1

czwartek, 13 sierpnia 2020

Wojna o kolor

 Dzięki temu, że różnorodność postrzegania rzeczywistości jest tak zróżnicowana to świat jest ciekawszy. Dla jednego dzisiaj jest chłodno a drugi oblewa się potem narzekając na upał. Jedni są nerwowi, że strach do takiego nerwusa się odezwać bo z góry wiadomo, że nic miłego nie usłyszysz. Są również tacy których DNA nie wykształciło nerwów i wyprowadzić takiego stoika z równowagi nie sposób. Jedni słyszą lepiej inni gorzej. Są pośród nas również daltoniści ale o taką przypadłość męża swego obecnego nie podejrzewałam.
Gdzieś tam w oddali młodociani rowerzyści od czasu do czasu spotykają się na pogawędki. Każdy ma swego metalowego rumaka. Szczególnie jeden wzbudził zainteresowanie p. ze względu na kolor.
- Ale super seledyn, że aż w oczy szczypie. - Jeszcze przez chwilę rozpływał się nad kwestią szarości i ponuractwa. Że asfalt ponury, że ludzie oblekają swe ciała w szmaty koloru starej ściery do podłogi, że domy też byle jakie, że gdzie nie spojrzysz to trawa zielona… Przerwałam to utyskiwanie bo troszkę przeholował z tą trawą.
- Jaki to seledyn, to jest niebieski. Seledyn! Nie masz pojęcia o kolorach. - Zdecydowanie ostudziłam zapał męża na wymyślanie kolorów.
Lato nie sprzyja wysiłkom fizycznym bo jest zbyt ciepło i to co mogłoby być przyjemnością zamienia się w uporczywą dokuczliwość. Dodatkowo pływanie we własnym pocie nie należy do miłych rzeczy i nie tylko ja staję się aktywna gdy pod wieczór.
Kolejne spotkanie rowerzystów nastąpiło po kilku dniach gdy upał nie był już tak dokuczliwy.
- O! Jest seledynowy rower. - p. chyba specjalnie chciał mnie wyprowadzić z równowagi o którą tak trudno w dzisiejszych czasach.
- Niebieski! Nie wiesz jak wygląda niebieski? Jak nie, to popatrz sobie i zapamiętaj… - Słowa zamarły na moich ustach. Właścicielka tego sławetnego roweru miała niebieską bluzkę. Zgłupiałam do cna.
- Przyniosę aparat dla szpiega niech ludzie sami osądzą bo ja widzę seledynowy rower a ty niebieski.
- Bardzo dobry pomysł.
- Już mniej zdecydowanie zgodziłam się na taki układ. Zapytać nie ma kogo bo z nikim się nie spotykamy obawiając się złapania wirusa. Nikt zatem nie rozstrzygnie sporu od ręki.

- Ostatecznie to może być turkusowy. - Dodałam bo rzeczywiście bluzka była niebieska a rower jakiś inny ale na pewno nie seledynowy. Chłop nie dał się przekonać. Zrobił zdjęcie, wykadrował złośliwie tak, że widać ramę roweru i kawałek koszulki.
Niebieski? Turkusowy czy seledynowy? 
A może jeszcze jakiś inny?

niedziela, 26 lipca 2020

Niechciany gość

 Takie zwariowane czasy nastały, że i do parku strach się wybrać. O podróżach między stanowych można tylko pomarzyć. Siedzę za tym w domu i zmieniam kartki w kalendarzu. Mieliśmy dokładnie wyliczoną datę wyjazdu w tym roku i dlatego po prawej stronie widniał kalendarz który odliczał dni do “wielkiego wydarzenia w Chicago”. Świat spłatał figla i póki co granice są zamknięte i nie przyjmują w Kolumbii zagranicznych turystów. Od tej chwili, bo kalendarz zniknął, już nic nam nie odlicza czasu bo nie jesteśmy pewni czy w ogóle nasze zamierzenia uda się zrealizować. Nic nie wskazuje na poprawę sytuacji zdrowotnej Świata więc niby gotowi do wyjazdu, bo wszystko gotowe ale możliwości brak. A niech to szlag. A niech to szlag.
Snuję się zatem po chałupie z kąta w kąt i zakręcone myśli nie pozwalają na umysłowy relaks. Ja jeszcze sobie radzę z odosobnieniem ale p. jest kłębem i strzępem nerwów. Narzeka, utyskuje i mam wrażenie, że niedługo zwariuje. Jego nastrój i mnie się udziela więc czasami ponosi mnie jak sekutnicę. Oj ciężko utrzymać zdrowy rozsądek. Wokół krążą niesamowite teorie z których kolejna jest bardziej nieprawdopodobna niż poprzednia. Nie jestem w stanie odnieść się do rzeczywistości gdyż nieprzewidzialna zmiana od marca przewróciła moje życie do góry nogami. Dziś, nic nie jest jak poprzednio a dokąd zmierzamy to nikt nie wie. Czy w takiej sytuacji może mnie coś zaskoczyć?

Byłam przekonana, że nie ale jednak widok ropuchy tuż obok mojej stopy zagotował mi krew. “ŻABA” rozdarłam się wniebogłosy. Skoczyłam tak wysoko jak tylko mogłam. Ze względu na zanik formy bo poruszamy się jedynie w obrębie mieszkania, ratując swoje życie wylądowałam prawie w tym samym miejscu. Ropuch lub ropucha nie wiele robiła sobie z moich wrzasków i podążała prosto do sypialni. 
Wpadłam w panikę i dorzuciłam kilka decybeli. Widok uśmiechniętej paszczy p. uspokoił mnie bo waleczny rycerz zaraz zlikwiduje śmiertelne zagrożenie. Brzydzę się ropuch i do ręki bym nie wzięła obrzydlistwa, o nie! Nawet przez ręcznik papierowy. p. spokojnie zawrócił płaza z trasy do sypialni i od razu mi ulżyło bo gdybym tak w nocy obudziła się z żabą w łóżku to zgon murowany.
Nie obyło się bez kolejnego krzyku panicznego przerażenia gdy żaba skoczyła w moją stronę. To wszystko męża wina bo opuścił na sekundę pole walki i chwycił telefon aby uwiecznić wizytę nietypowego gościa. Przebierałam nogami bełkocząc coś o najmocniejszym drinku dla wybawcy przeskakując z nogi na nogę. 

- Nie rób zdjęć. Błagam wyrzuć ją natychmiast. - I w końcu posłuchał mych błagań małżonek. Wyniósł ropucha do ogródka. Ropuch ciekawskie zwierzę skorzystało z okazji i gdy siatka od drzwi była odsunięta wszedł sobie do domu. To stworzonko mieszka sobie w gąszczu liści i czasami przechodzi obok nas gdy wieczorem siedzimy sobie na patio.

środa, 1 lipca 2020

UFO, dziwo czy jeszcze coś innego

 Siedząc sobie na patio przy porannej kawie codziennie towarzyszą mi ptaki. Oczywiście nie wpadły na kawkę ale na poranne łowy. Dzięcioły stukają w korę sprawdzając czy coś pod nią nadaje się do jedzenia, drozdy skaczą całkiem blisko mnie i przekornie raz spoglądają na mnie a raz na trawę poszukując dżdżownic. Kardynały jeżeli przylecą tylko pomachają czerwonymi skrzydłami i tyle po ich wizycie. W naszej okolicy prawie nie ma much więc co ptaki jedzą. Jest ich całkiem sporo a much brak. Kolejny łyk kawy rozjaśnił mój umysł, ćwierkanie od którego może rozboleć głowa to narzekanie na zaopatrzenie. Przypomniałam sobie nasz nocleg w Południowej Dakocie dwa lata temu i odszukałam zdjęcia. Pamiętam dokładnie, że koczowaliśmy pomiędzy maszynami drogowymi albo dokładniej parkingowymi. Ciężki sprzęt równał teren przygotowany na parking obok restauracji ze stacją benzynową. Pod wieczór nikt już nie pracował więc w ciszy i spokoju mogłam rozkoszować się widokiem zielonych łąk. 

p. po zrobieniu zdjęć żółtej koparce, na co ja nigdy bym nie wpadła, wycofał się do auta bo pszczoły to wróg numer jeden dla jego uczulonego na ich jad organizmu.
Zostałam zatem sama z otaczającą mnie przyrodą. Nie przykładałam się zbytnio nad tym czy moje zdjęcia utrwalą owady podążające do nektaru ukrytego w kwiatach ale popróbować zawsze można. Po prostu naciskałam spust i jak karabin maszynowy aparat robił dziesiątki zdjęć tego samego ujęcia. Może na którymś utrwalę super muchę.


Pomysł odszukania zdjęć bardzo mnie usatysfakcjonował i gdy kończyłam kawę już miałam pomysł na post. Miał być o tym, że maszyny na krótką metę wygrają z przyrodą ale i tak gdy przyrodę zabiją same nie ruszą bez żywego człowieka.

Teraz ubiegnę wypadki bo zamierzony tekst nigdy nie powstał z bardzo zaskakującej przyczyny. Przy oglądaniu zdjęć zwątpiłam w mój zdrowy rozsądek. Zawołam męża aby ocenił stan zdrowia psychicznego swej starej żony bo z wiekiem przychodzą różne dolegliwości bez jakiegokolwiek ostrzeżenia.
- I co? I co? Widzisz to co ja? Czy już oszalałam czy jeszcze nie? - Wyselekcjonowane zdjęcia wprawiły mnie w osłupienie. Przecież nie mogłam tego widzieć gdy nie przykładając się do szczegółów zrobiłam sto pięćdziesiąt zdjęć.
p. patrzył i patrzył. Kolejne zdjęcie, powiększenie i po chwili kolejne zdjęcie zostało poddane podobnym torturom. Zaczęłam się denerwować bo jeszcze sto czterdzieści dwa zdjęcia a p. wisi nade mną w pozycji wyczekującej czapli. Nie zniosę tego dłużej.
- Widzisz coś czy oślepłeś? Odpowiadaj!!! - Brakło mi cierpliwości i powietrza bo wdychaliśmy tlen z tego samego miejsca. W końcu odsunęłam go ręką i wstałam.

Jeżeli ktoś nie wierzy, że niemożliwe może być możliwe to niech nie czyta dalej bo ja właśnie za chwilę to udowodnię.

 Owady miały być gwiazdami posta i szukałam ich na zdjęciach. Z reguły zanim zamieszczę zdjęcie na blogu powiększam je na ekranie komputera i sprawdzam czy jest ostre, czy moje zmarszczki nie są zbyt widoczne itd, no takie babskie obowiązki. Wtedy poszukiwałam owadów w pobliżu kwiatów. Zawiodłam się na mężu bo źle ustawił mi aparat, przepraszam robiłam zdjęcia jego aparatem i dlatego muchy wyszły nieostre, zbyt długi czas naświetlania. Moim wyszłyby perfekcyjnie.
- Co to jest? Zdjęcia rentgenowskie elfa albo jakiegoś ufiaka.
- Mąż nie wydał opinii o stanie mojego umysłu ale potwierdził to co i ja widziałam chwilę wcześniej. 
- Jaki znów rentgen. To jest duch, prawdziwy duch jak babcię kocham! Przezroczysty duch.  
 Zresztą pooglądajcie sami i wydajcie opinię albo nazwijcie to co widzicie.
Powyżej, pierwsze zdjęcie na którym dostrzegłam coś niezwykłego. Patrząc od lewej jest jeszcze nierozwinięty kwiat a na jego łodydze coś białego.
Oglądajcie dalej!
Czy widzicie to co my?
Skrzydła cienkie jak mgła i ciało przez które możnaby bez trudu spojrzeć w dal. Na głowie dwa czułki skierowane na boki.
Świat chyba nie jest taki jak sobie wyobrażamy. Ja zdecydowanie od dziś wątpię w oczywistość i normalność otaczającej mnie przestrzeni.

piątek, 26 czerwca 2020

Indianka

 Delikatnie mówiąc to nie przepadam za pomnikami. Niosą jakąś złą energię gdyż przedstawiają zmarłe już osoby. Za życia pomników nie stawiają więc każdy z nich ma wiele wspólnego z cmentarzem. Poza tym nie przemawia do mnie zawarta w nich ekspresja. Być może jestem nieczuła na sztukę bo pośród tysiąca pomników znalazłoby się kilka które zapamiętam gdyż zrobiły na mnie wrażenie. W wielu przypadkach pomniki straszą i nie jest to jedynie zasługa Lenina. Gigantyczne Jezusy są godne podziwu ale czy wielki znaczy pełen uczucia?
Nie przyczepiam się do konkretnych dzieł tylko wątpię w potrzebę stawiania pomników jako… no właśnie jako co. Przypomnienie ludziom idącym do pracy, że pan “iks” był wielkim człowiekiem. Być może ja tak nie uważam i widok na przykład nielubianego poety będzie mnie wprawiał w zły humor na cały dzień.
Obecnie mam troszkę więcej czasu na grzebanie się w komputerze. Jestem zawieszona w zamkniętej przestrzeni pomiędzy niewiadomą przyszłością a przygotowanym planem na przyszłość. Już od pewnego czasu, według założeń, zupełnie inne gwiazdy miały nas kołysać do snu. Nie tylko nam życie pokrzyżowało drogi i teraz przez wirusa wszystkie drogi są kręte i pod górę. Ostro pod górę, że trudno pokonać kilka metrów do przodu. Świat jest zamknięty i nawet nie wiadomo kiedy otworzy się na tyle aby zrealizować marzenia. Podczas przeglądania zdjęć natknęłam się na kilka które pokazują statuję. Miałam o tym miejscu nie pisać bo jak wspomniałam za pomnikami nie przepadam. 

 W czasach gdy podróżowaliśmy częściej na zachód pomnika tam nie było. Podczas ostatniej podróży zatrzymaliśmy się na parkingu przy autostradzie aby rozprostować kości.
O dziwo zaskoczyła nas postać Indianki która wspaniale prezentowała się na tle nieba. Z przyjemnością podeszłam bliżej aby przyjrzeć się posągowi. 

- Wzięli i postawili. Ciekawe jak długo ona tu stoi a my nic o niej nie wiemy. przejeżdżaliśmy tu kilkanaście razy i nigdy jej tu nie było.
- Ładna. - Nie nagadałam się to prawda ale tyle wystarczyło powiedzieć.
- Najpierw jankesi wymordowali Indian a po 400 latach stawiają im pomniki. Zupełna obłuda.
- Czterysta lat to od przybycia pierwszych osadników.
- Niech będzie, że kilkadziesiąt lat upłynęło na aklimatyzacji ale potem płacono nawet dolara za indiański skalp.
- Daj spokój, nawet nie przypominaj tych czasów.
- To, że historia tego kraju jest skąpana we krwi a mordercy dostawali ordery zasług to wcale nie oznacza, że niewygodnych spraw nie powinno się przypominać. Tyle złego zaistniało przy powstawaniu USA, że każdy prezydent w pierwszych słowach swego pierwszego przemówienia powinien przeprosić prawdziwych amerykanów-indian za zaistniałe ludobójstwo i wypędzenie na pustynne nieużytki.

 Dużo prawdy w gorzkich słowach ale tak było. W rzeczywistości pewnie jeszcze gorzej niż możemy sobie wyobrazić. Odpowiedź na pytanie kto wpadł na pomysł aby uhonorować Indian postanowiłam znaleźć w internecie.
Czytam jeden artykuł, czytam drugi, czytam trzeci którego treść jest jak w pierwszym. Brnę dalej i po czterech pierwszych stronach gooogli wiedziałam tyle co na początku. Opisy artystów biorących udział w projekcie oraz kto zapłacił milion dolarów za całość i to wszystko. Kiedyś psioczono, że przemówienia głów państw demoludycznych są długie, pompatyczne i nie wiadomo o co chodzi. Coś podobnego znalazłam w czasie poszukiwań mądrego tekstu.

Reguła była taka;
stanął pomnik Indianki w Południowej Dakocie ma tyle i tyle metrów wzrostu, szeroki jest na tyle metrów a pomysłem błysnął ten i ten. Jeden artykuł kopiował tekst poprzedniego i krótko mówiąc gówno z tego. Kogo interesują światełka i ilość trapezów na chuście Indianki czy pomnik jest po to aby zachwycać się świecidełkami jak prymitywy jakieś?
Pomnik jest po to aby pobudzić przynajmniej kilka szarych komórek do myślenia.
Oto przykład bełkotu zamieszczony drobnym drukiem bo szkoda miejsca:
 Dignity represents the rich Native American culture of South Dakota. The 50-foot Native woman wears a dress patterned after a two-hide Native dress of the 1850s. Her quilt features 128 stainless steel blue diamond shapes.
 The star quilt is very meaningful to the Lakota and Dakota.  According to the sculpture, Dale Lamphere, when a baby is born, they are wrapped in a star quilt because they came down from the stars.
 “The title of this piece is Dignity.  It represents the pride and strength and durability of the native cultures here,” Lamphere said.
 Star quilts are often associated with Plains Native Americans. For these native women, star quilts are an art form used to express spiritual and cultural values. The quilts are often used in ceremonies or to celebrate important milestones in a person’s life.
The star quilt on the statue is made up of more than 100 blue diamond shapes that move in the wind.
 “Dignity represents the courage, perseverance and wisdom of the Lakota and Dakota culture in South Dakota,” Lamphere said. “My hope is that the sculpture might serve as a symbol of respect and promise for the future.”
Dignity represents the courage, perserverence, and wisdom of the Lakota and Dakota tribes.
Dignity represents the courage and wisdom of the Lakota and Dakota people who hail from the area.

Dale Lamphere wykonał dobrą robotę, projekt mu wyszedł, gratulacje.
Okazało się, że pomnik stanął w 2016 roku a my odkryliśmy go dwa lata później. Jestem pełna podziwu i uznania dla pary z Południowej Dakoty która sfinansowała swój pomysł wydając ponad milion dolarów i cieszę się, że nie wpadli na pomysł aby był to pomnik walecznych zdobywców dzikiego zachodu.


Jeszcze ciekawostka na sam koniec. Pomnik stał się bardzo sławny zaraz po jego ukończeniu i nawet można zamówić tablice rejestracyjne z wizerunkiem udręczonej twarzy za 10 dolarów. Dodatkowe pięć dolarów za ich przesłanie.

czwartek, 18 czerwca 2020

Upolowałam bizona

Pięć dni temu:

Stoi przy ladzie lokomotywa, (czyli ja)
Wkurzona, zmęczona i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Gdzie są maseczki, nikt jej nie słucha:
Jeden maseczkę ma gdzieś na szyi!
Druga skleroza wogóle jej nie ma!
Trzeci włosy w nosie odsłania!
Czwarta ma maskę futrzaną,
nie oddycha na nogach się słania!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie!
To obraz sklepu spożywczego,
Spodziewałam się czegoś lepszego.
Kolejna osoba w papryce nurkuje,
Nadgryza, smakuje a potem pluje.
Pełno tu ludzi przy każdym stoisku,
Patrzę wokół przekleństwo mam na pysku,
Socjalny dystans to centymetrów cztery,
Paniusiu nie stój, rusz się do cholery! 
Do sklepu weszły chyba same grubasy,
Stoją w kolejce po tłuste kiełbasy.
Nagle - gwizd!
Nagle - świst! 

Natychmiast - nie jak żółw – nie ociężale,
Ciśnienie mi skacze wcale nie ospale.
Po chwili mój instynkt samozachowawczy,
Wprawia me ciało w ruch.
Ktoś mnie trąca w brzuch!
Nerwy idą w ruch!
Szarpnęłam swój wózek i ciągnę z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem.
Już widzę kasę z daleka,
Gdy raptem wyprzedza mnie kulawy kaleka.
I biegu przyspieszam, i gnam coraz prędzej,
Może go wyprzedzę z lewej lub z prawej oj tak,
Gdy raptem SMS od syna KAWY BRAK,
A niech to szlag.
Porzucam więc wózek i gnam pomiędzy regały,
Wiem gdzie jest kawa rękę wyciągam i wytrzeszczam gały.
Kawy brak. Kawy brak? Coś nie tak.
O jest w zupełnie innym miejscu,
Robię żyrafę i słoiczek chwytam,
Tulę jak skarb przy samym sercu,
Jestem szczęśliwa naklejek nie czytam.
A dokąd? A dokąd? 
Do kasy! Do domu!
 Tak mniej więcej wyglądały zakupy gdy wracałam z pracy. Zrobiło się lato i upały zupełnie mnie osłabiły bo raptem przypieka 30C. Zupełnie załamana wróciłam do domu. Ludzie chyba postradali zmysły lub zupełnie świadomo ignorują możliwość zarażania innych. Prawdę mówiąc to nie bardzo mnie interesuje zdrowie innych ale dlaczego miałabym zarazić się wirusem od bezmózgowca!
Zakupy położyłam na podłodze w kuchni. Mąż wszystko zdezynfekował myjąc każdy artykuł płynem do naczyń i płukał pod strumieniem gorącej wody.
Siedziałam na kanapie gdy p. oznajmił, że zapewne się zdenerwuję ale lepiej abym wiedziała od razu niż rano dnia następnego. Zrobiłam wielkie oczy ze zdziwienia bo jakąż to ważną wiadomość mąż chciał mi oznajmić. Okazało się, że kupiłam kawę bezkofeinową. Resztki sił opuściły mnie natychmiast. Kawa bez środka dopingującego to przecież nie kawa. Trudno kupię prawdziwą i pomieszamy aby nie wyrzucać wydawałoby się niepotrzebnego produktu. Zadziwiające ale nazajutrz rano kawa bez kofeiny smakowała tak samo dobrze jak z kofeiną. Największym zaskoczeniem był fakt, że zadziałała jak normalna. Pewnie organizm tak się przyzwyczaił do porannej kawy, że i zbożówka zostałaby potraktowana jak stuprocentowa arabika.

Trzy dni temu:

 Jak wspomniałam wcześniej zrobiło się upalne lato i nie zdążyłam przystosować się do panującej aury. Jest mi gorąco i ciężko pomimo tego, że schudłam kilka kilo. Upały mnie wykończają i funkcjonuję na 50% moich możliwości.
Minęły dwa dni od moich nieudanych zakupów i znów gdy wracałam z pracy wpadłam na genialny pomysł. Wpadnę do znajomego sklepu i zrobię najprostsze zakupy na świecie. Miałam smaka na makaron z mieloną wołowiną w pomidorowym sosie. Lodówka pełna jedzenia i czekają w niej porcje gotowego już obiadu. Tak to bywa, że oprócz bigosu kolejny dzień odgrzewanego obiadu nie dodaje smaku potrawie. Krótkie gotowanie nawet nie przeszkodzi mi w odpoczynku. Makaron 10 minut, w tym samym czasie mięso z przyprawami podsmażę na patelni a na koniec wszystko wymieszam razem z sosem ze słoika. Nie ma prostrzego dania więc i zakupy nie będą uciążliwe. Znam ten sklep jak własną kieszeń. Przeważnie kupuję mięso w kawałku i sama mielę ale dziś miało być ekspresowo więc ruszyłam w stronę mielonej wołowiny lepszego sortu. Ponoć jest to mięso z krów karmionych trawą na polach. Cena wyższa i smak ponoć wyśmienity.
Ostry skręt w lewo i widzę puste półki. Ani jednego opakowania. Ani jednego. Stoję i patrzę jak półgłupia co jest łatwe do wytłumaczenia bo w upał działam na 50% moich możliwości. (Nie pytajcie czy 100% to głupia czy mądra.)  Podczas pandemii ludzie powinni zostać w domu a nie wykupywać całe mięso z “mojego” sklepu. Odwróciłam się od pustych półek nie wiedząc co począć. Nie będzie pysznego obiadu. Już podniosłam stopę do zrobienia kroku gdy coś mnie zatrzymało. Raptem mój mózg dał mi znać, że widziałam jedno opakowanie ciemnego mięsa położone w samym końcu najwyższej półki. Zrobiłam piruet aby przekonać się czy mnie głowa, oczy i rozum nie zawiodły. Ruszyłam w sam kąt gdzie czekało na mnie ostatnie opakowanie pysznej wołowiny. Nie jest tak źle, pała działa. W ciągu pięciu minut już siedziałam w samochodzie i podążałam do domu.
Jak zwykle p. umył wszystko i znów z tajemniczą miną pojawił się przede mną. Oj chyba znów nabroiłam. Zacisnęłam pięści aby nadmiar energii poszedł w mięśnie a nie w nerwy.
- Wszyscy wiemy, że jadasz wszystkie stworzenia ale chyba zapomniałaś, że my nie musimy.
Wcale nie spodobał mi się ten wstęp, tym bardziej, że mąż złośliwie nie dodał słowa “morskie” przed słowem “stworzenia”. Paznokcie wbijały się w spód dłoni.
- Kupiłaś mielonego bizona. - p. podsunął mi pod nos opakowanie które z takim poświęceniem upolowałam przed chwilą.


- Co takiego? - Nie od razu zrozumiałam.
- Bizona upolowałaś a nie krowę.
- To chyba dobrze. - Nie wiedziałam jak obronić się w takiej sytuacji ale pomysł przyszedł zadziwiająco szybko. - Mieszkamy przecież w Ameryce więc bizony nie są nam obce. Nie było innego mięsa.

- Ciekawe jak smakuje bizon. Czy to się da zjeść skoro nikt tego nie kupuje. - p. wyglądał na zadowolonego bo nigdy nie jedliśmy bizona a tu proszę nadarzyła się okazja. - Drogie to?
Skąd ja mam wiedzieć! Przyjechałam do sklepu po trzy rzeczy a wyjechałam zapakowanym wózkiem sklepowym i nawet przez myśl mi nie przeszło aby patrzeć na cenę wołowiny którą znam na pamięć. Ile ja zapłaciłam? Szybko odszukałam rachunek.


 Jeden funt to 454 gramy za 7.99+2.25% podatku to 7.99+0.18=8.17. Na kilogram wchodzi 2.2 funta. Zaraz obliczę ile kosztuje kilogram mielonego bizona. 8.17x2.2=18 dolarów. No to całkiem nieźle. Myślałam, że dużo więcej.

Wczoraj:

Bizon wyleżał dwa dni w lodówce bo miałam nieuzasadnione opory aby zabrać się do przyrządzenia dania. Na najprostszy obiad czekaliśmy dwa dni ale w końcu zjedliśmy go ze smakiem.

niedziela, 31 maja 2020

Znowu wiosny brak

 Wiosna u nas trwa dwa tygodnie, koniec zimy to lekkie ocieplenie i deszcz po którym przychodzą nieznośne upały. Tak było i w tym roku. Ogrzewanie "chodziło" jeszcze dziesięć dni temu. Słońca brak, ponuro i w nocy zimno. Nie ma dokuczliwszej aury niż mokre pięć stopni Celsjusza. Przez dwa tygodnie lało bez przerwy a teraz nie da się wyjść z domu bo ponad trzydziestostopniowa temperatura grozi zawałem. Organizm jeszcze się nie przestawił na stawienie czoła latu bowiem wiosna już minęła.
Z pelargonii obrywam zgniłe liście, kwiatów nie ma bo bez słońca ta afrykańska roślina nie zakwitnie, bez i konwalie mają liście jak z bajki ale kwiatów brak. Małe zalążki już się nie rozwiną bo są brązowe i zdechłe. Jedynie grzyby wyrosły w ciągu jednej nocy. Szkoda, że nie halucynogenne to miałabym kilka chwil zapomnienia.
Wszyscy zadają pytanie sowie mądrej głowie kiedy pandemia się skończy ale ona ze współczuciem kręci głową w odpowiedzi, że nie prędko.
 Trochę nam popieprzyło się z wyjazdem bo wirus wcale nie odpuszcza wbrew temu co głoszą media. Zrobiłam zestawienie z kwietnia i maja na przykładzie Polski i wychodzi na to, że ilość zachorowań wzrasta, wolno ale rośnie. 


Wcale nie wierzę, że raptem pod koniec miesiąca pandemia zaniknie, liczby mówią same za siebie. Gdy przyjrzeć się mojej okolicy to Illinois przebojem wdarło się na szczyt tabelki i wraz z Kalifornią i NY wymieniają się miejscami na podium. Dreszcz przerażenia wstrząsa mym ciałem na samą myśl, że tam gdzie mieliśmy jechać w tym roku (Ameryka Południowa) pandemia rozwija skrzydła i po liczbach widać, że tam prędko nie pojedziemy.
 Skoro tak to jakoś trzeba funkcjonować pomimo tego, że wszystko dookoła zamknięte na trzy spusty. Pozostaje miejsce z daleka od bliźnich aby nic nie przeskoczyło do naszych organizmów. Aby uatrakcyjnić dwumiesięczną izolację wybraliśmy się do parku. Wiosna kapryśna jak już napisałam ale w wyjątkowo pogodny dzień ruszyliśmy na rowerową wycieczkę.
Kiedyś był tam sad bo obecnie nikt nie sadzi drzew owocowych w miejscach publicznych a szkoda. Jakże uroczo w tym zakątku gdzie choć przez chwilę można zapomnieć o byle jakiej rzeczywistości. 
To takie zaklęte miejsce w którym pojawiamy się co jakiś czas i na pewno powrócimy tam gdy pojawią się owoce. Będziemy zbierać jabłka z robakami bo takie są najsmaczniejsze o czym wiedzą nie tylko robaki ale i my również.

Siedzimy zatem w domu i skreślamy kolejne dni w kalendarzu na lodówce.

 Życzymy wszystkim dużo zdrowia i odporności na trudy życia podczas pandemii.