednakże diler był tak ucieszony transakcją, że zaproponował nam wzięcie auta do domu a podpisanie papierów pozostawiliśmy na wtorek bo w poniedziałek było święto. Auto już nasze z tablicami z Jeepa prezentowało się okazale a wnętrze aż się prosiło aby zapełnić je śpiworami i resztą ekwipunku biwakowego. Nikt nie musiał namawiać drugiej połowy do pracy. W ciągu godziny byliśmy gotowi do wyjazdu. 

 
Mnie znów przypadło w zaszczycie pierwszeństwo używania nowego pojazdu. Dla mnie wszystko było OK ale gdy p. zmienił mnie na trasie to zaczęła się zgaduj zgadula. "Coś z tym pojazdem jest nie tak" usłyszałam i p. rozpoczął poszukiwanie usterki już w czasie jazdy. Dopiero kolejnego dnia na parkingu wyszło szydło z worka; auto jest przekoszone! Idzie bokiem jak po kiepskiej naprawie po niezłej kraksie. 
Po powrocie z weekendu poprosiliśmy o zwrot naszego wychuchanego Jeepa. Na wieść, że oddajemy Subaru sprzedawca omal nie padł trupem. Po godzinie utrudnień i prawie walki wręcz p. zadzwonił na policję która w kilka minut sprowadziła dilera na ziemię i bez problemu w obecności oficera policji odebraliśmy nasz zostawiając za sobą pojazd którego byliśmy właścicielami raptem przez dwa dni.

  Chevrolet Cobalt
Rozpoczęło się polowanie na auto dla juniora.
Ja zupełnie nie wiedziałam co można kupić bo przecież kupić można wszystko gdy masz pieniądze. Dziecko (stary chłop) znalazło wreszcie swój ukochany pojazd. p. aż puścił pianę i o mało co nie dostał zawału albo jakieś innej starczej dolegliwości.
 Stanęłam pomiędzy dwoma samcami z których jeden miał słuszną rację a drugi miał moje serce do końca życia. Kto nie był matką to nie wie, że nie można rzucić na szalę tych dwóch miłości. Powinnam dziękować wszystkim bóstwom bo jeden bóg nie wystarczy za to, że p. pomimo wszystkich swoich wad ciągle jest ojcem. Warczał i charczał ale podpisał dokumenty spłaty pożyczki na auto i raptem po godzinie nasz junior jechał do domu swoim autem.


 Honda Magna CB 750 
Nie mam pojęcia dlaczego każdy mężczyzna marzy o motocyklu. Sama jeździłam motorem ale nic super męskiego w nim nie odnalazłam.
p. za czasów wolności miał swoją zaczarowaną emzetkę i po kilku latach jęczenia, że bez motocykla czuje się niedowartościowany nabył wreszcie Hondę Magna CB 750. Chicagowska pogoda jest bardzo kapryśna i nie znosi kompromisów, jak ciepło to upał a jak chłodno to mróz nie do zniesienia. Gdy wieje wietrzyk to tak dmucha, że zrywa dachy domów. Jeżdzenie motorem do pracy okazało się bardzo upierdliwą i niewygodną formą przemieszczania się pomiędzy dwoma punktami na kuli ziemskiej. Oprócz zwykłej torby motocyklisty p. musiał zabierać równierz ciuchy na przebranie gdyby złapał go deszcz w czasie jazdy. Minęło lato udręki i znów auto powróciło do łask. Honda zagarażowała na 3/4 roku. Kolejne lato nie sprzyjało motocyklistom bo nieznośne upały wręcz udaremniały jazdę w mieście. Byłoby zupełnie inaczej gdybyśmy mieszkali na wsi ale gdy asfalt dookoła a mtemperatura tak nieznośna, że czarna nawierzchnia aż płynie to każde włączenie się chłodnicy czterocylindrowego silnika doprowadzało do omdlenia w korkach. Zatem motor przestał prawie całe lato i kolejną zimę w garażu. 

Przez ten czas życie nam zawirowało i z coraz to większą obawą obserwowaliśmy nieubłagalnie zbliżającą się katastrofę finansową.
Nasze konto w banku przypominało wybrzeże oceanu. Nie żeby było cudowne i zachwycające ale doświadczało bezustannych przypływów i odpływów gotówki. Napisałam bezustannych a nie regularnych bo właśnie z przypływami gotówki były i co tu ukrywać są największe problemy. Nieużywany motocykl znalazł nowego właściciela dzięki eBayowi i marzenie mężczyzny zamieniło się w równo leżące na stole stówki. Do dziś żyję z "niedowartościowanym" p. i jakoś nikomu z nas to nie przeszkadza. Pieniądze za motor uratowały nas na chwilę i po załataniu najbardziej ziejących dziur finansowych ruszyłam odnowić zapasy spożywcze. Śpiżarnia ziała pustką od dłuższego czasu nie mówiąc już o lodówce czy zamrażarce. W ciągu dwóch dni stan zaopatrzenia powrócił do normy i rozpoczęliśmy konsumpcję Hondy. Ze względu na to, że pojazd nie był drogi to zjedliśmy jego połowę przez kilka pierwszych dni a reszta jakoś rozmyła się w czasie. 


 Suzuki Esteem
Ten pojazd pojawił się jak Pontiac w poprzednim poście, na załatanie dziury i pozostał z nami przez rok. Został oddany dilerowi podczas transakcji zakupu tego poniżej. Auto nie cieszyło się powodzeniem u fotografów i nie mogę odnaleźć zdjęcia tego starego pojazdu oczywiście w kolorze srebrnym.

 Hyundai Elantra Touring
Miało być Porsche 911 a do dziś jeżdzę kombi za którego kierownicą czuję się jakbym miała o czterdzieści lat więcej i zero zadowolenia z jazdy pojazdem mechanicznym. Dlaczego akurat to auto a nie inne i dlaczego porzedni model a nie najnowszy opiszę w kilku zdaniach. 
Robimy zakupy raz na tydzień i jest tego tyle, że tylne drzwi ułatwiają życie. Gdy jedziemy na wakacje i nie wypożyczamy auta to cały nasz sprzęt jesteśmy w stanie załadować do kombi pozostawiając sobie tyle wolnej przestrzeni aby było wygodnie. Gdy trzeba przywieźć do domu nową zmywarkę do naczyń, pralkę czy suszarkę to kombi połknie ładunek bez najmniejszego problemu. Rynek północno-amerykański od dawna został opanowany szałem SUVów których jest duży wybór. To też kombi tylko bardziej wystraszone i na dużych kołach a normalnych pojazdów z tylnymi drzwiami jest jak na lekarstwo. Wybór jest ograniczony i gdy nie stać cię na klasyka w postaci Volvo Cross Country to składasz wizytę w salonie Hyundaia. W tym czasie gdy przyszła kolej na nowe auto do sprzedaży wszedł nowy model. Pojechaliśmy przymierzyć się do niego bo nie ma co patrzeć na auto na ulicy, trzeba się nim przejechać aby poznać jego wady i zalety. Nowy model był bardziej na czasie konstrukcyjnie i stylistycznie więc jechaliśmy zaprzyjaźnić się właśnie z nim. Jak zwykle poprosiliśmy o kolor dla brudasów. Na parking podjechał miły pan  srebrnym egzemplarzem i pozostawiając otwarte drzwi zaprosił p. do zajęcia miejsca za kierownicą. Tu od razu mnie się naraził bo kobieta przecież ma pierwszeństwo. Był to trzeci dzień po wyjściu p. ze szpitala i jeszcze nie był w stanie jeździć autem. Swym wyglądem mógł wystraszyć każedgo gdy słońce oddało miejsce na niebie księżycowi gdyż krwawe cięcia na w połowie wygolonej czaszce przyprawiały ciało obserwatora o dreszcze przerażenia. Bardziej przypominał Frankensteina ze swej prawej strony niż znanego nam wszystkim p. którym był z lewego profilu. W ogóle był jakiś pokurczony, sino-blady, pomarszczony i nie z tej ziemi. Ja wskoczyłam do środka i swobodnie zmieściłam się za kierownicą, miejsca jakby nawet za dużo. p. otworzył drzwi pasażera i naśladując żonę chciał znaleźć się w środku jak najszybciej i raptem coś walnęło w karoserię jeszcze nie zakupionego auta. To głowa p. walnęła zdrową stroną w dach albo otwarcie drzwiowe. Ja wrzasnęłam z przerażenia, że kolejny uraz głowy pozbawi mnie męża na zawsze, p. zaklął jak to w jego zwyczaju a sprzedawca odskoczył na dwa kroki w tył. Przednia szyba w nowym modelu jest bardzo pochylona i dlatego wejście jest na prawdę skąpe. Aby nie uderzyć w słupek szyby przy wsiadaniu p. odchylił głowę do tyłu i walnął w słupek pomiędzy drzwiami. Opadł na siedzenie i ryknął z wyrzutem; ja takiego auta nie chcę. Diler nadal trwał w zauroczeniu rozmyślając zapewne czy ten koszmarny Quasimodo nie wyzionie ducha na jego terenie. Mnie tam obojętne jakie auto niech będzie nowe i takie aby p. nie obijał się przy wsiadaniu. Wychodzący z produkcji model okazał się bardziej wybaczający i chyba trochę bardziej przestrzenny. Mam go do dziś i gdy ja prowadzę to nie mogę się oprzeć pokusie aby nie powrócić myślami do zakupu tego auta.

 Ford F250
Szalonych pomysłów w naszym życiu jak do tej pory nie brakowało ale to co wymyśliliśmy pod koniec 2015 roku po prostu nas przeraziło. 

Do pokonania dróg którymi ma biec nasza trasa nie nadaje się SUV a tym bardziej auto osobowe. Kto pozostanie z moim blogiem jeszcze przez dwa lata to nie pożałuje czasu oczekiwania. Nie chcę opowiadać o odległej przyszłości bo nie wiadomo czy wystarczy nam sił aby pokonać wszystkie przeszkody a jest ich dużo i coraz więcej gdy zagłębiamy się w temat. To istny potwór a nie auto, nie widziałam jeszcze silnika bo nie mam pod ręką drabinki abym mogła wspiąć się na trzeci szczebel. Obecnie przechodzi serię badań technicznych i drobnych usprawnień aby wkrótce zmienić swój wygląd nie do poznania. 

sobota, 6 lutego 2016

Nasze auta - część pierwsza.

  Zasiadłam za kierownicą autobusu pod nazwą Lincoln Town Car. To prawda, że to osobowy samochód ale jego długość bardziej przypominała mi autobus niż malucha którym jeszcze trzy dni temu jeździłam.
Żaden film grozy nie odda tego co przeżyłam siadając za kierownicą tego pojazdu. Do całego stresu którym były; zmuszenie mnie do zajęcia miejsca za kierownicą czołgu, nieznajomość przepisów obcego kraju, uśmiechnięta twarz męża i na domiar złego ślepa wiara w moje umiejętności, że nie wspomnę o dziecku na tylnym fotelu tak wielkim jak kanapa w pokoju telewizorowym.
- Nic nie widzę. - Oświadczyłam przeświadczona, że moje życie dobiegło końca. Po chwili p. wskazywał mi tysiąc przycisków które elektrycznie regulowały wszystko co mogło poruszać się w środku jak i na zewnątrz. Fotel mogłam przesuwać w przód, tył i do góry lub w dół. Oparcie bardziej pionowo lub poziomo, poduszkę w lędźwiach bardziej wypukła lub mniej i po chwili tak zgłupiałam, że nie wiedziałam czy taka właśnie pozycja jest wygodna czy nie. Lusterka oczywiście też poruszane joystickiem i po 30 minutach trzęsły mi się nogi i czułam, że pływam w sosie własnym. Najgorsze było to, że nie mogłam się zdecydować czy patrzeć ponad kierownica czy przez nią. Ze względu na mój mizerny wzrost czułam się jakby w kabinie jumbo jeta. Granatowa skora dawała posmak luksusu i wreszcie postanowiłam ruszyć tym kosmicznym pojazdem.
- Pamiętaj, że to skrzynia automatyczna. - Tak na ostudzenie moich niepewności p. pogrążył mnie do dna.
- I co mam robić?
- Przyciśnij hamulec, tą wajchę przesuń na dół aż zobaczysz „R” to pojedziesz do tyłu a jak "D" to do przodu i  powolutku puszczaj pedał.
- Który?
- A ile ich masz? - No właśnie tylko dwa. Do tej pory tylko raz jechałam automatem ale było to tak dawno, że już zapomniałam jak to cholerstwo działa.
- Zapomnij, że masz lewą nogę i już po kłopocie. - p. wyrażał się zupełnie spokojnie więc ja również nie widziałam powodu do histerii pomimo tego, że stan moich  nerwów już od dłuższego czasu tak właśnie należałoby nazwać. Zrobiłam jak usłyszałam odnalazłam "R" i ta olbrzymia kupa żelastwa wolno, prawie niewyczuwalnie poruszyła swe cielsko unosząc również i nasze.
- Hamuj. - Prawa noga bezbłędnie odnalazła odpowiedni pedał i w tym samym momencie moja głowa zderzyła się z zagłówkiem. Auto, bardzo posłuszne, zatrzymało się w miejscu. Nie usłyszałam zgrzytu zębów p. bo nic nie słyszałam i nic nie widziałam, byłam w szoku.
- Teraz jak trzymasz nogę na hamulcu wrzuć „D” i jedziemy na ulicę. Jak ci się podoba? - "Jest wspaniale" bełkotałam bez sensu bo nic nie było wspaniale. Udało mi się wyjechać na ulicę i dopiero wtedy zaczął się koszmar.
Nigdy w życiu nie miałam tak oddalonego horyzontu. Przed sobą widziałam kilometr maski a dopiero gdzieś w dali ulicę. Jeździłam od lewej linii do prawej do momentu gdy kolejna porada wyzwoliła mnie ze stresu. 
- Widzisz ten celownik po środku maski? 
- Boże jedyny ja nic nie widzę. - Krzyczały serce i usta. 
- Trzymaj go na prawym krawężniku to będziesz jechała po środku. - Minęły cztery dni i już wiedziałam, że to auto zostało skonstruowane specjalnie dla mnie.
Znalazłam idealną pozycję za kierownicą i okazało się, że tak wybaczającego pojazdu nie mogłam sobie wyobrazić. Kierownica pracowała tak lekko, że wciskając się na miejsca parkingowe w Chicago kręciłam nią jednym palcem. Wielkość auta nie stanowiła problemu po zaznajomieniu się z możliwościami tego wspaniałego auta. p. zawsze lubił małe auta, ale tak na boku miał stara Warszawę, o wyglądzie wzbudzającym uśmiech na ustach. W Polsce jeździł maluchem pomimo tego, że nie było żadnego ku temu powodu. Niejako zmuszony przez środowisko zamienił brzdąca na poważniejsze auto ale oczywiście nie mógł to być normalny pojazd. Była to już stateczna i okazała jednostka do przewożenia przynajmniej pięciu osób ale za to kombi. Piękne, granatowe, duże kombi. Zawsze jednak żałował swego rozstania z maluchem. Którym z kolei to nikt nie wie bo cwany p. zawsze jeździł żółtym maluchem i mało kto zauważał, że zmieniał je jak rękawiczki. Mówił, że dla jednej osoby większego auta nie potrzeba. Jeżdżenie nowym autem weszło mu w krew i pozostało do dnia dzisiejszego. Powróćmy jednak do moich amerykańskich wyczynów. 
Pontiac LeMans 
Zawładnęłam Lincolnem do tego stopnia, że p. pozostał bez środka lokomocji a, że były to chude czasy w naszym życiu to o nowym kolejnym aucie nie było mowy. Co można złego powiedzieć o Polakach to na pewno nie to, ze są niezaradni. Za pół litra wódki p. zdobył wrak pojazdu samochodowego pod nazwą Pontiac LeMans.
W tym aucie nic nie działało oprócz silnika i skrzyni biegów więc teoretycznie nadawał się do jeżdżenia. Biedny i dzielny za razem małżonek jeździł nim do roboty przez rok. Z synem pomalowali go sprejami w hippisowskie wzory i nie raz zdarzało się, że na skrzyżowaniach ludzie podnosili kciuki do góry na widok tego poobijanego z każdej strony i zardzewiałego okazu.
Hyundai Accent
Jak to w życiu bywa odbiliśmy się od dna i pewnego dnia dostałam w prezencie najtańszy na rynku nowy samochód. Reakcja naszych znajomych była jednoznaczna w stylu „nie kupuj takiego gówna”, „Koreańczyk rozleci się po roku i będziesz miała problemy”, „Hyundai? Chyba cie porąbało”. Było takich zachęt bez liku bo Polak w Ameryce musi jeździć Mercedesem albo BMW, zastaw się a pokaż się.
Z salonu samochodowego wyjechałam swym nowym autem Hyundai Accent GL rocznik 2000 w kwietniu tegoż roku. To auto przeżyło z nami siedem wspaniałych lat i nigdy nas nie zawiodło podróżując trzykrotnie na najdalsze rubieże Dalekiego Zachodu o czym wiedzą wierni czytelnicy mojego bloga.
Teraz mając trzy auta awansowalismy w kontrowersyjnym polonijnym społeczeństwie. Dwóch kierowcow i trzy auta to jakby nobilitacja albo samobojstwo bo przecież trzeba opłacać ubezpieczenie i rejestracje. Dzięki nieziemskim zdolnościom brzydkiej i mądrej części płci naszej rodziny pozbyliśmy się Pontiac'a z 1000% zyskiem. 
No i przyszedł czas na spełnianie marzeń. Jadąc kiedyś nieznaną ulicą w niedalekim od miejsca zamieszkania mieście p. zapiszczał hamulcami zjeżdżając prawie do rowu. 
Mazda Miata
Ja nigdy nie umrę na zawał serca bo połowica prawie codziennie dba abym doznawała stresów stawiając mnie w zupełnie nieprzewidywalnych sytuacjach. 
- Taką Mazdę Miatę wymarzyłem sobie w najskrytszych snach. - Spojrzałam na niego i zdałam sobie sprawę, że każdemu coś należy się od życia. Dlaczego akurat nie ten wyśniony i wymarzony pojazd.

- To jest mój ideał auta! - Wyszeptał p. Jego oczy lekko zalśniły mgiełką nadpływających łez. Wtedy poczułam więź pomiędzy małżonkami i jedna słona łza spłynęła po lewym policzku.
- Kupmy ją. - Stwierdziłam świadoma obciążenia finansowego. Wiedziałam, że możemy nie tylko takie przeszkody pokonać.
Po dwóch godzinach pobytu w salonie sprzedaży ja jechałam swym autem a p. swoją wyśnioną Miatą.
Znów mamy trzy auta. Ktoś pomyśli, że my to jakieś milionery albo wariaci. Bliżej nam jednak do wariatów niż do tych pierwszych. Spełnianie marzeń to nasza wielka wada za którą kocham nasz związek. Ja ulegam kiedy mogę i nie ulegam gdy nie możemy spełniać swych zachcianek.
Któregoś roku z rzędu złożył nam wizytę brat p. i ten mój wspaniałomyślny mąż ofiarował bratu Lincolna. Nic mnie to nie bolało bo miał płacić za ubezpieczenie więc wyglądało to na dobry układ. Ja miałam swoje auto na gwarancji i ciągle niby nowe a p. szalał kabrioletem jesienią i zimą. Jakoś nie mogłam się zmusić do zaproponowania mu zamiany bo przecież blondynce bardziej pasuje kabriolet niż staremu chłopu udającemu playboya.
Przeczekałam zatem zimę i wszystkie problemy z jazdą sportowym autem na sportowych gumach. Wiosną gdy stopniały śniegi zaproponowałam zamianę na tydzień.
Gdy ujęłam w dłonie grubą skórzaną kierownice sportowego kabrioletu poczułam się jedyną właścicielką tego pojazdu. p. przez całe lato i jesień jeździł moim Accentem. To były lata gdy czułam szalejący wiatr w moich włosach. Gdy włosy zasłaniały mi oczy czułam, że żyję, że trzymam świat w swych dłoniach. Gdy spódnica unosiła się w podmuchach szalejącego w środku auta wiatru musiałam ją przytrzymywać jedną ręką. Po krótkim czasie nauczyłam się odpowiednio ją utykać pod uda aby nie rozpraszać innych kierowców. Chociaż stara baba jestem to wolę kabriolet niż limuzynę. Wiecie co? Nigdy nie myślałam, że marzenia mojego p. będą moim największym szczęściem. Miatę uznałam za moje auto do momentu gdy w pracy zaczęto na mnie krzywo patrzeć. Życie ma swoje zasady z którymi nie zawsze się zgadzamy. Miatę używałam kiedy mi to nie zagrażało zawodowo. Zaczęłam dostrzegać niebezpieczeństwo zazdrości.
Mercury Grand Marquiz  
Gdy dziecko dorosło do wieku legalnego kierowcy nadeszła chwila strachu i niepewności. Co kupić aby było bezpieczne bo o kraksach młodocianych kierowców nasłuchaliśmy się tyle, że rozważaliśmy wyprowadzkę na bezludną wyspę.
Wybór padł na duży pojazd aby ewentualne uderzenia odbywały się jak najdalej od kierującego pojazdem. Eleganckie auto w niedługim czasie było poobijane z każdej strony i nie przypominało tego ze zdjęcia. Ktoregoś dnia p. zdenerwował się i wyremontował auto przygotowując je do sprzedaży. Syn odziedziczył Hyundaia a mnie przypadł zaszczyt wyboru jakiegoś innego nowego auta.
Ciąg dalszy nastąpi już niebawem.