Jak przyjechałam tutaj to wszystko było inne niż w Europie a Ameryka wydawała się być odleglejsza o co najmniej dodatkowe dwa oceany w porównaniu z Polska. Dzień, w którym tabuny przebierańców chodzących od domu do domu należał do dziwactw zaakceptowanych bez szczególnego zastanawiania się. Tak tutaj jest i koniec. Co ja o tym sadze to już zupełnie inna para kaloszy.
Dla Wika, który był na tyle mały, ze podobało mu się przebieranie za diabła, korsarza, ducha i kto tam wie za co jeszcze, dzień taki to nie lada atrakcja. Dziecku nie można odmówić takiej frajdy wiec jako ochrona chodziłam z nim i kilkoma jego kumplami po domach i uczestniczyłam w żebractwie-zbieractwie cukierków i podłych słodyczy. Końcówka października nie należy do ciepłych w okolicy Chicago i spacery wieczorem przy temperaturze około zera stopni C nie jest dla mnie atrakcja a wręcz przeciwnie utrapieniem. Głównym celem i ambicja każdego uczestnika "Trick or treat" czyli „jak nie dasz cukierka to ci wytnę numer” było zebranie jak największej ilości słodyczy. Kilka domów czy mieszkań nie wystarczało i teren polowań na słodkości powiększał się bo trzeba zbierać więcej i więcej.
Tempo tez niczego sobie i po godzinie byłam mokra i spocona. W takiej sytuacji stać nie wolno bo przeziębienie gotowe. Ruch na świeżym powietrzu jest zdrowy ale nie latanie z wywieszonym jęzorem o godzinie dwudziestej.
Przez kilka następnych lat Wik nie uczestniczył w halloweenowych polowaniach bo uważał się za zbyt dorosłego. Male nastolatki mają w tym okresie niezrozumiale podejście do świata. Wielkim zaskoczeniem dla mnie było jego przebudzenie się w wieku lat osiemnastu. Razem z kolegami z collegu (stare duże chłopy) postanowili zabawić się tego wieczoru. Jeszcze za młodzi na alkohol wzięli worki śmieciowe i dalej na „zebry”. Po dwóch godzinach bezpardonowego łupienia okolicznych domów przytachali wory zapełnione po brzegi słodyczami. To chyba rekord świata, tyle cukierków jeszcze u nas w domu nie było. Powodzenie akcji w dużej mierze mogą zawdzięczać swojemu wzrostowi.
Dla Wika, który był na tyle mały, ze podobało mu się przebieranie za diabła, korsarza, ducha i kto tam wie za co jeszcze, dzień taki to nie lada atrakcja. Dziecku nie można odmówić takiej frajdy wiec jako ochrona chodziłam z nim i kilkoma jego kumplami po domach i uczestniczyłam w żebractwie-zbieractwie cukierków i podłych słodyczy. Końcówka października nie należy do ciepłych w okolicy Chicago i spacery wieczorem przy temperaturze około zera stopni C nie jest dla mnie atrakcja a wręcz przeciwnie utrapieniem. Głównym celem i ambicja każdego uczestnika "Trick or treat" czyli „jak nie dasz cukierka to ci wytnę numer” było zebranie jak największej ilości słodyczy. Kilka domów czy mieszkań nie wystarczało i teren polowań na słodkości powiększał się bo trzeba zbierać więcej i więcej.
Tempo tez niczego sobie i po godzinie byłam mokra i spocona. W takiej sytuacji stać nie wolno bo przeziębienie gotowe. Ruch na świeżym powietrzu jest zdrowy ale nie latanie z wywieszonym jęzorem o godzinie dwudziestej.
Przez kilka następnych lat Wik nie uczestniczył w halloweenowych polowaniach bo uważał się za zbyt dorosłego. Male nastolatki mają w tym okresie niezrozumiale podejście do świata. Wielkim zaskoczeniem dla mnie było jego przebudzenie się w wieku lat osiemnastu. Razem z kolegami z collegu (stare duże chłopy) postanowili zabawić się tego wieczoru. Jeszcze za młodzi na alkohol wzięli worki śmieciowe i dalej na „zebry”. Po dwóch godzinach bezpardonowego łupienia okolicznych domów przytachali wory zapełnione po brzegi słodyczami. To chyba rekord świata, tyle cukierków jeszcze u nas w domu nie było. Powodzenie akcji w dużej mierze mogą zawdzięczać swojemu wzrostowi.
Regułą jest, ze po łakocie chodzą dzieci a nie dryblasy. Gdybym ja otworzyła drzwi takiej „bandzie” oddałabym wszystko co mam aby im się nie narazić. W ten oto sposób na „zastraszenie” zdobyli takie ilości cukierków, czekolad i innych czekoladopodobnych wyrobów. Nie brali po jednym czy w ostateczności kilka. Ich wielkie łapy czerpały garściami co popadło. W Halloween trzeba mieć cukierki w domu bo lepiej nie narażać się przebierańcom. Urażeni mogą zrobić nieszkodliwego psikusa a czasem wręcz przeciwnie. Inwencja maluchów puszczonych samopas nie ma granic a wyobrażenie o dobrym nie ma z nim nic wspólnego. Halloween nie jest świętem i nikt tego dnia nie uważa za święto. Ot taki zwyczaj i nic więcej. Spotkałam się ze stwierdzeniem, ze to tylko czysty biznes. Sprzedają się słodycze, kostiumy oraz knajpy pękają w szwach od gości poprzebieranych za śmierci, trupy, czarownice i wampiry. Otwierają się specjalne sklepy z akcesoriami na ta okazje. Rolnicy mają dodatkowy dochód ze sprzedaży dyn. Mylnym byłby pogląd, ze Halloween to tylko dynia, cukierki i alkohol. To również festyny i spotkania towarzyskie. Konkursy na największą dynie albo na najładniej wyciętą. Powodów do zabawy nie brakuje a ten dzień właśnie temu sprzyja. Organizowane są mistrzostwa USA w rzucie dynia w dal. Konstruowane są różnego rodzaju wyrzutnie, katapulty i działa, dynia po wylądowaniu musi być w całości, wszystko na wesoło i dobrowolnie. Trudno mi nie tolerować tego obyczaju gdyż istniał on już dawno przed moim przyjazdem i akceptacja była jedynym wyjściem. Halloween jest częścią Ameryki jak język angielski czy obecnie hiszpański.
Ja tez przebieram się za czarownice, hippiski i inne wyimaginowane postacie, kupuje cukierki na zapas i z przyjemnością obdarzam poprzebierane dzieci.
W tym roku jest biedniej niż zwykle. Domy jeszcze nie są przystrojone chochołami i pajęczyną. Dyn przed progiem na lekarstwo. Czy to kryzys finansowy wstrzymuje ludzi przed zakupami? Chyba tak bo nie znajduje innego wytłumaczenia. Mieszkam na przedmieściach dużego miasta i okolica ta należy do bogatych a domy ciągle nie są gotowe na ta porę roku. Chciałam zrobić kilka zdjęć tych najładniej przystrojonych ale nie nie mam co fotografować. Ciekawa jestem czy Motylek z Oregonu, artdeco z Północnej Karoliny i Grażyna z Południowej Karoliny mają podobne odczucia czy tylko moja okolice dotknęła amnezja i ludzie zapomnieli o miłych dla oka obowiązkach.
W tym roku jest biedniej niż zwykle. Domy jeszcze nie są przystrojone chochołami i pajęczyną. Dyn przed progiem na lekarstwo. Czy to kryzys finansowy wstrzymuje ludzi przed zakupami? Chyba tak bo nie znajduje innego wytłumaczenia. Mieszkam na przedmieściach dużego miasta i okolica ta należy do bogatych a domy ciągle nie są gotowe na ta porę roku. Chciałam zrobić kilka zdjęć tych najładniej przystrojonych ale nie nie mam co fotografować. Ciekawa jestem czy Motylek z Oregonu, artdeco z Północnej Karoliny i Grażyna z Południowej Karoliny mają podobne odczucia czy tylko moja okolice dotknęła amnezja i ludzie zapomnieli o miłych dla oka obowiązkach.
Czy mi się podoba czy nie Halloween mnie nie ominie.






