1

czwartek, 7 października 2010

Badlands 2

Gdy kelnerka przyniosła menu nie mieliśmy żadnego problemu z wyborem dania. Oprócz kawy dwa omlety, dla mnie zachodni a dla p. z szynka. Na sama myśl o piciu brudnej wody zupełnie nietrafnie nazywanej kawa robiło mi się niedobrze. Raz kozie śmierć, pomyślałam i postanowiłam o tym więcej nie myśleć. Obiecanki cacanki. Brązowy kubek nie dodawał uroku ani smaku kawie. Duzo cukru, bardzo dużo cukru aby oprócz niego nic innego nie było czuć. Może to "coś" ma w sobie choć odrobinę kofeiny. Omlet był ogromny, złożony na pół ukrywał w sobie kawałki wołowiny, kiełbasy, szynki i inne nierozpoznawalne składniki. Na wierzchu dużo żółtego sera i ostry sos. Taki pyszny, smakowity a kalorii tyle, ze nie mogły pomieścić się na talerzu i co chwila kilka z nich wyskakiwało na stół. Poddałam się w połowie bo mój żołądek zapełniłam w takim stopniu iż kolejny kęs ... no dobrze pominę resztę. Po godzinnym biesiadowaniu czas ruszać w dalsza drogę. Jeszcze tylko kawa na wynos dla kierowcy a dla mnie paczka bardzo niezdrowych czipsów. Sa wakacje, jesteśmy daleko od domu, wszystko jest jakby inne to dieta tez powinna być inna aby wszystko pasowało. Wyszliśmy z restauracji jakby do innego świata. 
Poranne słonce już wstało i rozgoniło cala mgle. Przywitał nas cudowny dzień i obiecywał ciepełko. 
Do celu pierwszego dnia dojechaliśmy około piątej po południu. Rozpoznawaliśmy to miejsce bo byliśmy tu już wcześniej. Parę lat różnicy ale temperatura ta sama. Obiecaliśmy sobie, ze nie będziemy katować się odczytem temperatury na termometrze. Ogólnie było lekko za ciepło w naszej skali odczuć. Na kempingu pierwsza rzeczą po zatrzymaniu auta było odpalenie komputerów.
Tak to nie pomyłka, każde z nas miało swój własny. Ja musiałam przecież sprawdzić co się dzieje w swiecie blogów a p. swoje mało istotne pierdoły. W tak dużym aucie na dwie osoby było tyle miejsca, ze postanowiliśmy się nie ograniczać. Taki kawal w świecie a jak fajnie było znowu być razem z wami. Temperatura była zbyt wysoka aby rozkoszować się nieróbstwem na gorącej ławce. P. uwinął się z namiotem a ja przygotowałam coś na ząb bo tylko śniadanie trzymało nas do tej pory. Siedząc w samochodzie przy włączonej klimatyzacji mieliśmy bardzo złudne pojecie o aurze na zewnątrz. Teraz nasze wychłodzone ciała zaczęły odbierać bodźce zewnętrzne i stwierdziliśmy, ze bez zimnego prysznica długo nie wytrzymamy. Po prysznicu tez długo nie wytrzymaliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać czy spać w namiocie czy w chlodzonym aucie. Chwilowo upal pozbawił nas zdrowego rozsądku. Wakacje, kemping wiec trzeba spać w namiocie. Oczywista oczywistość, tylko, ze ten czerwony namiot nie nadaje się na taka temperaturę i musimy rozbić drugi idealny na upały.
Przez cały dzień wiał wiatr, który właśnie teraz przybrał na sile. Słońce jeszcze stało na tyle wysoko, ze cień rzucany przez drzewo nie dawał ulgi. 
Aby nie trwac w bezruchu i narzekać bez końca pojechaliśmy odwiedzić znane już nam miejsca. Krotki spacer pośród rozgrzanych skal nie należał do przyjemności. Nawet chwila w cieniu byla zbawiewiem.
Kilka zdjęć nie zabrało nam dużo czasu i z jego nadmiarem p. nie miał problemu.
- Pojedziemy ta dróżką i zobaczymy co nas czeka na pustkowiu a resztę zostawimy sobie na jutro. Co? - Miałam wrażenie, ze on wcale nie pyta o zgodę ale stawia kawę na ławę i nie mam wyboru. Świat jest taki duży, ze wszędzie nie można być ale ten kawałeczek możemy zwiedzić. 
Pojechaliśmy oczywiście dużo dalej polna droga, gnani nieodparta chęcią poznawania nie zwracaliśmy uwagi na odległości. Niestety ta okolica nie urzekła nas i chyba szukalismy czegos innego niz odlegle skaly rozrzucone po horyzoncie. 
Zawrocilismy na kemping bo zmeczenie dawalo znac o sobie. Oboje bylismy po prostu wykonczeni. Wskoczylismy do letniej rezydencji z siatka zamiast dachu i lezac moglismy podziwiac gwiazdy na niebie. O zasnieciu nie bylo mowy bo wiatr zamienil sie w wichure i patrzac w niebo widzielismy jak gruba galaz drzewa pod ktorym rozbilismy namiot gnie sie pod jego naporem. Zlamie sie i nas przygniecie czy nie, takie pytanie zadawalismy sobie czujac sie coraz bardziej senni. W ciagu nocy budzilismy sie wielokrotnie bo halas wichury raz po raz wyrywal nas ze snu. Nie dało się długo spać i wcześnie rano z zalem wyczołgaliśmy się z namiotu. Było na tyle wczesnie, ze slonce ledwo wschodziło. Bardzo szybko zwinęliśmy nasze obozowisko i już spakowani ruszyliśmy aby zobaczyć południową cześć Badlands.
Poprzednim razem zobaczyliśmy północną, dziś uzupełnimy braki z przed lat. Ciężko nam było ruszać nasze zmaltretowane i ciągle zmęczone ciała. 
Nogi nie chciały chodzić a rozum mówił oszczędzaj siły. Wybraliśmy kompromis i jako turyści a nie odkrywcy dziewiczych terenów spędziliśmy kilka kolejnych godzin. 
Ten cien po lewej to wlasnie ja pozdrawiajaca was wszystkich.
Przyroda tak jak my dopiero co budziła się i udało nam się spotkać małego koziołka razem z mama w miejscu gdzie za dnia by ich nie było. 
Byliśmy tak blisko, ze prawie mogłam go pogłaskać. Jak w zwolnionym tempie wyjęłam z auta aparat i zanim odeszły upolowałam obydwie sztuki.
Cos jeszcze mialo syczec i kasac ale chyba bylo za zimno ranem i zaden grzechotnik nie wpadl na mnie.
Tego dnia jazda nam nie szla i mile do przejechania wydawały się dłuższe od tych już przebytych. Ostatnie spojrzenie na krajobraz Badlands 
oraz jego mieszkancow.
Jeszcze kabanos na sniadanie i teraz jestesmy gotowi do drogi.

niedziela, 3 października 2010

Wakacje!

Z piątku na sobotę o północy rozpoczęliśmy nasza trzytygodniowa przygodę. Noc sprzyjała szybkiej jeździe bo to weekend, śpieszących się do pracy znikoma ilość, tym samym ruch na drodze niewielki. 
Nad ranem postanowiliśmy zjeść porządne śniadanie aby nie zatrzymywać się co chwila na jakieś przekąski, wybór padł na restauracje dla kierowców wielkich ciężarówek. Daja tam tak dużo jeść, ze jedna porcja wystarcza na dwie osoby a maja kogo karmic.
Prawdziwe wakacje muszą się zacząć od posiłku dla tych co życie spędzają na kolach. Owszem można znaleźć restauracje o ładniejszym wystroju i wykwintnych potrawach ale po co szukać gdy każda sekunda się liczy jak na rajdzie samochodowym. Wakacje maja jedna złą stronę - kończą się. Aby nie tracić cennego czasu zwykle jadamy przy drodze aby nie odjeżdżać daleko od obranej trasy. Po za tym takie oazy są dobrze oznakowane i informacje o nich są umieszczone przy autostradach na wiele mil wcześniej. Kiedyś zaryzykowaliśmy, żyjemy do dziś i tak już zostało. Nudziło mi się za kierownica bo prowadziłam auto już od kilku godzin i uznaliśmy, ze po śniadaniu będzie zmiana. Po cichu liczyłam na to, ze p. pociągnie do końca. Jeszcze pół godzinki i już będziemy na miejscu gdzie do każdego posiłku serwują dowolne ilości lurowatej kawy. Za kolejna górką wpadliśmy w gęstą mgle i cieszyłam się, ze już za chwile nastąpi zmiana za kierownica. Po pięciu minutach otaczające nas mleko spowodowało dziesiecio-samochodowy korek na autostradzie. Wszyscy raptownie zwolnili bo trudno było dostrzec koniec maski samochodu. Ja koncentrowałam się na pojazdach przede mną a p. wypatrywał wymarzonego w tych warunkach zjazdu. Wolniutko, wolniutko jeszcze wolniej zjeżdżam z autostrady i jadę w białą otchłań ale nie mam pojęcia gdzie bo teraz to już zupełnie nic nie widać. Ryczące STOJ z mojej prawej strony uruchomiło hamulce zanim wrzask umilkł w uszach. Teraz dopiero zobaczyłam czerwone światło i to, ze maska samochodu była już na skrzyżowaniu. Tutaj trochę wyjaśnień dla polskich czytelników. W Polsce gdy jako pierwsza stałam na skrzyżowaniu to nie widziałam przed sobą sygnalizatorów. Aby wiedzieć kiedy jest zielone musiałam gryźć kierownice i dostać oczy winniczka aby dostrzec światła umieszczone bezpośrednio nade mną. Poki młoda to "wyginam śmiało ciało", kładę głowę na kolanach pasażera i dopiero je widzę. Była jeszcze opcja na "olewam" i czekałam aż stojący za mną klaksonem dal znać, ze droga wolna. Amerykanie wymyślili łatwiejszy sposób i mniej seksowny (ach te kolana pasażera), mianowicie sygnalizatory umieszczone są za skrzyżowaniem. Malo skomplikowane i wszystko widać jak widać. Jak nie widać to zatrzymać się można tak jak ja, odrobinkę za daleko. Dzięki temu, ze tutaj nikt nie marzy o wypadku to rozsądnych kierowców jest o wiele więcej niż śpieszących się wariatów. Jazdę można nazwać bezpieczna ale niestety długą. Otaczająca nas poranna mgła wcale nie miała zamiaru zniknąć w ciągu minuty i gdy błysnęło zielone ruszyłam w białe nic. Mogłam spokojnie zamknąć oczy i pozwolić aby p. patrzący w bok i widzący krawężnik wziął kierownice w lewa rękę. Kolejne czerwone światło dostrzegłam odrobinę wcześniej niż ostrzegawcze stworzenie siedzące obok mnie. 
- Jesteśmy za daleko, czuje to ale nic nie widzę. - Święta prawda wylała się z ust „wrzeszczaka”. Teraz sobie zdałam sprawę jak on głośno krzyknął, teraz gdy powiedział zdanie normalnym tonem. Jego "stój" mogłoby obudzić wampira śpiącego od stuleci a mnie postawiło na równe nogi.  
- Ja tez nic nie widzę ale mogę zawrócić jak chcesz. - Lekko zjechałam na prawo i upewniłam się, ze nie widzę nic innego jak niezmąconą biel dookoła. Wskazywało to na chwilowy brak pojazdów wokół nas bo nie byłam pewna czy akurat teraz nie jestem na środku skrzyżowania. Szczęśliwie było na tyle szeroko, ze manewr wykonałam na raz. Jadę jak stulatek, wiszę na kierownicy i wyciągam głowę aby być jak najbliżej szyby aby lepiej widzieć choć wiem, ze to nic nie da. Istny koszmar, można postradać zmysły gdy nie ma punktu odniesienia.
- W prawo! - O dziwo tym razem p. syknął jak waz o glosie boskiego Pavarottiego. Nic nie mówił o tym bym zwolniła i z ta sama prędkością skręciłam w wąski wjazd na stacje benzynowa. Malo  brakowało abyśmy następne glosy nazywali bożymi a nie boskimi. Auto przechyliło się gwałtownie a wilgotna nawierzchnia lekko zniosła nas w stronę stojących pojazdów. Dokręciłam zakręt i opony zniosły ta chwilowa torturę z lekkim darciem gumy o asfalt. Wszystko stało się tak szybko, ze nie zdążyłam się zdenerwować i spokojnie podjechałam pod dystrybutor. 
- Spotkamy się w restauracji, pójdę się odświeżyć. - Nie mogłam od razu znaleźć torebki bo cały dobytek na tylnym siedzeniu uległ niekontrolowanemu przemieszczeniu. 

czwartek, 30 września 2010

Gacie na wieszaku czyli mężczyzna zorganizowany.

Nie nalezę do osób wyjątkowo pedantycznych, brudu nie cierpię ale lekki rozgardiasz wcale mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie czuje się wtedy bardziej domowo. Wylizane i wysterylizowane pomieszczenia przypominają mi szpital albo muzeum. Przed wyjazdem na wakacje każde z nas przygotowuje swoja listę rzeczy niezbędnych do zabrania. Potem porównujemy je i sporządzamy jedna główną i kilka pomocniczych jakby częściowych duplikatów do codziennego noszenia przy sobie. Na dwa tygodnie przed wyjazdem p. oznajmił dumnie, ze jest gotowy. Ja nawet nie pomyślałam jeszcze jakie ciuchy wezmę a on miał już wszystko wyprane i starannie ułożone na polce w szafie. Namioty i cały sprzęt kempingowy przejrzany i zmagazynowany w jednym miejscu. Do wyjazdu dwa dni a ja w zupełnym proszku. Teoretycznie wiedziałam co zabieram ale do wyjazdu jeszcze tyle czasu i nie ma pospiechu. Pierwszy wakacyjny nocleg pokazał cala prawdę o naszej pamięci. P. nie wziął maszynki do golenia ale piankę tak, razem zapomnieliśmy o „myjkach” pod prysznic i kilku drobnych mniej ważnych przedmiotach. Następnym razem wystarczy tylko jedna lista zatytułowana „To co zwykle zapominamy”, będzie o wiele łatwiej. Dobrze, ze nie pojechaliśmy na bezludna wyspę i sklepy dostępne były w zasięgu reki. Dokupiliśmy to co skleroza zatrzymała w domu i w pełni wyposażeni mogliśmy kontynuować nasze wakacje. Auto duże i wygodne ale zapchane dokumentnie. Nawet najstaranniej poukładane bluzki pogniotły się koncertowo. Po tygodniu zawitaliśmy do motelu i radością wyrzuciłam cala zawartość moich toreb na łóżko. Narobiłam takiego bałaganu, ze wydawało mi się, ze ktoś dorzucił zawartość przynajmniej jednej z nich. Trzeba przygotować ubranie na jutro a resztę znów do toreb. Pokój był bardzo mały i wpadłam na genialny pomysł aby to co na jutro powiesić na wieszakach. Uwinęłam się szybko i z wielka przyjemnością zniknęłam w łazience na dłuższą chwile. 
Umyta i odprężona weszłam do pokoju. Pokój ten sam ale jeden szczegół o mało co nie powalił mnie na podłogę. Mam te swoje parę lat i nie jedno już w życiu widziałam jednak majtki na wieszaku obok koszuli i spodni potrafiły mnie zadziwić. Postanowiłam podzielić się tym widokiem ze światem.

sobota, 25 września 2010

Świeczka w dyni.


Już niedługo Halloween czyli celtyckie czczenie duchów.

Zabawa na całego w której uczestniczą wszyscy dorośli i dzieci.



Słyszałam, ze i w Polsce zaczyna się przyjmować ten przedziwny zwyczaj. Czy macie jakieś doświadczenia lub przeżycia z tym związane? Chciałam poprosić Was moi drodzy abyście napisali krotki post na ten temat. Czy takie komercyjne szaleństwo w przeddzień Wszystkich Świętych nie razi? Czekam na wasze opinie. Zapraszam również Waszych znajomych.


czwartek, 23 września 2010

Las Vegas 5

Kiedyś szalałam po kasynach jak wściekła, dziesięć minut w jednym i zaraz szybko do innego w poszukiwaniu szczęścia. Całość była męcząca a efekt już wiadomy. Teraz postanowiłam przesiedzieć noc w jednym miejscu najwyżej będę zmieniała maszyny. 
Las Vegas jest bardzo pogodne i kolorowe. Gdy zachodzi słonce wtedy jak nietoperz miasto to budzi się ze snu. Światła dodają uroku budynkom hoteli, są jakby bogatsze i zarazem ciekawsze.
Główna ulica Las Vegas nosi taka sama nazwę jak miasto aby nikt nie zapomniał gdzie się znajduje, dla mnie trochę bez sensu ale jak wspomniałam wcześniej tutaj wszystko jest możliwe i nikogo to nie dziwi.
Najbogatsze i najwspanialsze hotele znajdują się właśnie tutaj. Przy każdej kolejnej wizycie odkrywam jakieś nowe kasyno i zastanawiam się czy ta ulica nie jest przypadkiem z gumy i inwestorzy rozciągają ja do woli. Ciągle tutaj coś się buduje a nowe budynki są coraz wyższe i większe. 
Ta ulica  przypomina trochę zabudowę starówki gdzie dostęp do ulicy jest najdroższy i dlatego frontony są przepysznie kolorowe i wspaniale zaprojektowane aby skusić przechodnia, nie za szerokie a reszta budynku hotelowego i kasyno ciągną się w nieskończoność w poprzek ulicy. Wydaje się, ze na głównej ulicy brakło chwilowo miejsca na nowe kasyna ale rozbudowa Las Vegas trwa bezustannie.
Obecnie po zachodniej stronie autostrady biegnącej prawie w centrum miasta widać nowe hotele a ilość okien w jednym z nich (nie liczyłam i nie wiem ile) skojarzyła mi się z gigantycznym plastrem miodu. W takim olbrzymie mogły by zamieszkać dwie wsie albo trzy.
Ponoć kryzys na świecie i ludzie biednieją ale bliskość Los Angeles zapewnia ciągły dopływ bogatych graczy i tych co liczą na łut szczęścia.
Zatem Las Vegas ciągle funkcjonuje i zaprasza wszystkich przyjezdnych bardzo serdecznie. Widok miasta w dzień jest tak różnorodny od jego nocnego oblicza jak modelka przed i po makijażu.
Chociaż usytuowane w sercu pustyni, miastu nie brakuje wody. Wybudowana tama (Hoover Dam) na rzece Colorado pozwala by przed kasynami tryskały fontanny, hodowano tropikalna roślinność albo mieć małą Wenecję z gondolami i mostkami.
To miejsce zaliczamy do grupy „niezapomnianych”, nie ze względu na oszałamiający urok ale na nasza nieroztropność. Podczas kolejnej wizyty przysiedliśmy na kawę aby trochę odsapnąć. Na zdjęciu poniżej, po prawej stronie. Kawa była bardzo dobra i nic nie zapowiadało dramatycznego finału. Gondole pływały sobie kanałami, sączyła się włoska muzyka i było bardzo przyjemnie. Male filiżanki espresso wystarczyły na kilka łyków i poprosiliśmy o rachunek bardzo uprzejmego kelnera. Powrócił nienagannie szybko i położył skórzane etui na krawędzi stolika.
Jak elegancko to elegancko, p. postanowił zapłacić i zamarł w bezruchu. Pokazał mi karteczkę z suma przekraczającą 60 dolarów. Chwila nieuwagi przy wyborze kafejki i bankructwo murowane.
Stratosfera (iglica po srodku zdjecia) jest starym kasynem znajdującym się na północnym końcu głównej ulicy Las Vegas, dalej już zupełnie nic ciekawego.
Za to na południe od niego usytuowane są główne atrakcje jak Paris, Venetian, Ceasars Palace, Treasure Island i wiele innych przecudownych hoteli.
Rozpoczęłam zmagania ze szczęściem. Po dość krótkim czasie zauważyłam, ze coś jest nie tak, ze czegoś mi brakuje. Drinki jak zwykle są darmo, palić jeszcze można ale jakoś było nieprzytulnie i nieswojo. Zaskoczyłam, ze nie mogę się skoncentrować bo nie wiem czy ktokolwiek tu wygrywa. Dawniej brzęk monet oznajmiał, ze ktoś przed chwila wygrał i dawał poczucie szansy na wygrana a teraz nie wiadomo kto wygrywa jeżeli w ogóle.
Bardzo mi się wtedy podobało bo zawiązywała się nic współzawodnictwa pomiędzy graczami, przy kolejnej lawinie bilonu każdy z pobliskich graczy mimowolnie spoglądał na szczęśliwca i myśl, ze za chwile przyjdzie jego kolej zagrzewała go do boju. p. zajął miejsce obok mnie i wyjaśnił, ze nie ma zamiaru spuścić ze mnie oka bo inaczej zasilimy grono żebraków.
- Bardzo dobrze, siedź i patrz jak się wygrywa milion dolarów. - Mniej nie wchodziło w rachubę bo widok okrągłej sumki za szkłem ciągle mi stal przed oczami. Zabrałam się ostro do pracy i już po chwili wszystko przegrałam. Maszyna była zupełnie nieczuła na moje usilne prośby i groźby. Kolejny banknot zniknął i w zamian za to otrzymałam kolejna szanse odegrania się i wygrania.
- Może ty spróbujesz i pograsz, może akurat tobie trafi się trochę szczęścia. - Z lekkim oporem ale bez zbytniego ociągania p. pozbył się kolejnej porcji dolarów. Dobrze, ze wcześniej ustaliliśmy limit wydawania i mogłam jeszcze dofinansowywać kasyno z czystym sumieniem.
- Kiedyś zacznie płacić tylko nie wiadomo kiedy a może to dziś nie nastąpić. - Komentarz był zupełnie zbyteczny bo sama widziałam, ze ilość pieniędzy wyświetlana na ekranie malała jak kostka lodu na Saharze w samo południe. Zacisnęłam zęby aby nie wdawać się w niepotrzebna dyskusje i popijając kolejna margarite trwoniłam majątek. Zmieniałam miejsce jeszcze wielokrotnie ale miliona nie mogłam znaleźć. Zaczynało mi już w głowie się kręcić od drinków i niewyspania kiedy lekko zaczęłam się odgrywać. p. podążał za mną jak anioł stróż i błagał abym już skończyła ta nierówną grę.
- Chodźmy, ledwo zipie a ty jakby nowo narodzona. Nie chce ci się spać?
- Nie, nie chce. - Odparowałam błyskawicznie i kłamałam nieprzykładnie. - Przykro mi ale nie mogę z tobą rozmawiać bo się rozpraszam i znów jestem na minusie. 
- Tylko nie mów, ze to moja wina. - p. był lekko załamany. 
- A czyja? No dobrze jeszcze tylko jedna maszyna i już możemy iść sobie gdzie chcesz. Przegram to co mam i koniec. O!
- Co?  
- Tamta będzie dobra. - Znowu przeniosłam się razem z moim centem i aniołem do ostatniego automatu. Nie było tak źle ale nie wygrywałam i to mnie smuciło. Było późno i nie dziwiłam się p., ze ma tego wszystkiego dość. Ja jutro nie będę prowadziła samochodu bo margarity nie zdążą ze mnie wyparować. Takiej dziwacznej maszyny jeszcze nie widziałam. Nie zastanawiając się długo uruchomiłam ostatnie zapasy energii. Litościwy, stojący za mną jak kat p. wsunął w maszynę swoja karteczkę zasilając moje konto. Od razu jakby bardziej go pokochałam. Chciwa nie jestem ale lepiej mieć więcej pieniędzy niż mniej. Teraz w ruch poszedł cały nasz limit i zarządzałam całością. Znowu raz na wozie a raz pod, kulawa ta fortuna jakaś bo ani nie mogłam wygrać ani przegrać aby w końcu pójść do hotelu. 
- Daj zapalić bo szlag mnie trafi na miejscu i wrócisz do domu z trupem, wtedy będziesz bogaty bo czeka tam moja polisa na życie. - Obracające się walce zatrzymały się i wskazywały takie same symbole. - Wygrałam? - Mój głos samą mnie zadziwił. Cyferki na ekranie nie zmieniły się i wskazywały poprzednia sumę. - I co teraz? Wygrałam czy przegrałam nic nie rozumie. - Patrzyłam na nie mniej zdumionego p. szukając w nim odpowiedzi.  - Jeszcze nie. Teraz musisz zakręcić kołem fortuny. 
- Co takiego? Co? - Nie zrozumiałam ani słowa. Jak są trzy takie same napisy czy figury to jest główna wygrana. - Jakie kolo? - Zniecierpliwiony moim nagłym zanikiem intelektu p. przycisnął pulsujący czerwonym światłem przycisk. Rozległy się fanfary i kolo, na które nikt z nas nie zwrócił wcześniej uwagi, zaczęło się obracać. Serce przestało mi bić, usta jak w gabinecie dentystycznym a wzrok utkwiony w zapadkę przeskakującą po rożnych numerach. Daje słowo, ze widziałam milion i nic innego. Kolo zwalniało i czułam, ze mój duch opuszcza rozdygotane ciało. Jeszcze sekunda i kolo stanie, zapadka zatrzymała się o jeden ząbek przed milionem.
- I co? Mi.... - Widziałam milion obok i nic nie mogłam pojąc. Dobrze, ze nie patrzyłam na p. bo pewnie spoglądał na mnie z politowaniem, pobłażaniem i niedowierzaniem.
- Nie, nie milion. Nie uwierzysz ale wygrałaś tyle ile wydaliśmy. Jesteśmy na zero. Dokładnie na zero. Nie do wiary! - Teraz powinnam zagrać, pomyślałam ale było już za późno. Bezlitosny kat wydrukował wygrana i poprowadził mnie do kasy aby odebrać pieniądze. Wychodziliśmy z lekkim niedosytem i z taka sama ilością pieniędzy jak przy wejściu. Trzymałam p. za ramie i szliśmy w stronę parkingu. - Wcale nie takie zero. - Pomyślałam i ścisnęłam mocniej w dłoni szczęśliwego centa.

Las Vegas 4

  W czasie obiadokolacji temat wygrywania zszedł na dalszy plan i skoncentrowaliśmy się na serwowanych smakołykach. Po kempingowych potrawach zjadany obiad w wykwintnej restauracji wydawał się nam iście królewski. Znaleziony cent leżał obok mojego talerza. Nie wzięłam ze sobą torebki zupełnie świadomie aby nie rozpraszac się podczas zmagań o wielka wygrana a sukienka nie miała kieszonki. 
  Spróbowałam ukryć go za dekoltem ale przemyślna konstrukcja stanika uniemożliwiła mi ten zabieg. Przed wyjściem ofiarowałam go p. na krotka chwile. Najedzeni i zadowoleni stanęliśmy przed dylematem które kasyno pochłonie nas na resztę nocy. Same kasyna są do siebie podobne a różnica polega głownie na kolorze dywanów i ścian. Po chwili przestają one być ważne bo atrakcja numer jeden staja się stoły ruletek, black jacków lub automatów. Moje obuwie na wysokim obcasie i pełny brzuch zadecydowały o wyborze. Zostajemy tu gdzie jesteśmy. Można tu wygrać tak samo dobrze jak gdzie indziej. Jak łatwo poszło z kasynem to wybór maszyny, która miała zaskoczyć mnie wysokością wygranej przerodził się w problem. Powierzchnia kasyna olbrzymia a ilość stołów, maszyn i stolików do gry w karty nie do policzenia. Malo tego, ze nie wiedziałam w którym kierunku są te które dają kasę, bo zdecydowałam się na jednorękiego bandytę, to różnorodność automatów spotęgowała mętlik w głowie. Nieograniczony wybór możliwości zakrawał na kpinę, postawiłam na ślepy los i zasiadłam przed ekranem przeznaczenia. Aby zacząć cala zabawę w wygrywanie trzeba najpierw zainwestować. Maszyna przywitała mnie swoja melodyjka po połknięciu banknotu, poprosiłam aby p. oddal mi mojego znalezionego centa i wrzuciłam go do rynienki jak za starych dobrych czasów, niech chociaż jedna moneta znajdzie się tam gdzie powinna. 

sobota, 18 września 2010

Las Vegas 3

Szczęście na pstrym koniu jeździło i raz po raz mnie opuszczało. Z kubełka ubywało jednak jednostajnie. Dookoła rozlegała się jakby muzyka tworzona przez grających na automatach. Każdy jednoręki bandyta grał swoja monotonna muzykę bardzo rzadko wzbogacana przez brzęk wygrywanych pieniędzy. 
Och „to były piękne dni” kiedy można było używać bilonu. Serce się cieszyło gdy napełniała się rynienka i z radością wsypywało się monety do swojego pojemnika. Przy naszej kolejnej wizycie XXI wkroczył do kasyn na całego i odebrał im historycznego ducha, już nie gra się w pieniądze tylko w kartki i wyświetlane sumy. Jak wygrałeś i chcesz zabrać ze sobą pieniądze to maszyna wypluwa z siebie bilecik z wydrukowana suma i w kasie dostajesz gotówkę. Obecnie w kasynach jest cicho i nijako. Brakuje mi prawdziwej atmosfery hazardu nierozerwalnie kojarzącej się z brzękiem monet. Każde kasyno miało swoje firmowe kubełki i przechodząc z jednego do drugiego można było na ulicy pochwalić się swoja wygrana dumnie dzierżąc kopiasty pojemnik. W tym roku jako stały bywalec rozpustnego miasta nie spodziewałam się nieokiełznanych emocji. Poprzednie nasze wizyty kończyliśmy jako przegrani i zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Przyjechaliśmy do Las Vegas w niedziele wieczorem i wydawało się, ze ludzi jakby mniej niż zwykle. Właśnie dziś wypadały moje urodziny wiec postanowiliśmy rozpocząć swawole od późnego obiadu w Stratosferze. W końcu to moje święto wiec niech będzie bogato i nietuzinkowo. Wskoczyłam w nieśmiertelny klasyk czyli małą czarna a p. wybrał styl safari. Zupełnie jedno do drugiego nie pasowało ale w tym mieście nic nie pasuje do siebie a całość zachwyca i nie razi. Siedzieliśmy przy stoliku oczekując na zamówione potrawy. Popijaliśmy sobie wino i oderwałam się od rzeczywistości, uśmiechnęłam się mimowolnie do swoich myśli bezustannie krążących wokół głównej wygranej w kasynie. Czy to możliwe, ze to miasto ma aż taki wpływ na człowieka, ze zmienia nawet jego myśli. Niezrozumiały i niewytłumaczalny czar tego kiczowatego miasta zawładnął mną bez końca. Siedzimy sobie we dwoje w restauracji, p. złożył mi bardzo mile życzenia a ja bezwiednie uciekłam do niespełnionego kochanka, do jednorękiego bandyty. Chyba dopuściłam się nieświadomej zdrady.
  Wreszcie po chwili mój mozg zaczął odbierać bodźce zewnętrzne i zobaczyłam centa na podłodze obok mnie. Przysięgam, ze nie mam zeza i pomimo to, ze patrzyłam wprost przed siebie na wpatrzonego we mnie p. to widziałam również monetę przy moim krześle. Podniosłam centa i wiedziałam, ze dzisiaj powinnam wygrać bo już pieniądze idą do mnie. Wcześniej przegrywaliśmy ale kiedyś fortuna powinna spojrzeć na mnie przyjaznym okiem i pozwolić mi wygrać. Przecież to szczególny dzień dla mnie i w dodatku jeszcze ten cencik na zachętę. Podzieliłam się moimi spostrzeżeniami z p. i oczekiwałam od niego potwierdzenia mojej teorii. Uśmiechnął się po wąsem i z niedowierzaniem pokręcił głową. 
- Przegrana w Las Vegas to jakby oplata za prąd, temu miastu to się należy. - Powiedział po namyśle. Wiele w tym stwierdzeniu było prawdy. Hazard można przecież potraktować jak zabawę a cale miasto jak niekończący sie spektakl w teatrze. Przegrana jako bilety wstępu.