1

czwartek, 2 maja 2013

Liżąc chmury.

 Idąc lichą jedyną publiczną plazą w mieście zauważyłam cudną roślinność za ogrodzeniem. Poszliśmy w tym kierunku aby doznać namiastki dżungli. Palmy, kaktusy i trawy zgromadzone w jednym miejscu przyprawiały o zawrót głowy. Odnaleźliśmy kilka gatunków które w naszym mieszkaniu albo nigdy nie kwitną albo są wręcz znikomych rozmiarów.
- Już chyba czas na przygodę. - Usłyszałam gdy z grubsza zapoznaliśmy się z miastem. 
- Jaką? - Po wizycie na molo, w dżunglii i w turystycznym centrum miasta uważałam, ze już po wszystkim. Postawiłam swą stopę tak daleko na południu, że już dalej nie można. Spełniły się moje marzenia i byłam bardzo zadowolona, że wariacki pomysł jednodniowej wycieczki zrealizowaliśmy bez najmniejszych przeciwności losu. 
- Polatamy spadochronem. - Beznamiętnie odpowiedział p. ale zauważyłam, że milczący od dłuższego czasu bardzo uważnie mi się przyglądał. 
- Skakać ze spadochronem! - Zupełnie zaskoczona nie mogłam chwycić powietrza. Pomyślałam, ze to żarty ale jego mina na to nie wskazywała. Gdzie? Jak? Tak bez przygotowania? 
- Nie skakać, fruwać. 
- O czym mówisz, wyrażaj się jasno. - Moje przerażenie jeszcze się wzmogło, sama się nakręcałam na "nie". 
- Parasailing, latanie spadochronem za jachtem. - Twarz rozmówcy była spięta i czułam, ze waha się z podjęciem decyzji, szuka we mnie oparcia. Staliśmy jak wrośnięci w chodnik nie zwracając uwagi na to, że tarasujemy całą jego szerokość. Omijający nas nieliczni przechodnie musieli przeciskać się obok budynku lub schodzić na jezdnię. W głowie mi się zakręciło na samą myśl o podniebnych wyczynach. Widziałam takie cuda na zdjęciach i czytałam różne relacje z ekscentrycznych rewelacji i nie mogłam powiedzieć już nic więcej. Staliśmy więc bez słowa i mierzyliśmy się wzrokiem jak bokserzy przed rozpoczęciem pierwszej rundy. Ocenialiśmy przeciwnika wnikając do jego umysłu aby odnaleźć jeden słaby punkt. 
- I co? - Wreszcie nie wytrzymał p. 
- Co, co? - Machnęłam ręką zamaszyście w powietrzu zakreślając pełne koło. Szczęśliwie nikomu nie złamałam nosa zdecydowanym wymachem. Czułam, ze nawał myśli i zmiennych uczuć mnie zabije. Bałam się panicznie. 
- Fruniemy! 
Niedaleko nas (wszędzie tu niedaleko) jakieś trzy metry przed nami była budka z dwoma naganiaczami na parasailing. 
- Dwie osoby na teraz. - p. najwidoczniej miał tyle odwagi, ze wystarczała mu tylko na "teraz". 
- Mamy wolną łódź za dwie godziny. - Odpowiedział mało przystępny typ zza lady. Drugi mrugał oczkami jakby kac miał go w swych objęciach od miesięcy a chwila obecna to ta w której trzeba żegnać się z życiem. 
- Eee, chodźmy. - p. machnął ręką i odwrócił się na pięcie. Nie wiem czy poliglota rozumiał nasz język ojczysty ale na pewno rozumiał mowę ciała. 
- Zaraz zadzwonię do szefa to zobaczymy co da się zrobić. - Obiecująco zadudnił jego bas. Nasze oczy zwrócone w niedogolone oblicze typa szukały jakiegoś ludzkiego odruchu w jego twarzy gdy rozmawiał przez telefon. 
- Macie pięc minut, pierwsza łódź jak skręcicie do mariny. - Teraz dopiero napadły mnie obawy w liczebności armii czerwonej. Gdy dolary zniknęły w łapskach o odcieniu brudu sprzed tygodnia a w mej delikatnej dłoni trzymałam dwa bilety na "teraz" to pociemniało mi w oczach. Oto trzymam bilety na widowisko z moim własnym udziałem. Mało tego ja sama występuję w roli głównej. p. ładnie podziękował i wziął mnie pod pachę kierując nas w stronę zakotwiczonych jachtów. Byłam lekko oszołomiona co widać było na mej twarzy ściągniętej w grymasie. Nie wiem czy uśmiechnęłam się w podzięce za tak sprzyjające nam rozwiązanie sprawy czy dygnęłam jak pensjonarka. Chyba to drugie bo już nie tylko twarz miałam martwą ale i gardło i nogi i ręce....
Łódź była mała, o wiele za mała i miała wielk
ą dziurę w pokładzie. Nie, to tylko moja wyobraźnia mąciła mi zmysły. Syknięte wprost do ucha „wskakuj na pokład” wyrwało mnie z letargu myślowego i przekroczyłam burtę, która była dla mnie progiem piekieł. Podpisaliśmy jakiś formularz o nieznanej nam treści i kapitan już włączał silnik. Drugi członek załogi rzucił cumę do środka a ja przylgnęłam do p. jak za dawnych lat. Po kilku chwilach rozluźniłam się na tyle, ze mogłam rozkoszować się wiatrem usiłującym zerwać mi kapelusz z głowy i widokiem oddalającego się lądu. 
Klamka zapadła i nie ma odwrotu, teraz już nie zrezygnuję.
Prawie idylliczny nastrój zakłóciły przygotowania spadochronu. Moje myśli błądzące pośród bezludnych wysp z najpiękniejszymi plażami na tej planecie zostały przerwane gdy ten już unoszący się za łodzią został zwinięty bo coś było nie tak jak być powinno. 
O tym co myślałam już nie pamiętam ale zapewne nie była to niczym niezmącona euforia przed kolejnym wyzwaniem. Ani nie jestem strachliwa ani desperacko odważna więc z obawa spoglądałam na przygotowania. Nie jest to heroiczny wyczyn bo już tysiące ludzi wcześniej zakosztowały podniebnego spaceru ale opinie były bardzo różne. Przypomniały mi się dwie opinie naszych znajomych z których jedna była pełna zadowolenia a druga w stylu „nigdy więcej”. Dreszcz zgrozy przebiegł tuż obok kręgosłupa. Kolejny spadochron wyjęty ze skrytki na dziobie był zupełnie nowy i tak samo kolorowy jak poprzedni.
Dobrze rozumiany gest miał mówić „zapraszam” a mnie znów lekko wmurowało pomimo tego, ze już od kilku minut byłam przygotowana i ubrana w kamizelkę ratunkowa i uprząż do zawiśnięcia w nicości.
Musieliśmy zostawić na pokładzie wszystkie przedmioty nie przytwierdzone na stałe do korpusu ciała. Ja pożegnałam z żalem kapelusz a p. aparat fotograficzny. Dlatego nie mamy zdjęć z wysokości najwyższego budynku świata a jedynie z pokładu motorówki. Startowaliśmy z rufy na siedząco a za nami rozpościerał się najładniejszy spadochron jaki widziałam. Taki wesoły, który bardzo optymistycznie mnie nastroił.
Zanim zdążyłam wpaść w panikę już delikatnie zaczęliśmy unosić się ponad pokładem i kilwaterem ciągnącym się za łodzią. 
Dość szybko wznieśliśmy się tak wysoko, ze łódka zmalała do rozmiarów dużej mrówki.
Gdy już wysoko wisieliśmy ponad taflą oceanu p. zaczął się interesować tym na czym wisieliśmy. Jego „widziałaś jaki węzełek trzyma nas na uwięzi” lub „czy to się nie urwie” i tym podobne, zupełnie nie na czasie uwagi na chwilę zepsuły mi przyjemność unoszenia się w przestworzach. Lekko go opieprzyłam aby natychmiast przestał roztaczać wizje katastrofy. O dziwo przestał, niecodzienna wycieczka nie miała polegać na analizie teoretycznego zagrożenia a jedynie na czerpaniu przyjemności. Nie byłabym babą z kawału strzyżone golone gdybym nie dodała, że „trzeba było zainteresować się bezpieczeństwem połączeń przed opuszczeniem gniazda”.
Takiej ciszy nie zaznałam w swym życiu. Zadziwiające uczucie gdy żaden odgłos nie dociera do uszu. Byliśmy jakby odcięci od otaczającego nas świata. Idealna sytuacja na pogaduszki nikt nie podsłuchuje i nic nie przeszkadza. Siebie słyszeliśmy wręcz idealnie. Wreszcie chwila wytchnienia po emocjach. Pełen relaks i zadowolenie. Tak gładko wystartowaliśmy i teraz patrząc na ziemie jak ptaki radowaliśmy się z podjęcia decyzji na podniebny spacer. Radości nie było końca bo widoczność wręcz nieograniczona a emocje wcale nie zmniejszyły swej intensywności.
Bardzo podobało mi się w przestworzach i gdy łącząca nas lina z łodzią zaczęła sprowadzać nas z powrotem na ziemię zapragnęłam aby pozostać tu jeszcze dłużej, dużo dłużej. Takich wspaniałych chwil jeszcze nie przeżyłam a dowód na to został ukradkiem podpatrzony przez kamerę.
  Po emocjach w powietrzu należała nam się chwila która zadowoli rownież żołądek. Pomijając jakiś kawałek ciastka ugryziony w tzw. przelocie to dziś jeszcze nic nie jedliśmy i sam rozsądek namawiał nas na prawdziwy obiad. Aby nie szukać w oddali skorzystaliśmy z dobrodziejstwa wygody i zakotwiczyliśmy w restauracji przy samej wodzie. 
Dosłownie kilka kroków od miejsca w którym zaparkowała nasza łódź. Menu było długie i nafaszerowane wymyślnym tekstem którego treść kryła nierozwiązywalne zagadki. Z pomocą przyszedł kelner który prostymi słowami wytłumaczył nam czego możemy spodziewać się na talerzu jeżeli zamówimy danie „X”. Po krótkiej rozmowie przed zgłodniałymi wędrowcami po chmurach znalazły się dwa talerze. Jako mała istota która ostatnio lekko nabrała masy ciała zamówiłam..... chyba już wiecie, ze ten zapełniony po brzegi talerz to mój. Zmiotłam wszystko i nawet ukradłam trochę delfina z talerza p.
Zadowoleni z tak miłego dnia udaliśmy się nad oceanicznym bulwarem w stronę auta. Mijając niedostępny dla nas dzisiaj „haj lajf” pomarzyłam głośno o egzotycznym drinku na basenie. 
p. zdecydowanie pozbawił mnie bujania w obłokach bo ponoć wyczerpałam limit na dziś mając swe pół godziny w chmurach na sznurku i zaproponował, ze będzie jechał pierwszy aby zderzenie mojej duszy z rzeczywistością przebiegło stopniowo.
Na pożegnanie Key West jeszcze raz spojrzałam w g
órę i głęboko westchnęłam a w myślach zaświtało, że wysoko jakby już w niebie jest wspaniale.

środa, 24 kwietnia 2013

Key West


  Z każdą przejechaną milą w głąb Atlantyku robiło się coraz ładniej i atmosfera Karaibów była wręcz namacalna. Już teraz byliśmy dalej od lądu niż Bahama! 
Z Miami do Freeport na Bahama jest 111 mil (178 km).
Nasza ciekawość pokonała niedogodności nocy i jeżeli byliśmy niewyspani to nasze organizmy zapomniały informować nas o tym. Pracując teraz jako najemny fotograf-niewolnik wyciągałam szyję jak żyrafa aby spojrzeć ponad zabezpieczeniem. Niech jedno zdjęcie będzie w całości tak jak ja widziałam, kolejne będą pozbawione tej mało urokliwej ścianki.Od czasu do czasu pojawiały się odcinki starego mostu budowanego różnymi sposobami i zmieniał swój wygląd jak kameleon. Jak widać na jednym zdjęciu niektóre jego szczątki wykorzystywane są do dziś i nawet jest zjazd na wysepkę. Bardzo uroczy to zakątek gdy pogoda wręcz zniewalająca ale gdy przyjdzie sztorm to tubylcy kryją się zapewne w swych apartamentach w Miami albo liczą na łut szczęścia pozostając na miejscu.
Aż klasnęłam w ręce, co dziś wydaje mi się nie lada wyczynem gdy w dłoni tkwi jak przyklejony aparat fotograficzny, na widok maciupkiego kawałka lądu z palmami i piaszczystą plażą.
Wreszcie jesteśmy w Key West, jak to bywa w naszym zwyczaju najpierw objechaliśmy miasto dookoła oraz wzdłuż i wszerz aby mieć ogólne pojęcie jak zróżnicowane są jego krańce. Zarówno biedniejsze jak i bogatsze ulice wyglądały podobnie, całe skąpane w zieleni jakby raptem roślinność uciekła z wszystkich palmiarni świata i zamieszkała pomiędzy domami a nawierzchnią ulicy.
Trudno zabłądzić w tak małym mieście ale jak w każdym skupisku ludzkim zamieszkującym w domach istnieją adresy aby nowy listonosz zanim oswoi się z mieszkańcami mógł dostarczyć listy oraz duże i małe przesyłki. Wcześniej nie widziałam takiego udogodnienia podyktowanego oszczędnością. W niektórych miejscach nie ma tabliczek z nazwą ulicy. Trochę zaskoczona zwróciłam na to uwagę i dopiero po kilku kolejnych skrzyżowaniach odkryłam, ze nazwy ulic malowane są na słupach telefonicznych lub trakcji elektrycznej. Rutyna, jak się okazało wyprowadziła mnie w pole.
 Gdy przyszła kolej na centrum miasta to nasunęło mi się skojarzenie, ze tutaj już nie ma USA. Kolejne szalone miasto gdzie wszystkie zakazy i nakazy jakby przestały obowiązywać. Tutaj rządzi turysta i wszystko mu wolno aby czuł się zadowolony i pozostawiał po sobie ślad znaczony zielonym kolorem dolarów. Sklepy napakowane badziewiem na sprzedaż aż pękają w szwach i sprzedawcy niejednokrotnie zaczepiają przechodniów zapraszając na zakupy. Jarmarczny wygląd ulic nadawał atmosferę beztroski i zadowolenia. Nie obyło się bez zgrzytu który zarówno wywołał uśmiech i niesmak. 
Zaparkowaliśmy auto w samym centrum na płatnym parkingu i ruszyliśmy na starcie z włóczącą się gwiedzią. Jak wspomniałam roślinności jest w tym mieście jakby za dużo więc nikt nie zwrócił uwagi na lekko poruszający się „snopek” z liści palm przed jednym ze sklepów. Pomimo tego, ze tłoku na chodniku nie było to zawsze idzie się za kimś i przed kimś. Podążaliśmy za kobietą w odległości kilku kroków i tak jak jej naszą uwagę przykuwały witryny sklepowe pomimo tego, ze nie mieliśmy zamiaru niczego kupować. To chyba mają wszystkie kobiety. W pewnym momencie gdy osoba przed nami zbliżyła się do kolejnej wystawy „snopek” rozchylił liście palmowe i dobrze za nimi ukryty ciemnoskóry dredziarz z wrzaskiem skoczył w stronę potencjalnego klienta. Kobitka wrzasnęła z przestrachu, uniosła jedną rękę w obronnym odruchu a drugą zamierzyła się chcąc trafić napastnika torebką. Ja podskoczyłam w miejscu i serce zaczęło szamotać się w przyspieszonym tempie. Nie ukrywam, ze wystraszyłam się nie na żarty. Zamiar zgładzenia nieoczekiwanego zagrożenia życia nie powiódł się i kobieta nie wcelowała w głowę pokrytą jamajską fryzurą ale tylko dlatego, że odskoczyła sprawnie jak żaba na jezdnię. Dobrze, że i na ulicy ruch był prawie żaden bo inaczej bylibyśmy naocznymi świadkami śmierci pod kołami jednego z dziwacznych pojazdów.
Pomysł zainteresowania przechodniów swoim biznesem tutaj przeszedł granice przyzwoitości.

Przyjechaliśmy do Key West aby jak najbliżej znaleźć się ideologicznego wroga albo jak najbliżej równika. Spodziewałam się jak to zwykle bywa w miejscach gremialnie uczęszczanych przez turystów, ze zastanę lornetki które za 25 centów umożliwią oglądanie tego co gołym okiem nie da się dostrzec. Już oczami wyobraźni widziałam tablice informacyjne, ze do wybrzeży Kuby jest 90 mil (145 km) a tu nic, zupełna pustka dla intelektu. Kuba nie istnieje dla amerykańskiego obywatela, o pobytach wakacyjnych na tej wyspie mówi się szeptem, zakrywając usta dłonią i pochyla głowę w pokorze z przeświadczeniem, ze za popełniony grzech natychmiast będziemy ukarani. Wejście z ulicy i ładny poczatek prowadzi tam gdzie gdzie jest bezdennie brzydki i zaniedbany jego koniec. Nawet róża wiatrów po jego środku jest smutna. Melduję, że byłam właśnie tam ale ci którzy nie byli nie maja czego żałować. W innej części miasta tez jest jakaś mapka ale kawałek lądu jest anonimowy. Chciałam nadać mu jakieś imię ale nie miałam szminki pod ręką. Zaglądnęłam poza barierkę aby sprawdzić czy jakiś nurek z zakazanego lądu  nie pojawił się ale oprócz ryb o dziwacznym kształcie i paskudnych glonów nikogo nie dostrzegłam.
W rożnych częściach miasta spotykaliśmy dzikie ptactwo wałęsające się po jego ulicach. Te małe białe, których nazwy nie znam, były jak najbardziej na miejscu w tak egzotycznym i daleko na południe usytuowanym świecie. Natomiast dzikie kury z rodziną i koguty to zupełnie nieoczekiwana egzotyka!

cdn 

wtorek, 16 kwietnia 2013

120 mil od lądu.

Lekkie przytopienie i jego szczęśliwy koniec rozbudziły we mnie nieokiełznane emocje. Coś we mnie wstąpiło, jakaś żądza walki stawiania czoła przeciwnościom. Jutrzejszy dzień wydawał mi się byle jaki i zwiedzanie fortu wcale mnie nie bawiło. To chyba przez wieloletni kontakt z p. potrafimy czytać w naszych myślach bo jego słowa były jakby zadośćuczynieniem moich myśli. 
- Co byś powiedziała na osiem godzin jazdy w nocy aby rano znaleźć się na końcu świata? - Jeżeli p. Miał na myśli ten koniec o jakim już wcześniej rozmawialiśmy to jestem gotowa do jazdy już teraz. Jeszcze nie dojechaliśmy do motelu a już szykuje się kolejny wyjazd. 
- Jeśli to ma być Key West to wole tam być niż gnieździć się tu na miejscu. - Już czułam, ze czeka nas wielkie wyzwanie bo 470 mil (760 km) w jedną stronę i powrót zajmie nam calą dobę. Rada w rade i decyzja zapadła: jedziemy. Szybki prysznic i kolacja w pospiechu otrząsnęły z nas chwilowe zmęczenie i jak oseski padliśmy do łóżka o 20-ej. Zaplanowana pobudka o 2-ej w nocy okazała się tylko marzeniem bo zostałam wyrwana ze snu o 23-ej gdyż p. nie mógł spać spokojnie z podniecenia. Gdy usłyszałam, ze dośpię w aucie i on bierze pierwszą zmianę wachty zgodziłam się bez zbytecznych ceregieli. Kilka pierwszych godzin pośród nocy niczego ciekawego nie przyniosły i dopiero Miami nocą urozmaiciło naszą wycieczkę.
Słońce różowym kolorem wschodu wybudziło mnie na tyle ze teraz ja obielam stery naszego wehikułu a p. wiercił się i kręcił, pochrapywał i postękiwał poniewierając się gdzieś pomiędzy snem a rzeczywistością.

Tarcza słońca wystrzeliła zza horyzontu i swymi promieniami rozbudziła zupełnie niewyspanego pasażera. 
- Czy jest już tak widno, ze można robić zdjęcia? - Ponuro zapytał pomiędzy jednym a drugim ziewnięciem. 
- Spij bo chmur więcej niż słońca. 
- To pstrykaj ile możesz. - p. ułożył się tak, ze głowa wisiała mu w powietrzu pomiędzy fotelami i znow usnął ale nie na długo. 
W ostatnim dużym mieście już nie na lądzie czyli Key Largo brak kawy w organizmie uruchomił hamulce samochodu i zatrzymałam się przed jakąś stacją benzynową. Rozmawiając co nas czeka dalej na południu nawet nie zauważyliśmy, ze zrobiło się zupełnie jasno i czas zacząć długo wyczekiwany, końcowy odcinek wycieczki.
Znany chyba wszystkim most łączący kolejne wysepki (zwane Keys) na południu od Florydy, na filmach wyglądał o wiele bardziej malowniczo niż w rzeczywistości. 
Widok z lotu ptaka jest wprost zapierający dech w piersiach i takich emocji spodziewałam się w drodze do Key West. 
A co widać jadąc samochodem? 
Zupełnie niewiele z dwóch powodów. Unowocześniony most ma ścianę betonową w dużej mierze ograniczającą widoczność a tam gdzie jej nie ma to bujna roślinność jeszcze skuteczniej blokuje widok.
Połączone mostem wyspy jak i te do których można dostać się tylko transportem wodnym według mego wyobrażenia powinny mieć cudowne, rajskie plaże gdzie można wylegiwać się do końca życia w cieniu palm. Jak złudne były moje wyobrażenia niech przedstawia poniższe zdjęcia. Wyspy zbudowane są ze skały i o wypoczynek łatwiej na pokładzie jachtu niż na plaży.
Widoczni na zdjęciu poniżej Ataner i p. nie tracąc humoru pomknęli dalej na południe aby w kolejnym poście pokazać jeszcze więcej zdjęć i opisać przynajmniej dla nich niesamowite zdarzenie.