1

sobota, 20 listopada 2010

Kolorowe sny w Oregonie.

Lodowaty wiatr wdzierał się do wnętrza mojego poszarpanego kombinezonu. Wiedziałam, ze mam zaledwie kilka minut życia jeżeli nie schowam się w jakiś zakamarek aby osłonic się przed morderczym zimnem. Słońce odbijało się o nieskończoną biel Antarktydy i raziło nawet przez prawie czarne okulary, uniemożliwiające mi obserwacje niedźwiedzia polarnego przez lornetkę. Kierunek wiatru zmienił się raptownie i największy okaz na świecie zwęszył moja obecność. Mój śniegołaz stal obok wzgórza z którego prowadziłam obserwacje i musiałam działać błyskawicznie aby nie stać się tylko przekąską dla misia. Szybko przerzuciłam aparat fotograficzny i klęłam na czym świat stoi, bo zahaczyłam teleobiektywem o kawałek lodowej skały. Zdjęłam rękawice nie bacząc, ze piec minut  w tych warunkach wystarczy aby odmrozić sobie obie kończyny. Zsunęłam maskę z twarzy i spojrzałam przez wizjer. To już bez znaczenia czy leżę czy stoję bo i tak jestem wywąchana przez bezlitosnego morderce. Stanęłam by lepiej złożyć się do zdjęcia, jednego zdjęcia bo nie będę miała szans na powtórkę. Tylko jeszcze ostrość i zoom i patrzyłam prosto w czarne paciorki oczu cudownego białego olbrzyma. Już się zbierał do szarzy w moim kierunku gdy zwolniłam spust migawki. Mam cie przystojniaku, mam cie jako jedyny człowiek na kuli ziemskiej. Udało się! Teraz jeszcze powinno mi się udać uciec aby o tym dowiedział się świat. Założyłam przykrywkę na obiektyw, schyliłam się po rękawice i moje buty w tym momencie straciły przyczepność ze śliskim lodem. Zamachałam rekami jak wiatrak ale nie odzyskałam równowagi i pomknęłam jak na sankach w stronę najgroźniejszych pazurów świata. Raptem moje ciało uderzyło w występ skalny i zmieniło kierunek na południowo-wschodni, po sekundzie wpadłam w szczelinę skalna a za mną cala lawina lodowych odłamków i ostrego śniegu. Zostałam uwieziona pod powierzchnia i przygnieciona tonami śniegu. Nie mogłam ruszyć ręka otulona bielą. Po chwili zaczęło brakować mi tlenu i czułam, ze życie ze mnie uchodzi.
Przeraźliwy charkot wydobywający się z mojego gardła obudził p.
- Boże, co ty wyprawiasz?  
- Brakuje mi powietrza chyba się udusiłam. 
- Tak się trzęsłaś i rzucałaś, ze musiałem cie mocno trzymać abyś nie wyfrunęła z namiotu. 
Leżałam szczelnie przylegając do p. który objął mnie ramieniem i bardzo mocno mnie przyciskał do siebie. Nie mogłam się ruszyć bo mieliśmy jakoś poplątane nogi i ręce a śpiwór poowijał się jak taśma klejąca. Istny galimatias albo grupa Laokoona. Nasze dwa identyczne śpiwory były tak spięte zamkami błyskawicznymi, ze tworzyły jeden dwuosobowy. Chroniąc się przed dokuczliwym zimnem letniej nocy w desperacji zanurkowałam do wewnątrz śpiwora. Skarpetki, rajtuzy, spodnie dresowe, podkoszulka, bluzka z długim rękawem, bluza z polaru oto seksowny ubiór w sierpniowa noc do namiotu. 
- Masz czerwony nos jak zawodowy pijak. - Dotknął go palcem. - To chyba z zimna? 
- Ale uprzejmiaczek przecież, ze z zimna! Za to zaraz napije się rumu bo mnie jakaś jadowita cholera trafi w taka pogodę. - Wymamrotałam bez szczekania zębami. 
- Czy ja nie mam szronu na wąsach? 
- Nie, ale ja mam szron w gardle i zaraz się przeziębię. - Kawy! Chce gorącej kawy! Mogłam sobie tylko pomarzyć. Wszystko w namiocie wilgotne i na sama myśl o spotkaniu zimnego poranka odechciało mi się wszystkiego. Mój sen to jakieś proroctwo. Z namiotu pierwszy wyczołgał się p. i jęknął boleśnie. 
- Nic nie widzę. 
- Otwórz oczy! 
- Jest  mgła i dlatego nic nie widzę. - Pewnie niczego innego nie mogliśmy się spodziewać skoro 4ºC w każdym kierunku. Zanim wygramoliłam się p. już gotował wodę. Chwyciłam za butelkę rumu i pociągnęłam dobrego łyka. Aaach. Wlałam do wycieńczonego zimnem organizmu słońce Karaibów. Piraci wiedzieli co dobre. Natychmiast zrobiło mi się cieplej a kawa w dowolnej ilości postawiła mnie na równe nogi. Ale wakacje. Od teraz tylko plaza, słońce i  bikini.

środa, 17 listopada 2010

Światłowody z wody.

Decyzja zapadła w ostatniej sekundzie. Jechaliśmy akurat lewym pasem autostrady gdy zauważyliśmy napis informujący, ze "Multnomah Falls zjazd na lewo".  W planach mamy najwyższy wodospad w USA w Yosemite Park i jakieś pomniejsze atrakcje związane z nimi nie powinny nas rozpraszać.
Z parkingu widoczny z daleka wodospad nie powalał na kolana. Długo by się zastanawiać czy lepiej zachwycać się od razu tym wodospadem czy poczekać kilka dni na rekordzistę w Północnej Ameryce. Widoczna stróżka wody nie była zbyt zachwycająca i p. chciał poprzestać na tym widoku i pędzić dalej. Gdybym uległa namowom "pędziwiatra" do dziś pluła bym sobie w brodę, ze go posłuchałam. Do wodospadu było tylko 500 metrów i nie widziałam problemu z podejściem w jego bezpośrednie sąsiedztwo. Taka okazja rzadko się zdarza aby prawie z auta można było oglądać super widoki. W pobliżu leniwie kapiącej wody było ludzi bez liku i wcale się nie dziwie bo było na co popatrzeć. 
- Ciemno tu jak w ... 
- Proszę cie abyś nie psuł nastroju. Co ci szkodzi popatrzeć z bliska. Skoro są ludzie to może jest i na co popatrzeć. - Szlam przodem pełna optymizmu. Idący za mną p. coś tam mruczał, ze za ciemno, ze wszystko w cieniu i zdjęcia wyjdą do niczego. Wcale się tym nie przejmowałam bo obecna technologia zdjęć pozwala na takie ustawienia, ze zawsze coś wyjdzie, może nie najlepiej ale pamiątka pozostanie. Stanęłam jak zauroczona szesnastka na widok swego księcia z bajki. Zamiast księcia zobaczyłam taki oto widok, który podobał się nie tylko mnie bo większość ludzi stała tutaj z lekko rozchylonymi ustami. 
Odwróciłam się i uśmiechnięte oczy p. powiedziały więcej niż słowa. Oczywiste było, ze podobało mu się. Do jego wcześniejszego utyskiwania nie chciałam powracać bo nie było sensu. 
Dwustopniowy wodospad tworzył delikatna mgiełkę w powietrzu dzięki której na skalach po obydwu jego stronach rosły mchy, paprocie i roślinki o kolorze spotykanym tylko w profesjonalnych szklarniach. Male nasłonecznienie tego miejsca sprzyjało rozwojowi wielu gatunków roślin. Porastały one nie tylko skały ale i pobliskie drzewa. 
Zupełnie jak rainforest gdzie roślinność jest wszędzie i nawet tam gdzie się jej nie spodziewasz. Nie obyło się bez cyrku z trójnogim statywem do aparatu fotograficznego. Pomimo tłoku na wąskich ścieżkach prowadzących po obydwu stronach wodospadu p. ustawiał statyw i skutecznie tamował ruch wędrujących turystów. Nieświadomi tego, ze napotkają największą przeszkodę dnia, większość tu spędzanego czasu patrzyli pod nogi aby nie potknąć się na kamienistym podłożu i wodospad a nie na nas. Nie obyło się bez zderzeń i przeprosin. Ludzie wpadali na p. a on niewzruszony grał profesjonalistę i zadowolony uśmiechał się gdy był przepraszany przez tych, którzy weszli mu w kadr.
Poprosił mnie abym pozowała do zdjęć i zrobił sesje a la modelka w plenerze. To nie był dobry pomysł bo nie miał czasu na rozłożenie statywu i zupełnie niepotrzebnie robił zamieszanie. Byłam zbyt spięta widząc grupki ludzi oczekujących aż skończymy ujecie. Nasz aparat robi chyba z pięćdziesiąt zdjęć bez przerwy przy naciśnięciu spustu migawki i jedno ujecie trwało wieczność, przynajmniej tak mi się wydawało. 
- Skończ z tym proszę bo ja już nie chce zdjęć. - Nie mogłam się wyluzować widząc drepczących w miejscu i bardzo uprzejmych zwiedzających. 
- To jest magiczne miejsce. - Powiedział p. - Spójrz jak ciemno jest tutaj, ani jednego promyka słońca. - Rozejrzałam się dookoła i pomimo tego, ze byliśmy w cieniu, bo słońce ukryło się za górą z której spływała woda, to było jakoś wesoło i świetliście. 
Wąskie wgłębienie w skale gdzie był wodospad rozświetlane było przez słońce ukryte w wodzie. Na samej gorze skały słońce topiło się w wodzie wodospadu i razem z nim spadało w dol prosto do naszych stóp.
Teraz już wiem co to są światłowody.

czwartek, 11 listopada 2010

Mount Hood

Bez śniadania uciekliśmy z „wymarłego” kempingu ale silnej woli do głodówki wystarczyło nam na godzinę. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy autostradzie i przygotowałam przydrożne śniadanie. Dużo kawy i kanapki z polska konserwa, uczta! Przy jedzeniu towarzyszyły nam dwa jaskółcze głodomory, które z niecierpliwością oczekiwały mamy zaopatrzeniowca. Przylatywała dość często ale nasza bliskość ja denerwowała i bała się nakarmić młode. Przesiedliśmy się do drugiego stołu i teraz we czwórkę mogliśmy spokojnie zajadać smakołyki.
Usiadłam sobie na murku aby popatrzeć na latające jaskółki i usłyszałam spokojny głos przyprawiający mnie o zawal.
- Nie ruszaj się pod żadnym pozorem. - Jak zwykle w takich sytuacjach tak i teraz wyobraziłam sobie, ze chodzi po mnie straszliwie obrzydliwy pająk albo robal. Zesztywniałam i wzrok znieruchomiał mi na twarzy p. Nic nie mogłam wyczytać a fakt, ze wziął do reki aparat fotograficzny lekko mnie wzburzył. Czy chce zrobić mi ostatnie zdjęcie?
Mój wzrok chyba go poraził bo usłyszałam: nie ruszaj się nic ci nie grozi, nie ruszaj się przez chwilkę. Gdy zrobił zdjęcia powiedział: spójrz w lewo na swoja rękę. Tuz obok mnie siedziała jaszczurka, przyjrzałam się jej dokładnie ale gdy dołączyła do niej druga to wstałam płosząc je umyślnie.
- To może pojedziemy? - Z dwojga zlego już wole towarzystwo p. niż gadów.

Po lewej zbocze, po prawej rzeka a przed nami góra widoczna z daleka. Jak widać nie jestem poetka ale to chyba najlepsze określenie widoku towarzyszącego nam przez wiele kilometrów. 
Rzeka Columbia jest naturalną granicą pomiędzy stanami Washington i Oregon. Majestatyczna, wolno płynąca i niechętna do zakrętów. Rzadko się zdarza aby dwa brzegi rzeki były tak rożne jak tutaj. Poludniowa strona należąca do Oregonu to góry porośnięte lasami a brzeg północny kontrastował żółcią wyschniętych traw porastających leniwe wzgórza. Właśnie tam umiejscowiono dość rozległą elektrownie. Widok białych wiatraków już nikogo dzisiaj nie dziwi ale jakoś mi nie pasuje.
Pamiętałam, ze Mt. Hood i wodospady to nasze punkty zainteresowań w drodze na wybrzeże. Zjechaliśmy z autostrady i krajobraz zmienił się nie do poznania. Wąska, pnąca się pod gore droga prowadziła nas przez sady i winnice. Jaki wspaniały musi tu być klimat skoro udają się jabłka i winogrono dobrej klasy aby można z niego produkować wino. W jednej z winnic kupiliśmy butelkę tutejszego specjału po wcześniejszej degustacji. Wino było smaczne i bardzo aromatyczne co wzbudziło nasze podejrzenia i dlatego nie skusiliśmy się na więcej.
Po drodze natknęliśmy się na wesoły i kolorowy stragan oferujący przejezdnym kukurydze, warzywa i owoce. 
Jeszcze tylko sto zakrętów i już za chwilkę będziemy na miejscu.
Wspinając się kreta droga pośród lasu od czasu do czasu widzieliśmy szczyt Mount Jefferson również z białą czapka ze śniegu.
Szkoda, ze tam nie pojedziemy, jest ona za daleko i zupełnie nie po drodze. Człowiek to dziwna istota ciągle mu mało i mało. Już prawie osiągamy cel i natychmiast wymyślamy kolejny.
Mount Hood jest najwyższą górą Oregonu i wznosi się na wysokość 3429 m n.p.m. Dzisiaj ta wulkaniczna góra uznawana jest jako uśpiona lub nieczynna ale wiemy przecież, ze Wezuwiusz tez do momentu swego wybuchu był uznawany za nieczynny dopóki Pompeja nie  zniknęła z powierzchni ziemi na zawsze. Mt Hood leży w pasmie czynnych wulkanów jak np. Mt Helen, która ciągle jest niebezpieczna. Tak na wszelki wypadek długo nie przebywaliśmy w bezpośredniej bliskości tego giganta.
Na szczycie zamiast białego śniegu leżał lekko beżowoszary. Hulający wiatr na szczycie unosił w powietrze pyl skalny i osadzał go na śniegu. Temperatura była wyśniona do leżakowania a lekki wiaterek owiewał bosko ciało. Już zaczęłam rozglądać się czy gdzieś obok schroniska znajdę jakieś przytulne miejsce gdy usłyszałam: ladnie tu ale musimy pędzić dalej zanim się obudzi wulkan. We wszystkim trzeba mieć umiar i zdrowy rozsadek powinien dawać znać o sobie ale my nie wykazaliśmy ani jednego ani drugiego wytyczając taka długą trasę. Teraz ponosimy konsekwencje i żeby nie wiem jak bardzo podobało mi się tutaj w górach to i tak musimy jeszcze dziś dotrzeć na wybrzeże.
Mount Hood jako jedyna w północnej Ameryce zapewnia narciarzom uprawianie „białego szaleństwa” przez caly rok i jak widać na zdjęciu jest ich tam zawsze przynajmniej kilku. My byliśmy tam w dzień powszedni i tłoku nie było, zaledwie garstka. Pewnie weekendy ściągają większa ich ilość.
Nałogowych narciarzy nie brakło nawet w środku lata ale jakoś nie pasowali do tej pory roku. Narty, kije i kombinezony nierozerwalnie kojarza mi się z zima. Puste korytarze schroniska utwierdzaly mnie w tym przekonaniu.

sobota, 6 listopada 2010

Oregon

Nastała ciemna noc i oprócz gwiazd na niebie nie było co oglądać. Krajobraz chyba za bardzo się nie zmienił bo od czasu do czasu dostrzec można było dalekie i nagie wzgórza. Byłam zmęczona siedzeniem od rana do nocy w aucie nawet wygodnym jak to. 
- Daleko jeszcze? - pytałam co jakiś czas bo mój umysł już nie działał a ciało domagało się snu. Mogłam położyć się z tylu do spania ale wtedy zmęczony p. usnął by prędzej niż ja. Musiałam dotrzymywać mu towarzystwa bo jak razem to na dobre i na złe.
- Daleko. W Ameryce wszędzie jest daleko. - Odpowiedział bez entuzjazmu w glosie. Bez entuzjazmu to zbyt optymistyczne stwierdzenie. Jego głos wyrażał beznadzieje naszego położenia. Jechaliśmy zwykłą droga poprzez pustkowia i o jakimkolwiek noclegu nie było mowy. 
- Wiem, tak gadam bez sensu bo spać mi się chce okrutnie. Jestem gotowa spać byle gdzie aby jak najszybciej. - Nie mieliśmy zapałek aby podtrzymywać zamykające się powieki, taśmy klejącej tym bardziej. Głowa kiwała mi się jak u noworodka jakby szyja nie miała w ogóle mięśni. W dzień jeszcze można się czymś zainteresować ale nocą w świetle reflektorów nie było widać nic oprócz czerni asfaltu i uczucie zmęczenia jeszcze się potęgowało. 
- Myślę, ze za godzinę będziemy w Pendleton. Poszukaj mapki z trasa dojazdowa do kempingu. - Tak na odczepne pewnie coś powiedział abyśmy mieli o czym pogadać a mnie wyrwać z letargu. Dojazd był bardzo łatwy i podjechaliśmy pod biuro kempingu grubo po północy. Ciarki po plecach nam przeszły na widok tego wymarłego miejsca. Nie paliły się ogniska, nie było świateł w pojazdach kempingowych, zupełnie nic nie wskazywało, ze są tu ludzie. To, ze nikogo nie było o tej porze w okienku nas nie zadziwiło. Znaleźliśmy plan zagospodarowania terenu i pojechaliśmy sprawdzić czy są wolne miejsca na namiot. Wszyscy już spali i wydawało nam się, ze to zupełnie nienaturalne, lekka mgiełka dodawała nastroju horroru. Zwykle o tej porze ktoś siedzi przy ognisku i życie toczy się jak wartki potok. Tutaj jakby wszyscy poszli spać jak na komendę w wojsku. Wcześniej mówiłam, ze mogę spać w dowolnym miejscu i nawet mi obojętne jak to miejsce będzie wyglądało ale cos takiego to już lekka przesada. Miejsca na namioty były pod płotem a zaraz za nim blok mieszkalny. Cóż było robić, bez zbytniego wybrzydzania zostaliśmy. Było zimno i wilgotno wiec do śpiworów wskoczyliśmy jak kury do kurnika uciekające przed lisem. Rankiem wszystko było spakowane zanim przygotowałam kawę. Nikogo po za nami nie widziałam i utwierdziłam się w przekonaniu, ze wszyscy zostali pokąsani przez muchy tse-tse. Podjechaliśmy pod prysznice aby już nigdzie nie chodzić. Rozgrzana i obudzona po porannej kąpieli gotowa byłam na spotkanie z wyczekiwanym od dawna stanem Oregon. Od dziś zaczynamy prawdziwe wakacje.

środa, 3 listopada 2010

Pokochać wroga.

Petronela chyba nikogo nie lubi oprócz siebie. Uważa, ze koleżanki to k.... bo wcześniej czy później i tak ci zrobią kolo pióra (Pewnie mnie tez tak traktuje.) a koledzy robią wszystko aby ja zaciągnąć do łózka.  Poznałam ja dawno temu na kursie angielskiego zaraz po moim przyjeździe. Znamy się długo i chyba dlatego jestem w stanie jej wiele wybaczyć. Pewnego wieczoru p. starał się wytłumaczyć jej co to jest karta debitowa. Dwoił się i troił ale bez skutku. Petronela uparcie twierdziła coś zupełnie przeciwnego i doszło do ostrej wymiany slow. Patrzyłam na ta sytuacje z niesmakiem, dwa trykające się koziołki nie chwyciły za noże i skończyło się ogólnym niepowodzeniem całego przedsięwzięcia. Petronela nie zrozumiała co to jest karta debitowa bo nie chciała a p. poniósł klęskę jako pedagog. Od tamtego dnia oboje nie znoszą się wzajemnie i nie wytrzymują ze sobą dłużej niż wymagane przez savoir vivre piec minut. Gdy Petronela mnie odwiedza to p. delikatnie podnosi oczy ku niebiosom i w niedługim czasie znika w drugim pokoju i ślęczy przy komputerze. To, ze ja mam nienormalna koleżankę to już wiemy ale p. wcale nie jest lepszy i jego marudny Waldek jest z kolei namolny jak rozwścieczona osa. Przychodzi (czytaj przyjeżdża bo tu nikt nie chodzi) anonsując się w ostatniej chwili, przeważnie jak jest już na parkinu przed naszymi oknami. Samo to wprawia mnie w stan gotowości bojowej. Wchodzi i bardzo wylewnie się wita czego w jego wykonaniu nie cierpię, wole pocałunki od Nosferatu lub Frankensteina. Siada na kanapie i zaczyna się gapić w TV. U nas telewizor jest włączony wtedy jak ja jestem w domu. Dla p. mógłby nie istnieć a gdyby złodzieje wynieśli go to nie wiem czy fakt ten byłby zauważony przez małżonka. Gdy Waldek tak patrzy beznamiętnie w szklana tafle na której akurat nic się nie dzieje to mam wrażenie ze przysypia, gdy coś go zainteresuje to nie ruszy się z miejsca przez następne dwie godziny. 
- Kawy? - Pytam z przyzwyczajenia bo i tak wiem, ze wypije z cukrem i śmietanką, której u nas w domu nie ma. 
- Tak, bardzo proszę, z cukrem i śmietanką. - Pcha mi się do kuchni te metr dziewięćdziesiąt z ośmioma centymetrami. - Nie mam śmietanki. Jest mleko tłuste. Może być? - Zapytuje zjadliwie. Waldek stoi w kuchni i teraz wygapia się po polkach i po garach. Naczynia w zlewie i to co na blacie to jego szczególny obiekt zainteresowania. Niech go cholera jasna. Jak ja nie lubię takich kontroli mojej kuchni. Niech siedzi na kanapie i mi tu nie przyłazi, przecież przyniosę kawę. Teraz jest bałagan ale właśnie robię obiad i bałagan to podstawa mojej bytności w kuchni. Nie umiem gotować aby wszystko wokół mnie było czyste i poukładane na polkach i w szufladach. Sprzątam jak już przyjdzie na to czas, kuchnia to moje królestwo i obcym wstęp wzbroniony. Wiem, ze jego świdrujące oczy zobaczą okruch na podłodze i sztywnieje jak on przychodzi do domu. Jak mam możliwość to robię jak p. znikam aby się nie denerwować. Mamy to dokładnie omówione i żadne z nas nie robi z tego wielkiego problemu. Ja nie przepadam za Waldkiem a  p. nie uwielbia Petroneli. Sytuacja jasna i do zaakceptowania. Wiem, ze istnieją domy w których zona zabrania mężowi przyprowadzania swoich kolegów do domu.
Skoro nie można pokochać wroga zawsze można mieć migrenę.                                                                          

niedziela, 31 października 2010

Washington


Przed nami jeszcze kawal drogi aby zakończyć planowany na dziś odcinek trasy. Zrobiło się późno i desperacko szukamy jakieś dobrej kawy aby nas obudziła. 
Nie ma mowy o sikach ze stacji benzynowej i marzy nam się Starbucks. Marzenia czasem się spełniają. W takim małym miasteczku Starbucks to jak oaza na pustyni, zdarza się rzadko i to tam gdzie nie potrzeba. A jednak los nam sprzyjał. Ucieszyliśmy się niebywale na widok zielonego logo, z największymi kubkami kawy ruszyliśmy w dalsza drogę. 
Granica stanu musiała być w samym mieście bo nie zauważyliśmy tablicy informacyjnej. Zmienił się wygląd znaków drogowych i profil  prezydenta Washingtona był niezbitym dowodem ze już pożegnaliśmy Idaho. Zachodzące słońce spieszyło się do snu i złotym kolorem witało nadchodzącą noc. Nam tez się spieszyło do snu ale kemping jest dopiero w Oregonie wiec gaz do dechy aby jak najszybciej dojechać do celu. Jechaliśmy pod gore i w ten sposób opóźnialiśmy zachód słońca. Mogłam nasycić swoja dusze niecodziennymi widokami. 
Wszystko dookoła było w kolorze złota i brązu nawet krowy miały taka barwę. Gdybym zobaczyła taki obraz w galerii to bardzo sceptycznie bym się nastawiła do niego. Można namalować krajobraz w kolorze niebieskim lub zielonym ale i tak usta powiedziały by nie to nie możliwe świat tak nie wygląda. 
Z tego wynika, ze nie znam się na sztuce malarskiej bo jak widać wszystko jest możliwe w naturze i to wcale nie razi. "Zobaczyć słonce w nocy, zobaczyć latem śnieg..." tak śpiewała Mira Kubasinska z zespołem Breakout. Ja to widzę właśnie teraz jest noc albo dzień bo jednocześnie jest słońce, którego już tylko widać kawałek i jest księżyc w pełni już dość wysoko na niebie. Śnieg zobaczyłam dnia następnego w samo południe ale o tym później. Czyż ten świat nie jest skonstruowany idealnie? Po chwili zadumy nad otaczającą nas aura uroku wyjechaliśmy z rowu gdzie zaparkowaliśmy nasze auto by zrobić zdjęcie i przy świetle księżyca pomknęliśmy na spotkanie z Oregonem.

czwartek, 28 października 2010

Złoty środek.

Namówiłam koleżankę do blogowania. Po niedługim czasie Petronela zarzuciła mnie pytaniami i uwagami na temat posiadaczy blogów. Któregoś wieczora wpadła na chwilkę na kawę i pozostała do północy. Kilka godzin upłynęło jak piec minut. Po przywitaniu i zdawkowym co słychać, Petronela przesunęła bezpardonowo mojego laptopa i zaczęła w nim grzebać.
- Hej odczep się, chcesz coś zobaczyć? - Zapytałam w miarę uprzejmie bo nie cierpię jak ktoś posługuje się moim komputerem. Chyba zbyt personalnie traktuje ten sprzęt ale uważam go jako coś prywatnego i bardzo osobistego. Koleżanka wcale się nie przejęła tym co powiedziałam.
- Nie martw się nie będę oglądała twojej męskiej pornografii, chce tylko coś ci pokazać na necie.
- Ja nie mam....- Nie dopuściła mnie do słowa i kontynuowała jakby mnie nie było. Ona nie da sobie przerwać tak łatwo, zastanawiające kiedy łyka ślinę albo bierze oddech.
- Zobacz, na przykład (tu pada nick posiadaczki bloga) wcale nie odpowiada na komentarze, to chyba nie jest OK. - Już chciałam wykorzystać okazje aby coś powiedzieć ale Petronela nie czekała, aż z moich otwierających się ust usłyszy jakiś dźwięk. 
- O! A ta łazi wszędzie a nie zostawia komentarzy, tamta pisze wszędzie. - Jeszcze przez chwile opowiadała jak posługując się szpiegami na blogach (tak nazwala "feedjit") wszystko widać kto do kogo wchodzi, itd itp. Jasne jest, ze Petronela przyłożyła się do roboty i początki swego świata blogów potraktowała bardziej naukowo niż emocjonalnie. Mówiła o swych spostrzeżeniach co do szaty graficznej, układu stron i pomysłowości właścicieli blogów. Wiele ciekawych uwag jak na cztery tygodnie po tym jak zaraziłam ja blogiem. Ona nie ma swojej strony, jest na etapie buszowania i czytania. Bardzo dobrze bo po to piszemy aby inni mogli czytać. Sprawa zamieszczania komentarzy jednak zdominowała nasz wieczór. Zamieszczać swoje uwagi czy nie? Za każdym razem jak odwiedzasz jakąś stronę czy od czasu do czasu? Petronela przyznała się, ze nie komentuje bo się boi i nie wie czy jak coś napisze to czy właściciel się nie obrazi. Uważam, ze nie powinien bo skoro pisze bloga i udostępnia go wszystkim to jest gotów na krytykę, obojętne czy będzie to pochwala czy nagana. Wystarczy zrobić to kulturalnie. Wymiana poglądów może tylko pomoc a nie zaszkodzić, samotność w sieci szkodzi. 
- Kurcze nie mogę się odczepić od komputera, jak zacznę czytać to awantura gotowa bo zapominam o rodzinie, kuchnia leży odłogiem nie wspominając o praniu czy sprzątaniu. Mało tego zapominam nawet o swoich potrzebach fizjologicznych. W ostatnim momencie lecę do łazienki i nie daj Boże aby była zajęta. Drę się aby natychmiast mnie wpuszczono bez względu na to kto i co tam robi. - Opowiada mi jeszcze, ze rodzina uważa ja za wariatkę i ze internet ja kiedyś cała wciągnie albo dostanie totalnego, nieodwracalnego pomieszania zmysłów. Takie są początki bardzo burzliwe a po pewnym czasie przychodzi opamiętanie i stan równowagi ze wskazaniem na internet. Jednak nie mogłyśmy odczepić się od komentarzy. Czy wypada buszować po blogu dzień po dniu i nie zostawić uwagi co o nim sadze, nie zostawić innego śladu po sobie jak tylko ślad na liczniku odwiedzin albo na "szpiegu"? Czy wy macie jakiś złoty środek?