1

wtorek, 4 stycznia 2011

Oaza spokoju.

Mapa nie kłamała; jest parking i dojście nad mam nadzieje urocza i spokojna zatokę. Wysokie drzewa chroniły nas od słońca i w półcieniu otaczająca nas zieleń wydawała się zupełnie nienaturalna. Żadna zieleń Florydy nie jest tak zielona jak tutaj w Oregonie.
- Wydaje mi się, ze nawet brązowe konary drzew są zielone. 
- Chyba się lekko zagalopowałaś w zachwycie. - Skarcił mnie p.. Niech sobie mówi co chce ale takie odniosłam wrażenie bo wszystko dookoła było porośnięte drobniutkim mchem. Wyższe partie bardzo delikatnie a dolne zupełnie.
- Nie stój tak blisko bo już cie widzę na zielono. - Żarty p. jakby potwierdzały moja wcześniejszą opinie o tym miejscu.
Z mostka widziałam rozległą zatokę bez mgły o wietrze jeszcze nic nie wiedziałam. 
- Aj, aj ale tu milo! - Znów wyrwało mi się przedwcześnie. Po kilku metrach wiatr dal znać o sobie. Może to sugestia ale tutaj mało wiało i cudownie morzem pachniało.
Pierwszy raz w życiu widziałam "UFO" z tak bliska. Kąpiących się nie było w wodzie, kilka osób przebywało na piasku z dala od wody Oceanu. Pochylona z rezygnacja głowa nie wróżyła niczego dobrego. Temperatura wody zatoki  nie różniła się zbytnio od tej na otwartej przestrzeni. Pan surfer nie miał zadowolonej miny wychodząc z wody. Miał sina twarz od zimna i jeśli miał katar to tego nie było widać.
Rozpoczął się odpływ i jak zwykle pozostawiał po sobie skarby. O mały włos nie nadepnęłam na szczątki kraba po którym pozostał kawałek łapy uzbrojonej w szczypce. Piasek był bardzo miałki i pomieszany ze srebrnymi okruchami miki.
Fale piętrzyły się nieustannie w dali ale już nie docierały do swego przeznaczenia sprzed godziny.
Tu gdzie teraz idziemy jeszcze niedawno było dość głęboko. Czy może być lepsze miejsce do nakręcenia filmu o ukrytym skarbie przez piratów.
Skała wchodząca w wodę ociekała leniwym wodospadem a mchy bezlitośnie wykorzystywały źródło słodkiej wody niezbędnej do życia. Cofający się ocean obnażył swoje kolorowe życie i dzięki temu taki „wilk morski” jak ja mógł dotknąć je gola ręką.
To nie kolorowa rafa koralowa tętniąca życiem ale nawet na takim kawałku podwodnego życia spotkałam jego ciekawa namiastkę. Małże jakby prześcigały się w ubarwieniu swoich muszli.
Zielonkawe z brązowymi wypustkami stworzenia bardzo szybko reagowały na dotyk zamykając się. Były miękkie i wyglądały niegroźnie. Obawiałam się dotknąć je bezpośrednio ręką. Zastosowałam dotkniecie klapkiem bo nie chciałam ryzykować kontaktu z paraliżującą substancja ich ciał.
Miniaturowe białe wulkany tez kryły w środku jakieś stworzenia.
W powrotnej drodze szliśmy sucha noga po dnie oceanu, który ustąpił nam miejsca. Plaza teraz była trzykrotnie szersza i zupełnie zmieniła wygląd  zatoki.

niedziela, 2 stycznia 2011

Nic nieznaczący drobiazg.

 Petronela zaskakuje mnie od dłuższego czasu swoim nietuzinkowym zachowaniem. Można je nazwać bardziej dosadnie ale nie chce być wulgarna i poprzestanę na takim sformułowaniu. Każda z nas, kobiet lubi być obiektem zainteresowań płci przeciwnej i nie przegapi lustra na swojej drodze aby w nie nie spojrzeć i dyskretnie skontrolować swojego wyglądu. Delikatne podniesienie włosów lub wygładzenie spódnicy to jak amen w pacierzu. Osoby tak roztrzepane jak Petronela zawsze maja za mało czasu i robią tysiąc rzeczy w ostatniej chwili. Większość z nich jest niepotrzebna i wzmaga poczucie utraty czasu co powoduje panikę. Delikatnie mówiąc Petronela jest przeciętną kobietą przed czterdziestką. Stara się robić wszystko doskonale w jej mniemaniu ale efekty przeczą jej działaniom. Na ciuchy nie skąpi i uważa, ze to zrobi z niej wampa rzucającego na kolana każdego mężczyznę.
Kolejna jej wizyta miała jak zwykle dramatyczny przebieg. Tym razem szarlotka, którą podałam do kawy, chciała mnie udusić abym już więcej w życiu nie musiała upewniać się w przekonaniu, ze Petronelą powinien zająć się psychiatra. Jak to w jej zwyczaju zadzwoniła oznajmiając, ze wpadnie do mnie bo dawno się nie widziałyśmy.
- Oczywiście, czekam na ciebie w domu i nigdzie nie wychodzę. - Odpowiedziałam zgodnie z prawda bo gdzie mogę wyjść o ósmej wieczorem we wtorek. Na wieść o wizycie, p. oznajmił, ze jego nie ma w domu i uciekł do swojego komputera.
- Nic z tego, nasze auta są na parkingu i nie uda ci się tym razem.
- Powiedz jej, ze przyjechał po mnie Darek bo mu się komputer zepsuł i odwiezie mnie do domu bardzo późno. - Bez wahania p. znalazł wyjście z sytuacji.
- Cześć Ataner! Świetnie wyglądasz. - Już wiem dlaczego mój mąż nie lubi tej osoby. Właśnie przytyłam przynajmniej trzy kilo. Jej szczerość aby komuś dokopać jest wzorowa. O tym jak jej serdecznie dziękowałam już nie napisze. Rozmowa jak zwykle zaowocowała perełką sytuacyjną.
- Mowie ci jakie jaja. - Zauważyłam, ze mieszam kawę po raz trzeci z rzędu. Tracę zmysły w obecności tej osoby.
- W niedziele pojechałam do kościoła... - Tu padła nazwa, adres i wiele zbędnych informacji jak kolor fasady i opis aut na parkingu przed kościołem. Ważne było to, ze ludzi było zatrzęsienie.
- Idę sobie do kościoła i wszyscy na mnie patrzą, no wiesz wszyscy nie tylko chłopy. - Jeżeli jakiś anestezjolog chciałby dostać nagrodę Nobla za odkrycie nowego znieczulenia to z chęcią pomogę: zamiast kroplówki wystarczy obok pacjenta, gotowego do operacji postawić Petronele i niech do niego mówi. Efekt przekroczy wszelkie oczekiwania. Pacjent odleci w objęcia Morfeusza po dwóch minutach. Lekarzom zalecam korki do uszu.
- To dobrze czy źle? - Moje słowa wyprzedziły spowolnione przez Petronele myśli.
- Słuchaj, jak już stałam w czasie mszy to i tak ci obok mnie spoglądali na mnie od stop do głowy. Głupio się czułam, no wiesz tak w kościele. - Poczułam mrówki w stopach i nie jestem pewna ale lewa powieka zaczęła mrugać trzy razy szybciej niż prawa.
- Pewnie wystroiłaś się jak ...
- No coś ty! Słuchaj ... - A co innego ja robię od godziny, no co. - ... zaczynam się przyglądać samej sobie. Patrze na sukienkę i nie widzę żadnej plamy, na ramionach nie mam włosów. Przeglądałam się w lustrze przed wyjściem i nie wiem co złego w mym ubiorze. Słuchaj Ataner, spoglądam na swoje dłonie i wtedy w dole zauważyłam moje buty. - Szarlotka na widelczyku znalazła się w moich ustach, lubię to ciasto.
- Ataner, ja miałam dwa rożne buty!
- Petronela! Jak mogłaś nie zauważyć, ze masz rożne buty! - Wybełkotałam bo szarlotka jeszcze nie znalazła się w żołądku i tkwiła pomiędzy językiem i podniebieniem. Czuje, ze łzy napływają mi do oczu.
- Ataner ja miałam buty na rożnych obcasach, jeden wysoki drugi niski i w roznych kolorach. - Po dwóch sekundach obraz utykającej Petroneli idącej do kościoła stanął mi przed oczami. Ciśnienie w tym czasie skoczyło na 260 i wciągnęłam powietrze przed mającym nastąpić napadem śmiechu. Cukier kryształ wpadł do przełyku i tchawicy. Nastąpiło klasyczne udławienie. Dramatyczna sytuacja, mój mozg oszalał bo chciałam się śmiać i jednoczenie nie mogłam oddychać. Wzniesione ręce do góry i podskoki uratowały mnie przed śmiercią. Ryczałam jak zarzynany byk, znów mogłam oddychać i śmiałam się płacząc jak bóbr.
- Wariatka, jak mogłaś wyjść z domu, jechać autem, dojść do kościoła i nie czuć żadnej różnicy? Wytłumacz mi!
- Cos tam czułam ale pomyślałam, ze może rajtuzy mi się zawinęły albo mam w bucie jakiś papierek. - Mówiła to zupełnie spokojnie połykając kolejną porcje ciasta. Niech je, niech je jak najdłużej i milczy. Następnym razem kupie dwa razy więcej szarlotki.

środa, 29 grudnia 2010

Nowy Rok

Wszystkiego Najlepszego 
w Nowym Roku
życzy Ataner.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Laponia kontra Alaska.

Mój poprzedni post o białych świętach miał fiński tytuł. Czy ktoś wierzy czy nie to nie ma wpływu na istnienie św. Mikołaja. Zostałam wychowana w przeświadczeniu, ze on przybywa właśnie z okolic kola podbiegunowego z Finlandii.
Utwierdziłam się w tym przekonaniu będąc w Finlandii. Było to co prawda latem ale po otrzymaniu dyplomu przekroczenia kola polarnego zapytałam tak bezwiednie czy to prawda, ze w Rovaniemi mieszka Santa. Bez mrugnięcia okiem pan wręczający mi dyplom odpowiedział, ze tak i jest to zupełnie niedaleko stad. W drodze na Nordkapp nie myślałam wtedy o zimie. Wystarczyło mi potwierdzenie mojej znajomości tematu. 
Laponia jest kraina północną bez granic więc Norwegowie i Szwedzi twierdza, ze Santa mieszka u nich. Teraz mieszkając w Ameryce doszedł jeszcze jeden św. Mikołaj. Amerykanie są pewni, ze Santa Claus mieszka na Alasce a nie w Skandynawii. Spor o prawdziwego św. Mikołaja trwa ciągle i nie ma końca. Trochę rozrywki przed zabawa sylwestrowa nikomu nie zaszkodzi i pytam co Wy na to? 

sobota, 25 grudnia 2010

Valkoinen Joulu.

Dziękuję wszystkim za życzenia świąteczne tym postem. Cieszę się, ze znaleźliście chwilę czasu aby do mnie napisać.
Napięcie rosło z godziny na godzinę. W oczekiwaniu na św. Mikołaja przygotowałam wigilijny stół. Nie dałam się zaskoczyć jak drogowcy zima i wszystkie zaplanowane potrawy już gotowe czekały na pierwsza gwiazdkę na niebie. Słyszę zza siebie głos p., mówi ze prezentów nie będzie bo nie mamy kominka aby św. Mikołaj mógł przez niego wejść do domu. Zastanowiłam się nad jego słowami. Robiło się niepokojąco późno i postanowiłam wyjść na zewnątrz aby wypatrywać świecącego nosa Rudolfa. Nic z tego. Lekko zawiedziona wróciłam do domu. Spojrzałam na nasze świateczne drzewko i z radością dostrzegłam pakunki pod nim. Jednak udało się św. Mikołajowi niepostrzeżenie wślizgnąć się do domu gdy byłam na zewnątrz. Nawet tak skromnej choinki św. Mikołaj nie pominął w czasie swej wędrówki dookoła świata. 
Święta w tym roku sypnęły prezentami i śniegiem. Tych pierwszych nie pokażę bo szczęśliwi posiadacze już pieszczą swoje skarby. Widokiem śniegu mogę się pochwalić z przyjemnością. Padało umiarkowanie przez dwa dni i świat przykryty jest zimowa pierzynka. Nareszcie przyszła zima!

wtorek, 21 grudnia 2010

Wesołych Świąt życzy Ataner

Nie potrafię składać pięknych życzeń, nie umie tez „kadzić” a w szczególności w tak podniosłym okresie jak Święta Bożego Narodzenia. Gdy poznałam p., moja ułomność intelektualna znalazła bratnia dusze. Na domiar wszystkich moich rozterek p. powtarzał; uważaj co życzysz bo jeszcze się sprawdzi. Zawsze miałam więcej myśli niż możliwości ich przekazania w odpowiedniej formie.
Drodzy moi, przesyłam Wam 
serdeczne życzenia Wesołych Świąt.


Nie byłabym kobieta, przewrotna kobieta, gdybym zapomniała życzyć Wam wszystkim takiego pierścionka z szesciokaratowym brylantem.
PS
Przed godzina przeczytałam moje własne myśli o Świętach. Napisanych z głębi duszy i wielkim uczuciem aż łzy zakręciły mi się w oku. Gdyby ktoś chciał je przeczytać może to zrobić właśnie tutaj.

Wieczorny spacer.

Dzień już się kończy ale jest jeszcze zbyt jasno na ognisko. Obok naszego miejsca na namiot z jednej strony nie bylo nikogo a z drugiej, miejsce było zajęte przez trzy namioty. Tam życie tętniło jak w ulu. Panie akurat coś przygotowywały do jedzenia a dwaj panowie spędzali czas na piciu piwa. Trzeci, długowłosy chudy młodzian rąbał drewno na opal.  Rąbał tak od naszego przyjazdu do chwili obecnej gdy po rozłożeniu obozowiska postanowiliśmy zobaczyć jak w tym miejscu wygląda plaza.
Oczywiście mgła kończyła się na wydmach. Ubrani jak „zawodowcy” ruszyliśmy w nieznane. Nikogo nie było oprócz nas i zamiast rozkoszować się dzika plaza pomyśleliśmy, ze coś tu straszy skoro tylko my zdecydowaliśmy się na takie odludzie.
Woda cofnęła się pozostawiając kilka okazów fauny lub pozostałości po niej. Tutaj widać pancerz po krabie, dość dużym krabie.
Kilkanaście metrów dalej zainteresowała nas ósemka na piasku. Piktogramy w zbożu ciągle są niewyjaśnioną zagadka a tu raptem kolejna sensacja na plaży w Oregonie. Przykucnęłam nie bez obawy i poprosiłam p. aby jeszcze bliżej się tym zainteresował. Mnie wystarczała taka odległość jak w tej chwili i nie zamierzałam zrobić ani kroku w kierunku tajemnicy. Dzięki kawałkowi muszli p. wygrzebał z piasku sprawce.
Oto on/ona/ono na zdjęciu. Co to jest nie wiem choć w pierwszym momencie pomyślałam, ze to krewetka ale stworzenie to nie miało ogona i krewetka chyba nie było. Czas wracać do „domu” na kolacje i wolno szykować się do snu bo jutro powinniśmy być w pełni sil.
Nasze ogniska z reguły nie należą do największych. Przede wszystkim chcemy stworzyć nastrój ciepła i przytulności. Patrząc w taki telewizor praprzodków zawsze zastanawiamy się jakie tajemnice kryją cienie w głębi lasu. 
Przez cały czas naszej kolacji sąsiad rąbał drewno i wyglądało, ze ma krzepę jak zawodowy drwal. Dwaj panowie nadal gawędzili przy piwie w towarzystwie pan teraz nie pozostających w tyle w konsumpcji złotego napoju. Olbrzymi stos nieporąbanych kawałków jeszcze czekał na swoja kolejkę. Najwyraźniej zakupili drewno hurtowo i przywieźli cala furgonetkę bo takiej ilości nawet nie mają sklepy. Ich okazałych rozmiarów ognisko roswietlalo przestrzeń jak lampy halogenowe na stadionie. Drwal również posilał się piwem i w końcu padł na chwile przed naszym pójściem do namiotu. Rankiem serwowałam szybkie śniadanie gdy ogniskowy sąsiad zagadnął nas uprzejmym „jak się masz”. Jak to jest w zwyczaju na tym kontynencie w odpowiedzi wszyscy czuja się wspaniale i jest tak, ze lepiej być nie może. Krotko pisząc sąsiedzi darowali nam cale drewno, którego nie spalili w jedna noc. Wdzięczność nasza nie miała granic. Za chwile jednak ofiara przerodziła się w utrapienie. Po wyjeździe piwoszy (byli szybsi od nas) poszliśmy spojrzeć na darowiznę. Bliższa inspekcja wykazała dwie niedogodności; pierwsza była ilość, zapełniliśmy cały bagażnik, a druga była jakość drewna, wyglądało, ze przedsiębiorczy milosnicy dużych ognisk ścięli jeszcze żywe drzewa bo kawałki były świeże i mokre. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby więc wzięliśmy wszystko.
Wiadomo, ze mokre wysycha. W nadmorskim, wilgotnym i chłodnym klimacie pleśń zaatakowała nasze auto. Ale o tym dowiecie się później.