1

poniedziałek, 14 marca 2011

San Francisco

Z wielka niecierpliwością wyczekiwaliśmy pierwszego widoku tego miasta. Widok powinien być zniewalający bo od razu powinniśmy wjechać na najsławniejszy most świata. Dokładnie śledząc mapę skierowałam p. na parking z którego jest okazały widok na Golden Gate. Każde z nas chwyciło za swój aparat i poszliśmy w gore na skarpę gdzie już chyba od samego rana ciągnęli turyści.
Przed samym szczytem przywitała nas ruina sklepów z pamiątkami tak dalece posunięta w degradacji, ze nie było nawet czynnej toalety. Czyżby po latach widok mógł stracić na atrakcyjności? Jeszcze kilka kroków i już stoimy na samym szczycie a w dole przed nami cudowna, nieprzezroczysta mgła.
- Ładny widok.
- Tak wyjątkowo malowniczy.
Nie na próżno San Francisco jest nazywane światową stolica mgły. Wszystko się zgadza w najdrobniejszym szczególe. Nasze prawie godzinne oczekiwanie nie rozproszyły mgły i postanowiliśmy wrócić tu pod koniec dnia aby sprawdzić czy nastąpi poprawa widoczności. Nasz zapal na zwiedzanie trochę zmniejszył natężenie i pojechaliśmy najpierw obejrzeć przedmieścia aby przekonać się jak wygląda prawdziwe oblicze miasta bo centra przeważnie są takie same. Wysokie wieżowce i dużo aut. San Francisco jest usytuowane na czterdziestu ośmiu wzgórzach ale na moje oko jest ich tam dwa razy więcej. Domy postawiane na zboczach wyglądają jak po trzęsieniu ziemi, dużo uskoków nawet w kubaturze jednego obiektu. Uliczki kręte i spadziste. Można dostać zawrotu głowy od ciągłego jeżdżenia w gore i w dol.
Ten dom nie jest postawiony krzywo, tak mi wyszło zdjęcie gdy chwilowo znaleźliśmy się na płaskim kawałku nawierzchni.
Nasza wizyta na plaży utwierdziła nas w przekonaniu, ze nie pozbędziemy się mgły dzisiejszego dnia. Nawet nie pospacerowaliśmy bo było zimno i wilgotno. Cóż, pora na wizytę w mieście będącym kiedyś centrum skupu złotego kruszcu w czasie Gorączki Złota i kolebka Hippisów.
Oto cale centrum jak na dłoni. Jak na tak sławne miasto to chyba zbyt małe. Może dlatego, ze jest to miejsce nawiedzane przez trzęsienia ziemi nie ma okazałych wysokich budynków. Zapewne tak jest bo przecież sto lat temu San Francisco zostało zmiecione z powierzchni ziemi i zbudowane od początku w ciągu dziewięciu lat. Nie rozczarowałam się widokiem z bliska. Wszystkie domy zadbane i pomalowane na jasne pastelowe kolory. Nie raz łamaliśmy przepisy przeskakując na inny pas ruchu przekraczając ciągłą linie. Przyznam się, ze trudno nam było poruszać się w plątaninie; tramwajów, trolejbusów, autobusów, aut osobowych i „świętych krów”, którymi byli rowerzyści.
Wizyta w San Francisco nie może się obyć bez wizyty na najbardziej zakręconej ulicy świata. Zapraszam więc na podroż linowym tramwajem.
Podążyliśmy  właśnie w jej kierunku. I zaczęła się zabawa ze wzrokiem i nerwami. Ta ulica można tylko zjeżdżać, jest tak wąsko, ze większe auta mieszczą się z trudnością w szczególności na zakrętach.
Największym zaskoczeniem były betonowe platformy dla niepełnosprawnych na przystankach komunikacji miejskiej. Pojawiały się niekiedy na środku ulicy.
Musieliśmy biegiem zaliczyć bulwar nad zatoka bo czas nie pozwalał na ociąganie się. Cały dzień musi nam wystarczyć choc wiadomo, ze to za malo.
Rozkoszowaliśmy się do momentu gdy trzeba było podjąć decyzje czy płyniemy do Alcatraz. Najlepsze zdjęcie jakie mogliśmy zrobić tej wyspie ukazywało sławne wiezienie kąpiące się we mgle. Właśnie ona rozwiązała nasz problem, gęstniała z minuty na minute. Nie popłynęliśmy.
Jednak rządni wrażeń powróciliśmy w okolice Golden Gate ale było jeszcze gorzej. Już na parkingu trudno było dojrzeć drogę prowadzącą do niego. Totalna klapa.
- Jedziemy dalej, czekają nas kolejne atrakcje. Cos jednak jest w tym mieście, ze z zaduma spoglądamy na mosty i znajdujemy chwile zapomnienia w gonitwie dnia codziennego. - Przyznam się, ze lubię to zdjęcie i z przyjemnością oglądam je po raz kolejny.
Skierowaliśmy się w stronę wysokich gór, do parku Yosemite. Ciągnie nas tam najwyższy wodospad w USA. Wieczorem na kempingu odkryliśmy w bagażniku zapleśniałe drewno opalowe. Wilgotne drewno, które dostaliśmy w spadku na jednym z kempingów tak zapleśniało, ze grzyb przeniósł się na tapicerkę bagażnika. Postanowiliśmy urządzić mega-ognisko bo nie chcieliśmy zabierać takiej zarazy z powrotem. Długo w noc asystował nam płomień ogniska.

piątek, 11 marca 2011

Nasze sto lat.

Od 9 marca 2011 oficjalnie obchodzimy nasze wspólne sto lat. Zdarza się to tylko raz w życiu i obecnie mamy okazje doświadczyć tego jedynego jubileuszu. Bez pierwszych urodzin w tym roku nie mogło być mowy o setce. Zaczęło się przed kolacja. Już prawie wszystko było przygotowane na stole, jeszcze tylko herbatka i zaraz zawołam chłopaków.
- Czy wiesz, ze mamy sto lat? - Głos p. musiał pokonać trzy zakręty zanim dotarł do kuchni i nie zrozumiałam dokładnie o co chodziło. Przeważnie domyślam się sedna gdy nie dosłyszę ale gdy pada nowy, nieznany tekst to czasami moje domyślanie dalekie jest od prawdy. Tak
właśnie było w tej sytuacji.
- Chyba ty masz stówkę bo mnie jeszcze dużo, du
żo brakuje. Bardzo dużo brakuje. - Trochę się najeżyłam bo nie miałam pojęcia dlaczego ni stąd ni zowąd taki atak na moje naście lat.
- Co? - Ten człowiek mnie rozkłada na łopatki. Najpierw wyzywa mnie od staruchy a potem stara się udawać niewiniątko. Bardzo zaaferowany przyszedł do stołu i zaczął opowiadać bardzo dokładnie o co mu chodzi. Co roku przybwa nam dwa lata, w zesz
łym mielismy 98 a w przyszłym bedzie juz 102. Po wytłumaczeniu wszystko było jasne. 
- I jak się czujesz? - Kąśliwie dotknął czułej strony każdej kobiety.
- Jakoś normalnie. Tylko ta liczba jednak robi wrażenie. Sto lat naszego żywota to w głównej mierze twoja zasługa. - Odcięłam się zgodnie z prawda bo różnica wieku pomiędzy nami jest dość znaczna.

środa, 9 marca 2011

Przyroda

Od kilku godzin słuchalismy piosenek o Kalifornii tak ładnie opisanego Stanu w słowach twórców przebojów. Wszystkie te piosenki, których słuchaliśmy powstały w okresie gdy marzenia były w cenie. Dookoła nas nie widziałam czegoś nie widzianego wcześniej w innych miejscach Północnej Ameryki. Domy i ludzie zwyczajni, nie widać tych wspaniałych długowłosych Dzieci Kwiatów w kolorowych ubiorach i z głowami w chmurach. Właśnie Scott McKenzie wychwalał San Francisco i jego przyjaznych mieszkańców wręcz upominając się o kwiaty we włosach przyjezdnych gdy przy drodze zakwitły dla nas cudowne bukiety. Auto wolno zjechało na pobocze zaraz obok kwitnących patyków.
- Ale cyrk, ani jednego listka. - Dosadnie ale rzeczowo choć mało romantycznie jak na mój gust. Ja pomyślałam inaczej. Jednak jestem zwolenniczka życia przybywającego z kosmosu. Tutaj jest namacalny dowód na to, ze tak jest. W żadnym sklepie z ozdobna roślinnością nie widziałam tych kwiatów. Tutaj rosną sobie takie oto chwasty drwiące z pielęgnacji, specjalnej ziemi, codziennego zraszania i innych pracochłonnych zabiegów. Musieli te cudeńka zasiać kosmici bo nie widać ani jednej zielonej części koniecznej do życia roślin.
- Zwiędną zanim dojedziemy do San Francisco. - Z wielkim żalem stwierdziłam patrząc na "niespodziewajki". Nadałam taka nazwę bo czegoś tak szokującego nie spodziewałam się zobaczyć.
Zatrzymywaliśmy się jeszcze kila razy aby na własne oczy poznawać nieznane nam gatunki roślin. Wśród nich był dywan składający się z samej wody. Tutaj na zdjęciu jest nasze pierwsze z nim spotkanie ale później znaleźliśmy go porastającego wydmy opodal Los Angeles.
Były czarne paciorki z czerwona wstążką oraz przebój sezonu czyli czerwona szczotka do mycia butelek.
Widoczny z daleka krzew przypominał jakąś odmianę iglastej rośliny ale czerwone akcenty pośród gałęzi uruchomiły nasze nogi do wnikliwszej inspekcji. To nie była iglasta roślina. Wąskie listki były delikatne a niektóre gałęzie kończyły się czerwonym kwiatem (?).
Uważni kierowcy trzymają się z reguły z daleka od aut z obca rejestracja bo nigdy nie wiadomo co może strzelić do głowy turyście. Takim właśnie typem kierowcy był ten za nami, który spokojnie ominął nasze auto raptownie zjeżdżające na pobocze wzbijając tuman kurzu. Obyło się bez pokazywania palca albo pukania się w głowę. Nic. Gdy lekki wiatr usunął nieprzezroczysta zasłonę mogliśmy przyglądać się do woli tworowi ludzkiej wyobraźni. Pozazdrościć tylko klimatu aby coś takiego wychodować.

piątek, 4 marca 2011

Kolibry.

Nie lubię się chwalić ale ubóstwiam być chwalona. Malo skromnie to zabrzmiało ale prawdy nie da się oszukać. Po kolejnej nudnej godzinie jazdy samochodem gdzieś pomiędzy jedna wioska a druga wysokie krzewy z kolorowymi baziami przykuły mój wzrok. Takich dziwaków nie widziałam nigdy wcześniej wiec powinniśmy zatrzymać się i pooglądać je z bliska. Gdy p. zajął się aparatem fotograficznym ja rozkoszowałam się widokiem ogólnym. Gdy pomiędzy kwiatami przemknął jakiś mały cień wiedziałam, ze i teraz mam nosa do ciekawych miejsc.
W ten sposób mogą poruszać się tylko kolibry zwabione jaskrawym kolorem kwiatów. 
- Tu są kolibry! - Bardzo podekscytowana uważniej wpatrywałam się w geste trzciny.
- Pewna jesteś? - Niedowiarek mało mógł dostrzec gdyż wpatrywał się w wizjer aparatu i koncentrował się na pojedynczym kwiecie. Odsunął aparat od oka i spojrzał na moja rękę w ciągłym ruchu wskazującą raz jednego kolibra a po sekundzie drugiego w zupełnie innym miejscu. Szelmowski uśmiech zagościł na twarzy p., poprzestawiał coś w nowym aparacie zakupionym tuz przed wakacjami i złożył się do fotografowania.
- Tam siedzi!!! - Widok siedzącego kolibra jest tak niespotykany, ze znieruchomiałam i wstrzymałam oddech.
- Zaraz go upoluje, nie martw się. - Po tych słowach dal się słyszeć szum migawki i z prędkością dwudziestu zdjęć na sekundę rozpoczęło się bezkrwawe polowanie.
- Zrobiłeś zdjęcie?
- Chyba ze sto ale nie jestem pewien czy udało mi się go złapać jak siedzi. - Miał trochę racji bo odpoczynek kolibra trwał ułamek sekundy i szansa na takie zdjęcie to jak Oskar za film albo nagroda Nobla. Jeszcze przez długą chwile aparat szalał na wysokich obrotach łapiąc w locie dobrze wypasione ptaki.
- Pokazuj natychmiast czy nam się udało. - Nie mogłam się doczekać chwili aby sprawdzić na podglądzie wykonane zdjęcia. Poszukiwanie tego jedynego zajęło nam chwilkę ale warto było poczekać.
- Jeeest! Ha ha, jest! - Po ucałowaniu mojego Oskara Nobla podskakiwałam ze szczęścia jak mała dziewczynka, która dostała wyśnioną lalkę. 
- Dobrze, ze kupiłeś ten aparat jest szybki jak lampart. - Teraz wybaczyłam wydane pieniądze na kolejna zabawkę.
- Eee. Sprzedam go, nie leży mi. 
- Kolejny będzie większy i droższy, tak? - Już czułam co się święci ale czasami warto zainwestować w odpowiedni sprzęt.
- Jeszcze nie wiem ale ten jest jakiś drętwy, nie czuje go.
- Najważniejsze, ze udało się uchwycić tego siedzącego. W naturze to zdarza się niecodziennie. - Gdy ma się swoje oswojone kolibry w ogródku to wierze, ze widok taki przy wodopoju jest mniej osobliwy. Moim zdaniem to już sam fakt obserwacji kolibrów jest wielkim przeżyciem. Udało nam się ponownie trafić na ich miejsce popasu.
Nasze wcześniejsze spotkanie z kolibrami jest opisane w "Male i cieszą" w Maju 2010 roku.

czwartek, 3 marca 2011

Kalifornia

Po drugiej stronie drogi witała nas Kalifornia w zupełnie standardowy sposób. Tablica na dwóch drewnianych nogach bez kwiatów i upiększeń. Przy pierwszej okazji postanowiliśmy zobaczyć czy ocean inaczej wyrzeźbił brzeg lądu. Krotki rekonesans przekonał nas, ze za wcześnie na zasadnicze zmiany. Po chwili zauroczenia wybrzeżem ruszyliśmy w drogę i raptem przed nami zabłysły czerwone światła stop aut stojących przed nami.
- No nie, na takim odludziu mogą być korki!? - Z dala od dużych miast to rzecz zupełnie niespotykana. Do tej pory juz zapomnieliśmy co to jest ruch wielkomiejski i wolno pełzające auta oddalone od siebie o pół metra. Po minucie wszystko się wyjaśniło. Przechodzące stado jeleni zablokowało ruch samochodów wymuszając pierwszeństwo na wiejskiej drodze. Również i my z przyjemnością zjechaliśmy na pobocze aby napatrzeć się do woli całkiem pokaźnemu stadu, którego przywódca był ciągle na baczności i łypał na zuchwałych fotografów zbyt blisko podchodzących do jego podwładnych.
Choć ocean pozostał niezmienny to otaczająca nas przyroda uległa zmianie i już czuliśmy, ze zbliżamy się do krainy wielkich drzew.
- Już tylko 150 mil do San Francisco. - Z radością odczytałam napis informujący o zbliżającym się i tak długo wyczekiwanym mieście.
- Jeszcze trzy godziny i będziemy na Golden Gate i pojedziemy sławnym tramwajem.
- Chyba trochę za wcześnie na radość. - Droga zaczęła się zwijać jak sznurek w kieszeni dziesięcioletniego chłopca. Zakręt poganiał następny i o szybszej jeździe nie było mowy. Każdy zakręt przesuwał mój tułów od drzwi do p. i pomimo pasów bezpieczeństwa nie czułam się bezpiecznie. Brak jakiejkolwiek barierki zabezpieczajacej od strony przepasci dodawało posmaku grozy. Ładne widoki były ledwo uchwytne, pojawiały się z nieoczekiwanych stron i na bardzo krotko.
- Chciałabym przez chwile popatrzeć bez brutalnego traktowania. - Trochę za ostro powiedziałam ale przy słowach „gumka myszka” nie działa i nie można wymazać tego co powiedziało się wcześniej.
- Ja tez o niczym innym nie marze jak o końcu tej koszmarnej drogi bo już mnie ręce bolą od ciągłego kręcenia. - p. nie był wniebowzięty bo nie mógł popatrzeć na ocean gdyż bez ustanku obserwował drogę. Wreszcie kawałek pobocza na tyle szerokiego aby zatrzymać auto pozwoliło nam na chwile postoju.
- Kupuje ten kawałek. - Chmury i skały wyrwały mnie z teraźniejszości i już zaczęłam rozmyślać. O samotnym domu, o wysokich drzewach wzdłuż alei prowadzącej do niego i cudownym ogrodzie otaczającym nas cudownymi zapachami różnorodnych kwiatów. Nie tylko ja się zamyśliłam bo dopiero po kilku minutach p. zaskoczył, ze coś tu nie tak jak powinno być.
- Przy tak ruchliwej drodze? - Jego słowa dopadły mnie przy meblowaniu kolejnej sypialni w domu z mgły. Powiedział je w taki sposób, ze byłam pewna, ze on tez byl bardzo daleko od miejsca w którym się znajdowaliśmy. Ruszyliśmy dalej w nasza drogę pełną przygód i uśmiechnęłam się na widok mgły nacierającej na roztaczający się przed nami widok.
Z mglistych marzeń o domu pozostała tylko namacalna i bardzo realna mgła zamiast wspaniałego, wyśnionego domu z dala od cywilizacji. Jako pasażer nie mogłam narzekać na podroż. Najlepsze widoki były po mojej prawej stronie i ewentualny ból mięśni szyi od ciągłego odwracania głowy w prawo był niedogodnością tak odległą, ze nie brałam go pod uwagę.
Już przez dłuższy czas jakieś badyle psuły mi widok. Ich kształt był mi znajomy ale nie interesowałam się nimi. Gdy przez kolejne pół kilometra nic nie widziałam oprócz nich i one stanowiły główną przeszkodę w obserwowaniu Oceanu zaskoczyłam, ze to koper. Tak to dziki koper taki jakiego używa się do kiszenia ogórków. W sklepie dwa suche badyle kosztują piec dolarów a tutaj tego chwastu jest aż za dużo. Widoki urocze to prawda ale roślinność jest zaskakująca.

piątek, 25 lutego 2011

Pożegnanie z Oregonem.

Ostatnia noc w Oregonie zapowiadała się wyjątkowo atrakcyjnie ze względu na pogodę. Słońce jeszcze świeciło gdy normalnie już powinno być zamglone i sine. Długo nie musieliśmy się zastanawiać aby wsiąść do auta i pojechać nad wybrzeże. Chcieliśmy odwiedzić Cape Arago skąd ponoć rozciąga się wspanialy, jak to w Oregonie bywa, widok. Już dobrze wiemy, ze życie jest pełne niespodzianek i nie wolno nam robić długoterminowych planów bo nie ma takiej siły aby się spełniły.
Tak było i teraz. Na wysokiej skarpie była zatoczka i postanowiliśmy zrobić zdjęcie jedynemu widocznemu zachodowi słońca. Poprzednie wieczory nie nadawały się do takich zdjęć ze względu na zazdrosna mgle, chowającą słońce tylko dla siebie. Niewiele mogliśmy dostrzec patrząc prosto w promienie czerwonego słońca. Jednak po chwili na skale odległej o jakieś pół kilometra dostrzegliśmy lwy morskie szykujące się do snu. Cala wieś albo miasto tych sympatycznych stworów wylegiwało się przed nami. Niektóre jeszcze pływały a inne baraszkowały. Czas upływał bardzo szybko i po chwili zrobiło się zupełnie ciemno po zachodzie. Zdjęcie poniżej „ledwo wyszło” i postanowiliśmy przyjechać tutaj jutro rano. Nasz cel wycieczki, Cape Arago, odwiedziliśmy w zupełnych ciemnościach. Niewiele widzieliśmy ale czarne kontury skal i tak pozwoliły nam nasycić się takim nietypowym widokiem. Następnego dnia jakimś cudem wyszłam z namiotu od razu gotowa do życia. Bardzo szybko uwinęliśmy się z naszym ekwipunkiem i pognaliśmy przywitać lwy morskie. Były i czekały na nas. Kilka chwil spędziliśmy z nimi i ruszyliśmy w dalsza drogę. Tutaj nie trzeba było płacić za oglądanie jak wcześniej.
Często się zatrzymywaliśmy aby uwiecznić ciekawe widoki, pożegnanie Oregonu było imponujące. Takich plaż można pozazdrościć. Na granicy z Kalifornia tablica informacyjna zapraszała do kolejnych odwiedzin. Nawet były kwiaty i ładnie przystrzyżone krzewy. Tak odmiennie niż po drugiej stronie drogi gdzie witała Kalifornia. To zobaczycie już niebawem.