1

czwartek, 14 czerwca 2012

Chomik pasjonat.

- O jejku jaki widok! - Staliśmy na małym tarasie na samym szczycie domu. Chwila wytchnienia po przechadzce w powietrzu nad przepaścią. Przed nami widok dachu tego niekończącego się pokoju. Wreszcie w miarę stale podłoże pod stopami uspokoiło p. na tyle, ze mogliśmy kontynuować oglądanie zbioru niecodziennych przedmiotów.
Kilka pistoletów zasługiwało na przystaniecie i zastanowienie się czy wszystkie lufy strzelały na raz. Jeżeli tak to gdybym ja strzelała to mój nadgarstek zostałby zmiażdżony i doszłam do wniosku, ze taki mały pojedynczy wystarczyłby mi w zupełności.
Przeciskając się wąskimi szczelinami w skale co chwila wchodzimy do innego pomieszczenia a w nim znajdujemy nadmiar zgromadzonych rekwizytów. Przykładem niech będzie ściana z butelkami. Każdy z nas ma wazon lub wazonik, dwa albo sześć. Tutaj oczywiście jest ich aż za dużo.
Właściciel domu, zapalony kolekcjoner wyszukiwał po okolicznych wsiach i miastach interesujących go okazów. Udało mu się zakupić jakiś bardzo rzadki i drogocenny samograj. Który to był nie pamiętam ale najprawdopodobniej musiał to być ten w gablocie (we wcześniejszym poście) wyeksponowany i zwracający uwagę zwiedzających.
Alex Jordan był pasjonatem mechanicznych instrumentów grających, zgromadził ich setki. Pogrupował je w zespoły i orkiestry. Tak, znajduje się tutaj (chyba) pełna orkiestra symfoniczna i druga mniejsza. Zobaczycie to w kolejnym poście już niedługo. Kukły siedzące przy instrumentach są bardzo człekopodobne i na pierwszy rzut oka ulegamy złudzeniu, ze oto tylko dla nas za chwile rozpocznie się koncert. Chomik pasjonat jak określiłam go wcześniej nie zadowalał się byle czym.
Szukał instrumentów najlepszych i jak najwartościowszych. Niektórych nie mógł, zdobyć czy kupić na aukcji bo znajdowały się w prywatnych zbiorach lub w muzeach. Nie ma rzeczy niemożliwych w Ameryce. Przedsiębiorczy właściciel tego domu budował wierne kopie niedostępnych dla niego egzemplarzy.

Muzyka zaklęta w wałku pozytywki.
  Zbieractwo właściciela domu przerodziło się prawdopodobnie w manię bo ilości zgromadzonych, przeróżnych rzeczy zmusiły go do jakieś formy ekspozycji aby nie było jednostajnie i nudno. Zbudował w swym domu małe miasto z ulica sklepów. Właśnie w witrynach sklepowych znalazły się takie oto cudeńka. Zwiedzanie i oglądanie jest ciekawsze bo raptem jesteśmy obok jubilera, sklepu fotograficznego i po rozmowie z wróżką wydajemy wszystkie posiadane pieniądze na srebra i porcelanę.
Przedziwna to ulica. Skryta przed gwiazdami i słońcem. Ukazuje się tylko nielicznym którzy odwiedzili Dom na skale. Ci którym udało się przejść całą doświadczają lekkiego szoku. Otóż na samym jej końcu stoi maszyna parowa jakby żywcem wyjęta z utopijnego świata maszyn i przyrządów. Jej ogrom łatwiej ocenić gdy jej rozmiary odnieść można do wzrostu małego człowieka.
Zauroczenie orientem zauważyc można na każdym kroku. Mandaryńscy bębniści swym koncertem dodawali nastroju tajemniczości pomieszczeń o których napiszę w kolejnym „ciągu dalszym”.
Jak najsławniejsza Alicja za chwilę spotkam się z zupełnie nierealnym światem ukrytym gdzieś głęboko w pęknięciu skały.

wtorek, 5 czerwca 2012

Dom

  Budzik rozpoczął swoją codzienną mozolną pracę wydając ze swojego głośnika piski, trzaski i wszystkie inne wcześniej zaprogramowane bardzo nieprzyjemne dźwięki dla porannego ucha. Jako bardziej zdyscyplinowany osobnik w naszej rodzinie, p. przetoczył się przeze mnie jak co rano bo zwykle nie chce mu się obchodzić całego łózka i olbrzymiego TV w nogach. Wykonał wiec przewalcowanie się przez moją kruchą osobę i podążył do kuchni przyrządzić poranną kawę. Zdążył oporządzić się w łazience i z kubkiem wonnej kawy Illy rozpoczął jakże nieprzyjemny proces budzenia zony. Rozpoczął go od błyskania światłem w sypialni bo jednorazowe włączenie całego oświetlenia nie powoduje u mnie odruchu przebudzenia.
„Wzburzone fale zakołysały okrętem którego byłam kapitanem. Cala załoga mocowała się z linami aby opuścić żagle i uratować maszty przed złamaniem. Cóż tak zdarza się na pełnym morzu. Niespodziewana burza w środku nocy to nie lada wyzwanie dla nowych członków załogi choć i starym wilkom morskim przysparzała mnóstwo pracy. Sytuacja uległa nagłemu pogorszeniu bo oto wpakowaliśmy się gnani silnym wiatrem południowych morz w sam środek grzmotów i błyskawic”.
Słowa „wstawaj” i „pobudka” wielokrotnie tlukly się o ściany sypialni ale nie trafiały do moich uszu. Dowiedziałam się później, ze powinniśmy przemeblować sypialnie bo jak w greckim teatrze głos płynie tylko w jedna stronę.
„Stojąc na mostku kapitańskim patrzyłam w ciemność nocy wypatrując zdradzieckich skal czyhających gdzieś w pobliżu. To wybrzeże już niejednego śmiałka posłało na dno wraz z całym statkiem. Musze przecież wytrzymać tak jak i moja załoga. Gromkimi przekleństwami ginącymi pośród gromów z nieba i ryku fal rozbijających się o burty statku, zagrzewałam chłopców do walki o życie. Kolejna błyskawica rozjaśniła na sekundę niedostępne przed chwila strefy ciemności”.

- Wstawaj wreszcie kobieto. Budzę cie już ponad pół godziny.
- Boże! Nic nie widzę, oślepłam. Pioruny!
- Wypij kawę póki jeszcze ciepła. Szarpie się z tobą już dobre kilka minut.
"Pozostałam sama na statku, cala załogę zmyły fale zalewające pokład. Po moich wąsach i brodzie lala się słona woda strugami. Kapelusz już dawno porwał wiatr i z dumnej postawy kapitana pozostał tylko mokry strzep człowieka. Nie dowierzajac wpatrywałam się w grobowa ciemność dookoła. Kolejna błyskawica minęła mnie o centymetry i uderzyła w maszt. Statkiem wstrząsnęło a huk rozrywanego na strzępy drewna zagłuszył wycie wiatru".
- Blagam cię wstawaj, pij kawę.
- Z rumem? - Zapytałam bo Kapitan pije przecież sam rum i tylko rum.
- Nie, przecież mamy zaraz jechać do "Domu na skale".
- Skały... - Według ustnego przekazu jedynego świadka moich przebudzanek rzuciłam się na drugi koniec łózka ciągnąc za sobą kołdrę od razu zapadając w sen.
- Wstawaj do cholery bo robi się niebezpiecznie późno. - p. chwycił mnie za nogę i zaciągnął na sam koniec naszego łoża.
Pożerała mnie gigantyczna ośmiornica ciągnąc za nogę w topiel.
- Puszczaj padalcu jeden! - Kopniakiem drugiej nogi ugodziłam p. w udo.
- Co k.... ............ .......... ......... ....... ..... ........ ..... .....
- O co ci chodzi, stało
się coś? - Wybełkotałam lekko juz przytomniejac.
- Wstawaj. - p. wykazywa
ł znamiona obłedu. Jak można być takim oschłym i nieprzyjacielskim. - Wstawaj natychmiast jak chcesz gdzieś zdążyć.
- Gdzie?
- Wypij kawę i obudź się wreszcie. - Z ust p. wydobywał się syk jadowitego węza a nie głos ukochanego męża. Czułam się oszukana i niesłusznie karcona. Dlaczego mam wstawać o piątej rano. O tej porze przecież ludzie śpią.

- Pij. - Nogi już miałam na podłodze ale cala reszta ułożona była w poprzek łózka. Poczułam, ze p. chwyta mnie za nadgarstki i podnosi do pozycji siedzącej. Usiadł obok mnie i trzymając mnie w pół uniemożliwił mi zajęcie pozycji horyzontalnej. Drugą ręką przystawił mi filiżankę do ust. Poczułam zapach kawy i udało mi się połknąć pierwszy łyk słodkiego, ciepłego napoju.
- Jeszcze pi
ęc minutek. - Wyszeptałam błagalnie.
- Nie ma mowy. Budzę cie od trzydziestu minut. Wstawaj natychmiast.
- Potwór! Serca nie masz. Musz
ę się przecież obudzić.- Przed chwilą był padalec a w dodatku rzucałaś się i kopałaś. Gasiłem i zapalałem światło i raptem wszystko na nic. - No tak "błyskawice". - Poruszałem i szarpałem, mówiłem i gwizdałem bo na budzik nie reagowałaś. - Teraz wszystko jasne; cały proces budzenia przemieniłam w sen. Wmuszona we mnie kawa uchyliła powieki na pół milimetra i poczłapałam do łazienki.
- Tylko nie uśnij. Tak, tak kawy poproszę. - Światło żarówek w łazience wyrwało mnie z błogiego odrętwienia a prysznic dokonał całkowitego zniszczenia nawet marzeń o śnie.

  Trzygodzinna trasa upłynęła bez większych atrakcji i zaraz po przejechaniu bramy wjazdowej rozpostarł się tajemniczy świat Alexa Jordana. Gazony ozdobione smokami i metalowe strusie zapowiadały czego możemy spodziewać się dalej. Już sama koncepcja budowania domu na samym szczycie skały wydawała mi się absurdalna ale całość rozłożyła mnie na obie łopatki. Nie tylko na szczycie skały ale również w jej peknietym środku, kilka pięter w dół. Co tam widziałam postaram się opowiedzieć w dużym skrócie.
Do wyboru były trzy rożne trasy, krotka średnia i całościowa. Kupiliśmy bilety na najdłuższą trasę bo jak zwiedzać to od razu wszystko za jednym zamachem. Jest przecież dziewiąta trzydzieści i mamy do dyspozycji cały dzień. Człowiek zawsze chce więcej niż może a my byliśmy właśnie tego przykładem. Już w połowie mieliśmy szczerze dość ale musieliśmy wytrwać do końca. Zwiedzanie odbywa się na własną rękę, bez przewodnika co uznaliśmy za bardzo wygodne.
  Kilka zdjęć z powstawania tej budowli, biblioteka i chiński albo japo
ński ogród to miłe wprowadzenie do zwiedzania świątyni "Chomika pasjonata".
W miejscowości Spring Green niedaleko Madison w stanie Wisconsin znajduje się niezwykły dom zbudowany w niezwykłym miejscu. Wysoki na 60 metrów skalny komin nad brzegiem wąwozu zainspirował niedoszłego architekta trudniącego się handlem nieruchomościami Alexa Jordana do wybudowania na szczycie skały oryginalnego domu.
Alex Jordan postanowił wybudować na skale japoński dom jako parodię zbudowanej na skarpie willi Frank Lloyd Wrighta „Taliesin”. Swój plan i pomysł przekazał synowi, który poparł zamiary ojca. Budowa ruszyła w 1945 roku i wkrótce powstała niewielka część mieszkalna i ogród. Początkowo budynek przewidziany był jako miejsce weekendowych wypadów lecz stale rozbudowywany osiągnął rozmiary 14-pokojowego domu. Nietypowy budynek wzbudzał ogromne zainteresowanie wśród okolicznej ludności i przyjezdnych. Godząc się z brakiem spokoju i widząc niesłabnące zainteresowanie, Jordan (syn) wprowadził opłatę $ 0,50 za ogladanie jego posiadłości a na pobliskim skrzyżowaniu ustawił tablicę informacyjną i kierunkowskaz.
Jeden pawilon połączony jest z drugim zadaszonym przejściem i po chwili gubimy się w labiryncie połączeń. Jedynym mankamentem tego kompleksu jest brak dobrego oświetlenia. Przeciskając się przejściami pogrążeni byliśmy w mroku lub półmroku. O dobrych zdjęciach amator tylko może pomarzyć ale dzięki komputerowej obróbce coś da się zobaczyć. Dookoła i w niespodziewanych miejscach umieszczone są przeróżne z gola niepotrzebne przedmioty i czasami bliskość ich uniemożliwiała zrobienie zdjęcia.
Wszystkiego tutaj jest dużo, nawet „złotych” rybek w stawie, więcej niż powinno być ale chyba właśnie to stanowi atrakcje tego miejsca.
House on the Rock (Dom na skale) uważany jest za cud architektoniczny albo świątynie kiczu, wspaniałości, szaleństwa i niepewności. Znajduje sie w nim m.in. słynny Infinity Room (Pokój Nieskończoności) - długi na 66 m, wystający z budynku i niczym nie podparty pokój z trzema tysiącami okien!
Każdy chciałby mieć ładny widok z okna i każdy ma swój jego ideał. Ja, spoglądając na trawnik i nasz „dziki ogród” widzę plażę i palmy. Tutaj spoglądając przez okna widać drzewa z góry i nawet jest jedno w podłodze którego p. nienawidził bo aż mu kiszki podeszły do gardła. Tak, tak wisieliśmy w powietrzu nad koronami drzew i zawieszenie w próżni było namacalne.
Co było później i jak to wyglądało opowiem w ukochanym przez Was „ciągu dalszym”.

sobota, 26 maja 2012

Największy bałagan na świecie.

  Na kuchence gotują się ziemniaki i chociaż przykrywka ma przemyślną dziurkę aby odprowadzać nadmiar pary to i tak w moim przypadku istnieje szansa na wykipienie. W drugim dochodzi wołowina w plastrach a cala kuchnia wygląda jak pobojowisko. Zrobiłam sałatę z salaty, pomidorów, marchewki i sera fety. Dorzuciłam jakieś resztki warzyw ratując je przed nieuchronnym zgniciem i sałatka gotowa. Olej winogronowy i czerwony ocet oraz tuzin przypraw miał zapewnić niezapomniany bukiet smaków. Stoi teraz w dużej salaterce i chłodzi się w oczekiwaniu na głodomorów. Resztki warzyw i jakieś talerze, talerzyki, łyżki i łyżeczki, noże i nawet nożyczki leżą sobie na blatach w kuchni i czekają na mój lepszy humor. Owszem mam zmywarkę i inne udogodnienia ale nie mogę powiedzieć, ze dzięki temu w kuchni czuje się jak ryba w wodzie. Moje królestwo to na pewno nie kuchnia. 
  Siedząc na kanapie na domiar złego oglądam „Kuchenne rewolucje”. Oglądam, akurat, powinnam napisać zerkam bo piętrząca się przede mną sterta wypranych i wysuszonych ciuchów przesłania mi telewizor. Muszę poskładać te cholerne ciuchy bo za chwile pogniotą się i dostane szalu ślamazarnej gospodyni. Kto temu wszystkiemu winien? Nikt.
 Tak wygląda zwykle życie. Kolejna skarpetka bez pary wyprowadziła mnie z równowagi i rzuciłam nią w stronę otwartych drzwi wejściowych. Myślałam, ze wyleci na zewnątrz ale wylądowała akurat na wycieraczce. Wycieraczce pokrytej warstwa skoszonej, suchej już trawy. Wczoraj przecież  odkurzałam a dziś dom wygląda jak opuszczona chałupa i nic tylko płakać z rozpaczy. Wiadomo, ze do mieszkania wchodzimy przez patio bo wygodniej i milej bo kwiaty dookoła ale za to wnosimy do living room wszystko co przyczepi się do podeszew butów.    Piszczek suszarki oznajmił, ze kolejna porcja ubrań czeka na składanie. Ruszyłam swoje bardzo ciężkie dzisiaj cztery litery i sterta przede mną znów urosła. 
  Ja wcale nie narzekam bo mam co chciałam i jestem bardzo zadowolona z życia. Usiadłam pomiędzy dwoma piramidami podkoszulków i skarpetek starając się ich nie przewrócić. W sumie to wykonuje bardzo prosta czynność i skąd u mnie to poirytowanie. Powinnam się cieszyć, ze nie muszę chodzić nad rzekę i tłuc kijanka na kamieniu a potem wieszać wszystkiego na sznurach. Potem prasować i dopiero składać. Słysze dokładnie słowa p. „...w Ameryce pranie to najprzyjemniejsza rzecz, wszystko robi się samo. Wrzucasz do pralki, potem przerzucasz do suszarki i jak oglądasz TV to składasz i już.” Jestem skończoną wariatką bo dopóki mi tego nie wyjaśnił nie miałam pojęcia o praniu. Pokrywka na garnku podskoczyła dając mi znak, ze ustawiłam zbyt wysoką temperaturę palnika i niechybnie już niedługo będzie katastrofa. Mamy otwartą kuchnie i groźnym spojrzeniem skarciłam głupi garnek. 
Teraz jest idealna pora roku bo jeszcze nie ma owadów i nie ma potrzeby aby zasuwac siatki na drzwiach. Świeże powietrze, lekkim podmuchem wpadło do pokoju i smętnym wzrokiem spojrzałam na nasz dziki ogród z pierwszymi tego lata kwiatami. Wakacje, gdzie jesteście piękne dni, gdzie?
Leząca na progu skarpetka, obraz wakacyjnej radosci wymazała z mych myśli jak gumka myszka złą kreskę w rysunku. Wyrzucę ja do śmieci, wyrzucę wszystkie skarpetki i kupie 50 par takich samych. Nie będzie już segregowania i zastanawiania się czy wysokość gumki jest taka sama jak w tej czy jak w tamtej. Czy ja jakaś Kopciuszek jestem aby zadawać sobie taki niepotrzebny trud. To nie bajka i nie ma Królewicza by mnie wybawił z codziennych zajęć. Będę prała, sprzątała i gotowała do końca życia. Taka jest moja przyszłość.
- Ale jesteś dzisiaj robotna! - p. stanął w drzwiach i przyglądał mi się z wielką aprobatą.
- Jak tu pięknie wysprzątane. - Wyszłam za idiotę czy przemyślnego skurwiela. Nie chciałam przekonać się o tym już natychmiast więc uśmiechnęłam się zalotnie a może głupawo. p. podszedł do mnie i pochylając się nad lawą aby mnie pocałować, oparł się ręką na kolumnie ułożonych majtek. Po pocałunku prostując się nieopatrznie zrzucił ją na podłogę.
- O kurcze ale ci dowaliłem roboty. - Rzucił z przekąsem. Guzik prawda bo te kilka majtek nie zrobi żadnej różnicy w moim życiu i tak mam przechlapane. Wesoły zanim jeszcze wszedł do kuchni zapytał.
- Napijesz się drinka? - Może miał i racje bo takie dni jak ten nie zawsze powinny przebiegać utartym torem. Może powinnam chlapnąć coś na rozruch i wrzucić najwyższy bieg i uporać się z tym całym tałatajstwem w mgnieniu oka.
- Tak i to bardzo mocnego i bardzo dużego, albo dwa.
- Ale Sajgon! Wstałaś niedawno?
- Patrzyłam na niego z niedowierzaniem, on chyba ze mnie kpi, jak to „wstałam niedawno”. Szykowałam się do ataku na domownika-przeciwnika. Otworzył drzwi zamrażarki i sypnął lodu do dwóch szklanek dla których, o dziwo, znalazł czyste miejsce. Jego wzrok szukał czegoś w zamrażalniku. Zamknął jednak drzwi i otworzył te poniżej. Przypatrywał się zawartości jakby pierwszy raz widział lodówkę i jej zawartość. Czułam, ze go zabije jak powie, ze znów trzymam jeden plasterek kiełbasy w jednym pojemniku a w drugim plasterek szynki. Chcesz wojny to ją będziesz miał, czułam się już gotowa. Wyraz jego twarzy jednak pozostał nieodgadniony i po lekkim ledwo dostrzegalnym wahaniu otworzył pomieszczenie na warzywa i przyrządził prawdziwą krwawą maryśkę z selerem naciowym. Może woli taki obiad zamiast tego co nam przygotowałam. Z dwoma drinkami w rekach zbliżył się do mnie siedzącej jeszcze na kanapie pośród prania. Nie miał gdzie postawić szklanki na lawie więc bezpardonowo podstawił mi moją pod sam nos czekając aż ja wezmę. Wzięłam. Upiłam natychmiast duży łyk czekając na ciąg dalszy. Lepiej umierać po wypiciu drinka niż przed.
- Ataner. - Zabrzmiało to tak oficjalnie, ze ścisnął mi się żołądek na jego głos. - Porywam cie jutro na cały dzień. - Tu zrobił długą przerwę a ja natychmiast zawładnęłam szklanką upijając dość dużą ilość jej zawartości. - Jutro zobaczysz największy bałagan na świecie. - Nie mogę napisać co myślałam bo w takich sytuacjach blondynki nie myślą. Po prostu czekałam na zakończenie wywodu. Było mi jednak bardzo milo, ze jeszcze chce mnie porwać. Tyle do mnie dotarło.
- Pojedziemy do „Domu na skale”
- Pomożesz mi uporać się z … - Tu p. przerwał mi machnięciem reki, uśmiechnął się i powiedział. 
- Brud sam z chałupy nie ucieknie więc nie ma się co spieszyć. - Kto jak kto, ale ja sama wiem o tym najlepiej. 
- Wyrzuć to wszystko do śmieci i problem z głowy. - Kontynuował. Łatwo powiedzieć przecież tak na dobrą sprawę to większość ciuchów była moja.
 Obiad zjedliśmy na zewnątrz bo stół w jadalni był zawalony korespondencja a teraz nikomu nie było w głowie zajmowanie się takimi zbytecznymi detalami. Najbardziej potrzebujące uwagi ciuchy powiesiłam na wieszakach a te inne (czytaj męskie) ułożyłam w imponującą stertę na dywanie w sypialni. W pokoju telewizyjnym przejaśniało od razu a nowy duch wstąpił w moje ciało. Kuchnia błysnęła blaskiem czystości w pół godziny a całą resztę pozostawiłam sobie na kolejne, jakże miłe nadchodzące dni. Jutrzejszy wyjazd o szóstej rano zmusił nas do wczesnego położenia się spać aby po trzygodzinnej jeździe mieć siłe na cztery godziny zwiedzania i drogę powrotną

Ciąg dalszy nastąpi.

środa, 16 maja 2012

Skromnosc

Nie chciałam reklamować sieci szybkiego żarcia ale dobrze, ze się KFC załapało na tym zdjęciu. Jedzenie jest z nami codziennie a walka o konsumenta nie ustaje. Zdjęcie to pochodzi z miasta Lafayette w Indianie i jak można przeczytać na bilbordzie jesteśmy blisko zjazdu nr 172. Właśnie tutaj produkowane są samochody marki Subaru (trzy modele na rynek amerykański) i fabrykę można dostrzec za pasem drzew. Widać tylko same kominy i nic więcej.
Subaru of Indiana Automotive, Inc.
Dosłownie za mile przejeżdżamy obok wizytówki fabryki mieszczącej się zaraz przy samej autostradzie I-65. Biało-beżowa szopa z napisem nie przyciąga wzroku i można określić ją jako szkaradna. Nie ma się czym chwalić. Proponuje ta totalną ohydę rozebrać w czynie społecznym aby nie psuć widoku trawnika. Jak już do tego dojdzie to pojadę i pomogę i grosza nie wezmę.
Przejeżdżałam tą trasą wielokrotnie i za każdym razem zastanawiałam się kto wpadł na taki pomysł aby było aż tak brzydko. Jednak jak widać na zdjęciach, jak się chce to można sknocić wszystko. Ktoś powie, ze fabryka nie musi być ładna ale tutaj akurat trafia się gratka nie lada bo tysiące ludzi przejeżdża obok niej i sądze, ze ładna reklama pomogłaby w sprzedaży samochodów.